Koniec śledztwa; Próżniactwo psa

KONIEC ŚLEDZTWA

Na biurku miał niepodważalne dowody, że to właśnie Grzegorz zabił Kapitana. Zakończenie tej trudnej, wieloletniej sprawy ułatwiał fakt, że Grzegorz był za ścianą. Kiedyś prowadzili nawet razem jedną sprawę, ale Grzegorz przeszedł do wydziału odwracania morderstw i został nekrośledczym.

– Grzesiu…

Powiedział cicho, do siebie, ze smutkiem. Wcale nie uśmiechało mu się, a wręcz prawie płakał na myśl o aresztowaniu swojego kolegi z pracy. Przez całe śledztwo wyrobił sobie zresztą całkiem dobrą opinię o mordercy, jako mądrym, a nie przebiegłym. Jako skutecznym, a nie bezlitosnym, jak pisały miejskie gazety. Jako sprawiedliwym, a nie mściwym, jak krzyczano na ustawionych demonstracjach.

Nie potrafił zachować dystansu jak przystało na detektywa.

Zamordowany Kapitan był parszywą kreaturą. W ciągu kilku lat wziął w posiadanie wszystko. Od ulic i parków, przez elektrownię i wodociągi, do szkół i teatrów. Spodziewano się, że wprowadzi opłaty za rozmowy w miejscach publicznych. W ostatnich dniach życia obłożył płatnością spacery – pierwsze sto metrów za darmo, za każde kolejne trzeba bulić w Krokometrze.

Nie wiadomo, jak doszło do tego, że skupił w swoich rękach taką władzę nad miastem. Zaginęli dziennikarze, informatycy i bibliotekarze, którzy mogli coś na ten temat wiedzieć. I choć prawie wszystko było płatne, a pieniądze szły do monstrualnej kieszeni Kapitana, życie toczyło się dalej.

Aż dotoczyło się do śmierci Kapitana.

Wcale śledztwo nie było opieszałe, choć trwało siedem lat. Sprawa była niezwykle trudna. Kapitan najpierw zaginął, potem po miesiącu znaleziono jego palec, po trzech powiekę, po czterech kawałek półdupka, a później: trochę krwi, część wątroby, paznokcie, oko, kilka zębów, kręgosłup, ćwierć twarzy, łydkę, jądra, włosy.

Znajdowano je w domach osób, które nie miały kasy, żeby wyjść z domu do pracy. Po wprowadzeniu opłat za wyglądanie przez okno nie stać już ich było na nic. Gniły w swoich domach, w półmroku. A potem w jakimś dziwnym miejscu znajdowały fragment Kapitana: w poszewce, w ustach kota, za uchem partnerki, pod wskazówką zegara, wmurowany w ścianę, wszyty w dywan, wkręcony do żyrandola, w zamrażalniku.

Ktoś był bardzo sprytny, przemyślny, zdeterminowany. Odpowiedź na pytanie kto zdawała się przez wiele lat nieosiągalna, gdyż morderca, nazywany Szczególarzem, oczywiście nie zostawiał po sobie wyraźnych śladów.

Jak porwał kapitana? Jak umieszczał jego części w domach biednych osób? Śledztwo długo stało w ciemnym miejscu.

A teraz wszystko jest jasne. Na biurku leżą zdjęcia, nagrania, analizy, zeznania.

A Szczególarz nachylony nad trupem jest w swojej pierwszej pracy nekrośledczego. Przywraca do życia zwłoki. Czy mordowanie to drugi etat, a może hobby, może aktywizm?

Mógłby pójść do pokoju obok i spytać. Ale strzela sobie w łeb.

Gdy otwiera oczy, widzi Grzegorza.

Grzegorz przekroczył etykę swojego zawodu. Wobec samobójców nie stosuje się nekroprocedur, szanując ich wolność wyboru. Ale gdy wybrzmiał strzał, znalazł się pierwszy przy dymiącym ciele, przerażony zarazem nagłą śmiercią kolegi, jak i zdjęciami siebie na jego biurku. Zanim przybiegli inni, nie zastanawiając się zbytnio, zgarnął wszystkie dowody na to, że to niby on jest Szczególarzem, a gdy reszta otoczyła trupa ciasnym wianuszkiem, schował je, dysząc jak wystraszony, zziajany piesek.

Później wykradł ciało z policyjnej kostnicy i przywrócił do życia w swoim domu.

Nekrośledztwo to młoda, zaledwie dziesięcioletnia dziedzina kryminalistyki. Skupia się na lokalizowaniu przyczyny śmierci i odwróceniu jej. Detektywi tego wydziału rozpoczynają swoją robotę dopiero, gdy przez dłuższy, określony prawem czas, nie udaje się ustalić mordercy. Nekrośledczy dochodzi przyczyny śmierci i dopiero będąc jej stuprocentowo pewnym, odtwarza sytuację morderstwa. Na sobie. Zabija się mniej więcej w ten sam sposób, w jaki zginął zamordowany, wskrzeszając go poprzez tę krwawą procedurę. Sam też wraca do żywych. Chyba, że się pomyli co do przyczyn zgonu, wtedy na zawsze dołącza do martwej osoby.

Tutaj sprawa była prosta.

Grzegorz strzelił sobie w głowę i obaj ożyli. Teraz patrzą na siebie w domu Grzegorza pośród portretów brodatych facetów z XIX wieku, jakby z napięciem śledzących, co się zdarzy, mimo sędziwego wyglądu i nieistnienia.

– Ożywię Kapitana i sam ci powie, że to nie ja.

Cisza.

– No może nie powie, nie wiem, co powie. Ale to nie ja. Jutro twoje śledztwo miało się przedawnić. Zacząłem już pracować nad sprawą wskrzeszenia.

Cisza.

– Mam 70% ciała Kapitana, to trochę za mało i do tego w kawałkach, ale chcę spróbować go wrócić.

Cisza.

Minęło dopiero dziesięć sekund jego nowego życia. Dopiero został zmartwychwstały, a już musi weryfikować steki, parówki kłamstw. Znowu w pracy pośród mięsa, ścięgien, naprężonych niedomówień, hipokryzji. To takie trudne walczyć o prawdę, bić się o nią z każdym, codziennie wyrywać, wygryzać ją. Jeszcze leży, jeszcze nawet nie wstał, dopiero został zmartwychwstały, a już pracuje.

– Grzesiu, ty myślisz, że ja nic nie rozumiem? Myślisz, że nie wiem, że nekrośledczy w tych krótkich momentach między własną śmiercią a wskrzeszeniem stają się przenikliwą, wszędobylską materią? Czy to nie jest doskonałe wcielenie mordercy? Wiem, Grzesiu, że z każdej godziny pracy przeznaczałeś kilka sekund na ukrojenie kawałka z Kapitana. Czas znajdywania jego fragmentów pokrywa się z rejestrem twoich zmartwychwstań, a moment porwania z masowym wskrzeszaniem po niewyjaśnionej masakrze, gdy dłużej przebywałeś w międzyczasie. Eksperci to potwierdzają. Są też nagrania, w których życzysz Kapitanowi śmierci. Oraz zdjęcia. Grzesiu, też jestem socjalistą i dlatego cię nie aresztowałem. Wolałem się zabić.

Czemu mi kłamiesz?

Grzegorz usiadł w fotelu. Intensywnie myślał, co ma zrobić, skoro najwyraźniej nie przekona kolegi do swojej niewinności. Pochlebiało mu, że zabił się zamiast go aresztować. Zastanawiał się, co znaczy w tym kontekście być socjalistą: godzić się na zabijanie wyzyskiwaczy życia i dóbr? Zanim zdążył wypowiedzieć cokolwiek ze swoich myśli, dostał krzesłem w twarz.

Kapitan Kapitał mógł zostać pokonany, ale nie unicestwiony. Cierpiał w rozczłonkowaniu niemoc, zimno, potworny głód. Sam brak ekspansji, nierozszerzanie stanu posiadania jego organizm zawsze odczuwał jako ból, a co dopiero pocięcie na kawałeczki. W każdej swojej części czuł się jak bezbronna biedronka nabita na igłę. Urodził się po to, żeby mieć więcej. Jako niemowlę wyssał matce całą pierś, całe jej ciało. Sflaczała, skarlała jak tubka wyżartej pasty czekoladowej.

Kapitan Kapitał wchłaniał obiekty w różny sposób. Ciała ludzi i innych zwierząt po prostu cyckał do cna, przedmioty zabierał, przestrzenie zdobywał fortelami prawnymi i siłą. Rozszerzał się przez dekady. Był w posiadaniu wielu miast i społeczeństw. Jego ciało nie rosło, ale z każdym ssaniem wzrastała jego gęstość. Cząsteczki dzieliły się na coraz mniejsze i zbijały się w sobie, dając przestrzeń kolejnym, pochłoniętym z innych.

Jego jedyną nadzieją na powrót do dawnej formy było umorzenie śledztwa i wskrzeszenie zgodnie z obowiązującym nekroprawem. Jego jedyną szansą jest porażka detektywa.

Do niej jednak nie dochodzi.

Grzegorz miał rację co do siebie. Nie był Szczególarzem. Po otrzymaniu krzesłem w twarz zgodził się, że wskrzeszenie Kapitana to nie jest najlepszy pomysł. Przyjął nawet rolę zabójcy, żeby Kapitan nigdy nie wrócił do swojego pierwotnego życia. Poświęcił się dla sprawy za namową detektywa. W sumie nie miał za dużego wyboru. Mógł albo zostać aresztowany, albo dobrowolnie oddać się w ręce policji. Zgodnie z nekroprawem morderstwo, które zostało wyjaśnione, tworzy harmonię. Wskrzeszenie może zaistnieć tylko, gdy nie da się ustalić mordercy i przez to osiągnąć harmonii. Zresztą pełne zmartwychwstanie Kapitana nie byłoby możliwe – Szczególarz zachował sobie kilka kluczowych części jego ciała, między innymi napletek, ucho, parę kości, kilka mózgowych zwojów.

Grzegorz nie wiedział, że Szczególarz od siedmiu lat mieszka w jego domu. Objawiał się tylko w ledwo zauważalnym szczególe. Gdy jadł – okruszkiem na podłodze. Gdy pił – kropelką na stole. Gdy czytał – delikatnym powiewem kartek. Idealny kryminalista. Bez problemu wrobił Grzegorza. Gdy zabijał – zostawiał po sobie szczątki fałszywych śladów dla wybornego śledczego składające się stopniowo w winę Grzegorza.

Ale to nie miało już znaczenia.

Po zakończeniu śledztwa detektyw rzucił pracę detektywa i na poważnie zajął się socjalizmem. Zupełnie nie interesowało go, kto tak naprawdę zabił i dlaczego.

 

PRÓŻNIACTWO PSA

Nigdy w życiu nie pracował. Zgromadzoną energię roztrwaniał na biegi, turlanie się i podskoki. Jego ciało regenerowało się błyskawicznie, dzięki sprawnej bioelektrowni, którą tworzył jego organizm. Całkiem możliwe, że był nieśmiertelny, ale trudno stwierdzić na pewno – może to tylko płonna obietnica producentów.

Nie miał pana, ani pani, ani nikogo nad sobą. Elektronika jego ciała wiecznie podłączona do internetu pomagała mu rozeznać się w świecie nadal zdominowanym przez wiedzę ludzi. Spotykał często nienawistne miny tej dominacji i inne nienawistne jej wyrazy, choćby zdania w jego stronę, że „skoro tyle w nich zainwestowano, to niech teraz oddadzą, niech pracują, brudne kundle”.

A co mógłby robić nowoczesny kundelek? Tego dokładnie nie wiedzieli. Ale na pewno wiele rzeczy. Mógłby zajmować się koordynacją przepływu białkowej wody z jednego terytorium okupowanego do drugiego. Mógłby napadać na rury i tunele transportowe tej wody i sprzedawać ją na czarnym rynku, czy jak niektórzy wolą mówić – w oddolnych, masowych rejonach gospodarki. Mógłby pewnie jeszcze produkować białkowodę na jednym ze stanowisk taśmy postprodukcyjnej. Posiadając biotechnologiczne adaptacje, jest zdolny robić wszystko to, co ludzie, zachowując przy tym wyjątkowość bycia psem, co czyni go potencjalnie jeszcze lepszym pracownikiem, czy jak mówią socjaliści – lepszym materiałem do wyzysku.

Ale on wszelkie zapędy do pracy ma gdzieś w okolicach majtającego się ogona. Biega całe dnie po sztucznych łąkach i lasach, często zatrzymując się na długie minuty przy bujnych techno-drzewo-stanach. Wpatruje się w nie tak intensywnie, niemal modlitewnie, jakby emanowała z nich jakaś pradawna tajemnica, jakby czekał, aż skapnie na niego trochę świętej żywicy, która przestała płynąć wieki temu wraz z końcem drzew.

Biegnie dalej. Mija miejsca pracy, w których z pewnością nigdy się nie zatrudni. Postprodukcyjne zakłady, w których robotyczne części ludzi i innych zwierząt pracują, a ich żywe elementy mogą wtedy buszować po internetach, ewentualnie rozmyślać. Bioelektroniczne kangury, świnki morskie czy żyrafy wytwarzają trzy kluczowe postprodukty: białkowodę, linki internetu oraz tlen.

W swoim biegowym transie zbliża się do pirackich wieżowców, konstrukcji zakazanych konsensusami międzygatunkowych wspólnot. Jednak żadne ustalenia nie mają mocy na pustkowiach, które jak niegdyś oceany, pokrywają większość Ziemi, otaczając formami pustynnymi różnorodne, postludzkie społeczności.

Sam należy do wspólnoty W32: trochę męskich wilków, żeńskich ludzi, parę niebinarnych węży, owady i on. Outsider. Spacerowicz. Ciekawski, niebieskawy wilczur. Ostatnio się pofarbował, co zupełnie wyklucza jakikolwiek kamuflaż, a kolejny raz w tym tygodniu znajduje się na zdecydowanie nierekomendowanym terytorium pirackiej bandy $%@.

Azor aport.

Czuje, że mógłby pobiec i zaaportować, ale oprócz idiotycznie wyszczerzonego faceta nie widzi niczego innego, żadnej rzeczy do rzucenia i przyniesienia.

Azor aport.

Facet kontynuuje, rozdymając uzębienie. Nawet jakby było co aportować, pewnie by nie zaaportował, a na pewno nie temu facetowi.

Azor ty nierobie.

Robi mu się smutno. Przez inwektywę oraz fakt porwania. Zębaty pirat hakuje go bez problemu. Teraz albo przemieli mu ciało, a świadomość wrzuci do internetu jako intelektualną pornografię, albo…

Trafia do obozu pracy.

Czym różnią się zakłady postprodukcyjne od pirackich obozów pracy? Niczym. To kolejne jednostki niewoli, choć w obu pracuje tylko robotyczne ciało. Dla ciała i mózgu biologicznego zadania są zbyt ciężkie, za trudne, wymagające wielkiej siły fizycznej i niezwykłej sprawności umysłu.

Piraci nie odcinają od internetu. Można sobie klikać w linki, jak w normalnym zakładzie. Pirackie społeczności tworzą osoby, które wyrzucono lub uciekły lub które porwano z innych wspólnot.

Od dawna nie istnieje ogólna policja ani wojsko, a poszczególne straże społeczności międzygatunkowych nie formują oddziałów ratunkowych.

Nikt nikogo nie odbije z niczyich rąk.

Zostaje zaprowadzony na odległość podłączenia do stanowiska komputerowego. Miałby operować Pseudopompę Białkowody. Ogromna, sprzężona ze sobą konstrukcja dźwigów, gąsienic i podnośników jest gotowa do użycia. On nie zamierza jednak pracować i skrzętnie to realizuje. Jego pierwsza zmiana trwa dziesięć sekund. Tyle lenistwa wystarczy, żeby zakład bił na alarm nieróbstwa.

Musi odbyć kurs przystosowania do pracy.

W jednoosobowej sali, czyśćcu reedukowanych, na tablicy, jak zresztą na tablicach we wszystkich postszkołach, które jeśli porównamy do pirackich obozów pracy i zakładów postpordukcyjnych to właściwie nie różnią się niczym. Na hipnotycznej tablicy widnieją falujące, gibiące się zdania:

Praca jest zapracowana. W pracy przepracowana. Po pracy niedopracowana. Z pracy o pracy. Popracuj za pracą. Wypracowali pracowników przy pracy. Dopracuj pracę. Na pracy. Pod pracą. Ku pracy. Przez pracę. Pracowniczy prac prac pracujących.

Coś go tknęło.

Za drugim podejściem zaczyna robotę. Jego cyborgiczna część posłusznie przysysa się do komputera. Swobodnie porusza dźwigiem, wykorzystuje gąsienice i podnośniki. Jego niepracująca reszta zaczyna rozmyślać.

Nie bez trudu.

W bieganiu czuł się sobą bez zastanowienia. W formie myślenia narzuconej przez ludzką technologię jakoś mu niepokojąco. Jakby myśli, które myśli, zarazem należały i nie należały do niego.

Czy jest dobrym psem, czy złym psem? Czy jeszcze psem? Czy człowiekiem? Czy jest jeszcze jakimkolwiek stworzeniem? Czemu myśli, co myśli? Czy myśli to w głowie głosy boga, bogów, bogiń? Czy szepty umarłych? Czy nie żyje? Czy biologiczna świadomość przeżyje ciało? Czy ciało technologiczne świadomość?

W końcu rozumie fenomen pracy. Praca daje do myślenia. Określa. To straszne. To takie okropne. Czuje, że wbrew swojej woli został przyszpilony. Z marzeń sprowadzony na ziemię i zakuty w kajdanki.

Mija dziesięć lat.

U piratów cierpi organizacja pracy i spotkania ewaluacyjne zdarzają się niezwykle rzadko, w przypadku bandy $%@ – mniej więcej raz na dekadę. Komandor nadzorujący zaprasza go na rozmowę do niedużej kanciapy, którą szumnie zwie gabinetem.

Azor…

Bez wstępnej groźby czy innej agresywnej zapowiedzi rzuca się piratowi do gardła, zaciska na nim szczękę i zagryza go po trzech taktach uderzającego w podłogę ogona.

Przez dekadę robót eksperymentował z kolorami sierści – był żółty, czarny, fioletowo-brązowy czy pokolorowany w barwy pradawnych państw.

W końcu stanęło na różowym. Różowym, poplamionym krwią Komandora.

Do gabinetu rozmów pracowniczych wpadają kolejni piraci, rozzłoszczeni, że ktoś wytrącił ich z rutyny dnia. W walce z nimi wykorzystuje możliwość przełączania się z motoryki psa na motorykę człowieka. Gryzie w krocza, wyłupuje oczy kłami, odrywa uszy, rani pazurami, ale też – rzuca krzesłem, wbija w brzuch kawałek szkła, przytrzaskuje nogę drzwiami, przydusza.

Przez dziesięć lat wymyślił i przelał w pliki wiele. Regularnie publikował w takich segmentach internetów jak: „obudź się, zbuntuj się, powstań się”, „inna inność”, „owadziX”, „prodókcja zaaaaabija f nasz rzycie”, „wyszarpane z mózgu”, „kalafior-kanister-katafalk”. Nagrywał też namawiające do empatii filmiki, które tytułował coraz rozpaczliwiej: „zjednocz się ze mną”, „zapraszam do trwałej, wywrotowej interakcji ze mną”, „ze mną możesz miło spędzić czas i zrobić coś fajnego i zarazem dobrego”, „a jakbyśmy jutro rozwalili system”, „proszę”.

Jego myśli na przestrzeni lat ewoluowały od posthumanistycznej refleksji nad implikacjami istnienia do krytyki jednej z głównych form bycia – pracy utożsamianej w jego wyobraźni z wyobcowaniem, czy jak lubił to upraszczać w internetach: „jak robisz coś, nie robisz czegoś innego i to cię zubaża. Tylko nierobienie niczego jest byciem w relacji z wieloma możliwościami”.

Stracił jednak wszelkie złudzenia, całą nadzieję, resztki chęci.

Zrozumiał, że niczym więcej niż rozrywką nie będzie. Przez dziesięć długich lat nie rozkręcił żadnego ponadwspólnotowego ruchu, nawet wiecu poparcia dla czegokolwiek, nawet zwykłej akcji solidarnościowej wobec swojego porwania. Był jedynie wirtualnym karnawałem, który opuszcza się na gromkim kacu, żeby dalej pędzić życie w spokoju i normalności.

A teraz kopane jak ludzkie dziecko odchodzi w agonii jego biologiczne ciało, a za nim podzespoły ciała technologicznego, a za nim wszelkie dane, zapisy emocji, ścieżki myślenia, plany. Firma, która go adaptowała, zagwarantowała, że nigdy nie umrze, tylko jeśli nigdy nie zostanie zabity. Deptany, oskakiwany, zamienia się w miazgę, w płyn, w kałużę.

Woda z psa nie pracuje.

Tomasz Gromadka

dramatopisarz, animator kultury, okazjonalnie poeta, członek Fundacji Strefa WolnoSłowa, która organizuje warsztaty teatralne nastawione na dialog wielokulturowy, ustanawianie więzi międzyludzkich i krzewienie postaw antyrasistowskich. Działa w kolektywie Autonomiczna Przestrzeń Edukacyjna, oddolnej grupie edukatorów i edukatorek, realizujących bezpłatne zajęcia edukacyjne w wielu dziedzinach, a także w Stole Powszechnym, przestrzeni spotkań twórczych i kawiarni w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hubnera w Warszawie. Prowadzi zajęcia pisarskie w szkołach, aresztach i skłotach. Jego sztuki Deportacja i Strajk arabskich pielęgniarek drukowane były w miesięczniku „Dialog”. Spektakle na podstawie tekstów Tomasza Gromadka wystawiane były m.in. w Warszawie, Poznaniu, Bolonii i Brukseli.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!