Konwenans

Siedziałem na ławce w parku. Z daleka widzę znajomą, ale udaję, że jej nie widzę, a i ona widzę udaje, że mnie nie widzi. I dobrze. Na ścieżce alejki spacerowała gołąbka, gołębiczka, szukając okruszków. Ale czy okruszków? Nie! To pretekst chyba tylko, z pewnością pretekst. Bo tak spaceruje i spaceruje i ni okruszka żadnego znaleźć nie może, za to główkę coraz podnosi i na drzewo wzrokiem łypie a nie łypie, jakby ona tutaj w ścieżkę dzióbek i oko jedno, a drugie w górę, jakby okruszek gdzie na drzewie. Patrzę więc na drzewa koronę, patrzę – gałąź, patrzę – jest… Jest gołąb, gołąbek – nie okruszek. Radość. Słusznie w parku przysiadłem. Erotyzm. Dalej ja na niego wzrokiem, a on jak spłoszony a przecież niespłoszony, fruuu skrzydłami zatrzepotał i na ścieżkę fruuu nieopodal gołąbki. Aż mi oko z tego zabłysnęło i nogę na nogę założyłem, przełożyłem, a potem zaraz szeroko nogi rozłożyłem i patrzę.

Gołębiczka główkę uniosła i na gołąbka wzrok i znów na dół, że niby nie widzi. To gołąbek przyczłapał bliżej. No to ona znów główkę, znów w górę i znów na dół, że okruszek niby i że znów niby nie widzi. Na to gołąbek już całkiem bliżej i gru gru do niej. Ona teraz, że niby nie słyszy. To on gru gru gru i głośniej gru i do niej już na dzioba odległość w jej dzióbek gru! Gołębiczka już nie udaje, że nie widzi, bo okruszek, już nie udaje, że nie słyszy i do niego gru zagruchała. Gruchają już razem i do siebie i nieźle całkiem im to gruchanie wychodzi. Melodyjnie, jak trzeba. Na to ja już spokojny a podniecony ręce zacieram. Będzie! Będzie! Pióra, pióra, pióro, pióro, pióro piórem, pióra w piórach, pióra na piórach i… i jajko! Chodzą wokół siebie, w tańcu gruchają, gruchają, już zaraz będzie, już zaraz – gruch – się stanie. Już się gołąb szykuje, już gołąbka czeka gotowa, a gołąbek nóżkę z lewej na prawą i o 5 cm i skrzydełko do góry o 40 stopni i gru dziwnej amplitudy. Ona patrzy, skrzydła uniosła, zagruchała groźnie i koniec. Odleciała. Na to ja wstaję, za głowę się łapię, włosy chcę rwać i do gołębia:

– Ty durniu! Ty głupku! Ty, ty, ty, ty gołębiu, młody a głupi! W takiej chwili? W takiej nóżkę z lewej na prawą? O 5 cm?! Skrzydełko do góry o 40 stopni?! Ty durniu, a to gru?! Skandal!

Podszedłem, nogą tupnąłem, kurz mu w oczy i odleciał.

– Nic tu po mnie. Ptasi konwenans – myślę.

Jeszcze tylko palec włożyłem w staw i bajorko dla poprawienia humoru. Może chociaż pantofelki się parzą, może chociaż ryby się trą. Idę spacerkiem, pusto dokoła, znajoma zniknęła a teraz pogadać by można. Ale czuję coś w powietrzu, że gdzieś parno, że gorąco, że myśl na myśli, że się kłębi, że coś woła, że tęskno, że brak czegoś, że pragnienia uśpione, że wrażliwość budzi się gdzieś tam… Nadzieja, jest nadzieja! Przyspieszyłem kroku, park opuściłem, szukam okiem, wodzony nosem, uchem prowadzony, ciągnięty intuicji nieomylnej językiem, smakiem, smaczkiem…

Wernisaż kulturalny, tam skierowałem swoje kroki i słusznie. Wchodzę na salę, tam poeci, pisarze, muzycy, malarze. Wspaniale, śmietanka! Sami wywrotowcy, sami potargańcy, sami niepokorni, sami otwarci, wzniośli we wzlatywaniu, głębocy w zagłębianiu, otóż to. To dla mnie miejsce, dla mnie środowisko, tu zaczyn, tu opary, tu wilgoć, tu wszystko, co potrzeba, by się rozsiąść, rozpanoszyć, poprzenikać i… napatrzeć się, ponapawać. I natchnąć ich, zakiełkować, zarazić, wzrost dać, zapoczątkować, zapączkować. Tu ja, tu dla mnie. Erotyzm. Tak, tak, tak, już się gotuje we mnie, już się zaraz gdzieś w nich rozpłynę, a pożyję sobie, pożyję, poużywam, spełnię, w sobie, w nich. Ach jak słodko, jak lepko, jak pikantnie, że aż piecze, czekolada z chili. Erotyzm. I patrzę na nich, chodzę, przechadzam się to tu to tam i szepczę do siebie czy do nich.

– Erotyzm. Moi mili, moi kochani, moi artyści, moje dusze! Ależ przepraszam, nie dusze. Wy dusze swoje w twórczość waszą, ku niej, ku niej kierujcie. Ale ciała, ciała wasze piękne, mi drogie, ku sobie, ku sobie dla siebie kierujcie, we mnie. Ciała, ciała piękne a gotowe, a pragnące, a świeże, a soczyste, a krwiste, a gorące, no dalej, no dalej. I przepraszam, że głos cichy a głośny zabieram. Wy to w sobie już macie, wy już wiecie, wiecie sami. I przepraszam, że głos zabieram cicho a głośno, a się rozpłynę zaraz.

Na to oni milczą, siedzą jak siedzieli, czekają jak czekali i nic. Brak odzewu, ignorancja, nawet zmieszania nie. Choć może jednak. Może coś jednak. Coś. Tak, bo ktoś po uchu się podrapał, ktoś łysinę przeczesał, ktoś palec do ust podniósł, ktoś w sufit zerknął, a ktoś w podłogę. Jedna w lusterku, co w torebce, się przejrzała, druga kołnierzyk poprawiła, trzecia wisiorek w palcach zaczęła miętosić i tak już poszło łańcuszkowo, łańcuchowo. Bo jakiś krawat poprawił, jakiś popatrzył, czy rozporek dopięty i już dyskretnie dopinał, jakiś zegarek obrócił, co był przekrzywiony, a jeden to nawet palcami gest po bródce hiszpańskiej uczynił, a inny, że niby okulary poprawia, a palcami po skroni. I wreszcie, wreszcie zerkają na siebie, że niby nic, że niby tylko tak, ale jakiś uśmiech, jakiś błysk w oku. Bezcelowe gesty celu zaczęły nabierać celu, celu par, par parowania. I że on nogą potarł o jej nogę przypadkiem nieprzypadkiem i – przepraszam… – i – nic nie szkodzi… – i któraś któregoś lekko łokciem przypadkowo nieprzypadkowo i – ach przepraszam… – i – ach, ach nic się nie stało… – i uśmiech już do uśmiechu, szept do szeptu, gest do gestu, gest z bródką do gestu z łańcuszkiem i już się zaczęło to wszystko parować, przyporządkowywać, łączyć, układać. Tu moje miejsce, tu ja, pośród nich, erotyzm. Miło, miło patrzeć już było, ale wszedł ki diabeł czy kto i popsuł wszystko, bo ucichli i już sztywno w bezruchu wszelkim wzrok w niego. A gospodarz wernisażu:

– Witamy, witamy pana, miło nam bardzo pana wśród nas gościć.
A on ki diabeł czy kto:
– Przepraszam państwa, przepraszam za spóźnienie, ale korki…
– Korki, korki… rozumiemy, nic się nie stało – i śmiech gospodarza.
I sala w śmiech cała. Ki diabeł czy kto też w śmiech.
– Korki, przepraszam – i w śmiech.
– Korki, cieszymy się, że pan dotarł, że jest z nami – i śmiech.
– Korki…
– Korki…

Korki! A sami jesteście jak korki! Gospodarz korek, ki diabeł czy kto – korek, cała sala korków. No i tym korkiem mnie nabili w butelkę, zakorkowali, a samych siebie bardziej jeszcze niż mnie. Konwenans, wernisażowy konwenans. A erotyzm?! A ja?! Na to wszystko zmieszany, zniesmaczony już miałem wyjść bezpardonowo, bo nic przecież i nic tylko, konwenans, ale usiadłem. Przy takiej jednej, co to w rzędzie pierwszym a z boczku jednak. Pyszna a skromna. Pisarka, malarka jak się zdaje.

Ki diabeł czy kto nagrodę odebrał i odczytuje, recytuje, bo poeta, a śpiewnym głosem, bo i muzyk. I myśl mi na to przyszła jedna. A gdyby tak…? No… to przecież oczywiste. Tak! Gdyby tak… ich.. gdyby tak oni… Pisarka malarka, poeta muzyk. To lepsze niż ksiądz młody i zakonnica młoda. Erotyzm, i siostro podnieto! Tu ja i jak te ich twórczości dziedziny zmieszać? Ach żeby zmieszać… Ale jak? Żeby ciała razem. Ciało na ciele, ciało pod ciałem, ciało w ciele, dwa a jedno ciało. Żeby ciało ciała chciało więcej i więcej. Żeby więcej ciała. Zerkam na nią dyskretnie, a ona oczy ma przecież zielone, a i paznokietki długie. Kocica. Już się pomysł nasunął. Gdyby tak ona go pazurkiem, ach żeby pazurkiem. Rozkosznie. Popatrzyłem na niego, on oczy szare, włosy czarne a zesrebrzone, taki szczurek, smaczny, tłusty, silny. I wiem już, mam rozwiązanie. On jej się pod tym pazurkiem w kłębek musi zwinąć i kłębkiem być, a ogonkiem swoim szczurzym jak nitką kusić, drażnić się, uwodzić. Ona musi patrzeć i jego prowokować, uwodzić okiem zielonym, żeby on w kłębek i ją, i ogonkiem, a ona pazurkiem… Zabawa, zabawa, uwodzenie i tak ciało do ciała już lgnąć będzie, ciążyć będzie, przyciągać w układzie kocio-szczurzym zamknięte i tak ciało.

Ale patrzę – przeszkoda. Na palcu jej. Konwenans. Co ty tu?! Znikaj! Konwenansie – bękarcie cywilizacji sprzeczny z naturą matką naszą. O podnieto, o rozkoszy, o chuci, on mnie zabija! Już na to słabnę, już się pocę, już mi niedobrze, już tchu brakuje, ale patrzę i jej się ręce pocą. I to chyba klima zła i dobrze. Bo jej się ręce pocą, coś ją pod palcem swędzi, konwenans uciskać zaczyna, alergia jakaś na złoto nagła, a szczęśliwa i błogosławiona. I tak ją swędzi, mierzi, a może i piecze, że z palca obrączka – bach! – do torebki. Odetchnąłem z ulgą. Konwenans zniknął. Uff – westchnąłem. Czas działać. Niech działają, niech się dzieje między nimi. Tak zerkam na niego, to na nią, myślę.

– No, niech on zerknie na nią – i zerknął na szczęście, a i wzrok zatrzymał.
A ona… tak…
– Zrób to, zrób!

Tak… poprawiła włosy i pokazała nadgarstek. No dalej teraz ty, twoja kolej, ty ki diable czy ktosiu. I wyostrzył wzrok, błysnął okiem pewnym siebie, okiem drania, okiem szelmy. Jak mi już dobrze, jak przyjemnie, bo ona spoważniała okrutnie i go boleśnie odtrąca, znieważa spojrzeniem zimnym, obojętnym i udaje, że go nie ma, że on dla niej nie istnieje. Erotyzm – ja w oczach rosnę z radości tego napięcia.

– No dalej, dalej, już się zaczęło, nie możecie tak tego zostawić, zmarnować.
Na to on wargę prawie niewidocznie językiem zwilżył.
– Dobrze, dobrze, właśnie tak, tak trzymaj.

A ona jakby jemu, bo i jemu na pewno, odruchowo czy celowo zaczęła sobie palcami po szyi muskać, na dekolt spłynęła. On zerknął, chrząknął, z uśmiechem z lekka ironicznym, a ona mu na to rękę swoją na kolano swoje. On dłonią dla niej w kontrze, dłonią swą po zaroście dwudniowym na policzku się przejechał. Ona nogę na nogę przełożyła i stópką ruszała to w górę, to w dół.

– Pięknie, pięknie, otóż to.
To on rękę uniósł, włosy przeczesał dłonią, łokciem przy tym do tyłu i pierś wypiął.
– Cudowni są, ach, cudowni! Miło patrzeć, miło się między nich zagłębiać.

Będzie z tego ciało, oj, będzie, być musi. Nastał wreszcie koniec odczytu. Usiadł on obok niej, a ja obok nich siedzę teraz obojga i uciechę mam. Bo oboje teraz jak kłody, że niby nic, że niby nic nie było, że niby nic się nie działo, nie wydarzyło. Ach, jaka gra piękna, ach, jacy wytrawni gracze, już to oni dla siebie, stworzeni dla siebie do tej gry pięknej odwiecznej, stworzeni, przeznaczeni. Jak to napięcie między nimi rosło w bezczynności strategii, tak i ja rosłem przy nich, w zmysłach swoich pobudzeniu.

I wszelkich odczytów, prezentacji, podziękowań, mizdrzeń, gratulacji, grzeczności, małych, nieznośnie nudnych konwenansików minął czas. Korek wystrzelił, wystrzeliły korki, od szampana, szampanów, wina, win. Już się z szyj unosiły aromaty ciał, wonie perfum, już się z karków niosły. A tam ja pośród. Erotyzm. I już wszyscy w pary…

– Cześć! – bo i mi w parze wypadało.
– Cześć. Widziałam cię w parku, ale nie chciałam przeszkadzać, a i sama zajęta byłam.
– Gołębie?
– Gołębie. Popatrz, że on tak tymi nóżkami i tym skrzydełkiem, no popatrz.
– I ta amplituda…
– Ach, nie ma co mówić, żal, żal…
– Konwenans, moja miła, konwenans rytuału…

Spotkałem znajomą moją. Siedziała tuż za mną, jak się okazało, dlatego jej nie widziałem. Ale była, była cały czas, musiała być, skoro ja byłem.

– Toast? – spytałem. – Za nich – i wskazałem palcem na ki diabła czy ktosia i na diabliczkę kociczkę.
– Zbereźnik, stary zbereźnik.
– Zbereźnica, już ja widzę po tobie.
– Zdrówko.
– Zdrówko.

I jak się spotkaliśmy i zeszliśmy, tak się rozeszliśmy. Bez powodu z powodu. Podnieta. Erotyzm. W powietrzu. Powróciłem do moich diabłów obserwacji. Dzieje się, jak ma się dziać. On obok niej. Rozmowa. Gesty. I widzę, że się już chcą wyrwać, sami znaleźć tylko dla siebie, gdzieś tam nie wiadomo gdzie, ale sami razem. Serce mi rośnie. Będzie ciało, oj się będzie działo ciało. Ciało. Znajoma złapała mnie za ramię i mi do ucha.

– Będzie, będzie.
– A ty skąd wiesz?
– Bo podsłuchałam – i zaśmiała mi się w oczy i nura w tłum dała.
– Ach… cudowna ta moja podnieta – pomyślałem.

Co widzę? Zrywają się, uciekają, przemykają pomiędzy tłumkiem dyskretnie do wyjścia. Nie mogę ich zgubić i za nimi nura i do drzwi daję. Ulicą idą a trzpioczą w rozmowie, gruchają, jak dwa gołąbki powinny. Ja dyskretnie w odległości pewnej, bezpiecznej a bliskiej, nie do spostrzeżenia, nie do przyłapania, idę spokojnie i się napawam, podsłuchuję, zmysły cieszę, rajcuję się, oddaję fantazjom proroczym. Weszli do restauracji, zajęli lożę w rogu sali, na uboczu, żeby dyskretnie, żeby choć w miejscu publicznym – to sami, intymnie sami. W gniazdku, w kąciku. Ja stolik nieopodal nich możliwie najbliżej zająłem, na wprost nich siedzę, ale i bokiem zarazem, bo napawać się chciałem, ale i nie przeszkadzać, nastroju nie burzyć.

– Tylko nie zamawiaj wina, ani szampana, bo konwenans, i zbyt to oczywiste będzie – szepczę – piwo zamów i niech będą i lody.

Zamawia piwo i lody. – Uff – westchnąłem. Sobie w kuflu, najlepiej litrowym, a co tam, od razu. Ty mężczyzną jesteś, ty twardy, męski być musisz. Kufel kanciasty, tak kanciasty, toporny, ciężki, prosty jak męska figura z góry na dół. I ty tym kuflem o stół walić będziesz, że siła, że męskość. A jej w szklance półlitrowej, bo kobieta, bo szklanka jak kobieta, kształtu kobiecego, opływowego jak biodra, krągła a krucha i delikatna, jej ścianki jak skóra. Szklanka też jak łydka. Tak, jej w szklance i z sokiem jeszcze, i z rurką, kobieco.

Ku uldze mojej tak zrobił. A lody? Zdolny on, bo czekoladowe i z kawałkami czekolady. Afrodyzjak. Rozmowa. Gesty. Napięcie. Rośnie. I ja rosnę. Erotyzm. Kiedy jej dotknie?

Dotknij ją – myślę, szepczę – najpierw dłoni badawczo, potem że niby tak jako do słowa dodatek dotknij kolana i dotyk oderwij, oswajaj, oswajaj. Już czas, już czas zaraz na pocałunek pierwszy. Przecież widzę, ona już gotowa, ona czeka już tylko. Sama nie zacznie, bo o zgrozo – konwenans. Erotyzm. Już tak rosnę, rosnę w nadziei, w oczekiwaniu, napięciu, a on:

– Jesteś wolna? – wypalił.

Ja wstaję, za głowę się łapię, włosy rwać zaczynam. Ona wybita, wyrwana, spłoszona i wściekła, bo pękło wszystko, pękło wszystko, ale nie tak, jak wypalić miało, bo ten jego wypał to niewypał wielki. I do niego ona:

– Wiesz, jestem zajęta, nawet bardzo zajęta, mąż, dzieci, te sprawy, w sumie to muszę już iść – ileż było w słowach skrytej pretensji, żalu, rozczarowania.

I słusznie. Ja szeptałem w złości, choć krzyczeć chciałem:

– Ty durniu, ty głupku, ty, ty, ty gołębiu! Gołębiu!

Czar prysnął. Konwenans. Wymienili e-maile. Ale wiem, wiem na pewno, to tylko konwenans, grzeczność, bo nie napiszą do siebie. Bo po co, już teraz? Po nic, a jak po nic, to po co pisać. Gasłem. Za ramię złapała mnie znajoma.

– I ty tutaj? – spytałem.
– A gdzie, gdzie miałam być?
– Ale sobie popodglądaliśmy, ale żeśmy się nacieszyli, naużywali…
– Daj spokój… gołębie i tyle.
– On gołąb, ale czy ona nie mogła przejść ponad, przecież ludźmi są. Czy nie mogła udać, zbyć, przetorować, że np. w wolnym kraju wszyscy ludzie wolni. A nie jak gołębiczka.
– Daj spokój… konwenans. Idę – i poszła.

A i oni, nieszczęśni wychodzą, ona nieszczęśliwa, on nieszczęśliwy i ja nieszczęśliwy chyba najbardziej, bo aż mi było w bezsilności trupio. Wyszedłem za nimi. Rozeszli się. Ona szła na przystanek, on przystanął i patrzył na nią. Jeszcze się tliło coś we mnie, że może się coś odmieni, że może jednak. Ale nie. On tylko patrzył, nie zawołał, nie pobiegł za nią, by ją zatrzymać i z nagła pocałować. Ona się nie odwróciła, nie wykonała żadnego gestu. Koniec. Wsiadłem z nią do autobusu, usiadłem przy niej, nie poznała mnie, bo i jak miała mnie poznać. Wstałem i usiadł przy niej starzec. Konwenans. Dlaczego miejsca ustępuje młodsze starszemu, a nie starsze młodszemu?

Pod dom z nią nie jadę, bo nic tam po mnie. Żadnej uciechy, napięcia, nic do roboty nie mam. Tam konwenans, tam wszystkie chore dzieci jego – rutyna, przyzwyczajenie, obowiązek, nuda. Patrzę, obok jakiejś młodej młody usiadł. Ze dwadzieścia lat mieli, nie więcej, nie mniej. Ooo! O! O! O! A czemu on przy niej usiadł? Bezcelowe to nie było z pewnością. Już ja wiem i się dosiadam jak najbliżej. Zerkają, uśmiechają się do siebie.

– Jacy odważni, bezpardonowi – myślę.

Ale nic, żadnego słowa między sobą. To jak to? Też nic nie będzie? Ona wysiada, on za nią, a ja za nimi. On woła.

– Ej, zaczekaj.
Ona się odwraca, uśmiecha, pewna siebie, zadowolona.
– Tak…? – pyta.
On do niej.
– Słuchaj, jak cię zobaczyłem… no nie mogę.

Ona w śmiech, i, i , i on… on, on ją, ni stąd, ni z owąd, nagle tak? Tak! Pocałował! Przyciągnął do siebie i całuje dalej. A ona? Ona… ona zamiast mu w pysk dać, bo konwenans, ona go do siebie przyciska i całuje. Wóz albo przewóz, na jedną kartę wszystko, próba ślinkowa i udało się! Ach! Ach! Tego mi było trzeba! Ależ oni śmierć zadali konwenansowi, konwenansom wszystkim! Ależ pokazali! A ja się rozpływam, w nich się rozpływam, ja, ja erotyzm, bo ja erotyzm przecież, nie dziad zboczeniec, nie zboczeniec podglądacz. I moja znajoma, siostra w sumie, podnieta także w nich się rozpływa, i siostra rozkosz i siostra chuć. Już my wszyscy się w nich rozpływamy, wypełniamy, co rolą naszą odwieczną od matki naszej natury daną.

Ja Erotyzm, one siostry moje: Podnieta, Rozkosz, Chuć – my żywi, my prawdziwi, naturalni, wygraliśmy! A może zwyciężył Konwenans? A może i my konwenanse? Może porno konwenanse? Już wy tam dobrze wiecie, moi mili, już my tam w was mieszkamy, w lędźwiach, w członkach, żyłach, sercach, umysłach, myślach kosmatych, pragnieniach, żądzach. Już wy tam wiecie dobrze, czujecie, aż was ściska! Ale wstyd wam, wstyd wam, skrywacie nas w sobie, przed sobą, przed światem. Wy, wy chodzące konwenanse.

Przemysław M. Wierzbiłowicz

(1986-2011) Pisał prozę i poezję (podpisując je nazwiskiem Wierzbiłowicz), za które zdobywał liczne nagrody na warszawskich scenach literackich, angażował się w rozmaite działania warszawskiego środowiska kulturalnego. Swoje teksty publikował w Wakacie, pomagając później redakcji w pracach nad pismem jako sekretarz. Studiował na warszawskiej Akademii Teologii Chrześcijańskiej. Zginął tragicznie w wieku 25 lat.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!