Teresa

Przeszła się przez pokoje z miną sierżanta, komendanta czy też żołnierza, w każdym razie kogoś, kto miał zamiar zaprowadzić porządek. Porządek i czystość to dwie wartości, które pozwalały jej myślom płynąć swobodnie. Teresa wróciła z dwutygodniowej podróży, i jak każdy, kto na chwilę zapomni, jak żyje, doznawała małych olśnień, dziwiąc się rzeczom, które otaczają ją na co dzień, czy wdychając zapach, jaki (zawsze to samo zaskoczenie!) miał jej dom. Dom pachniał drewnem, wędzonym mięsem, sierścią zwierząt i wilgocią. Czyli to ludzie czują, kiedy tu wchodzą, pomyślała. Czy zapach wydaje im się nieprzyjemny? A może po prostu swojski?

– Niezwykłe – powiedziała na głos.

Niezwykłe rozeszło się z prędkością tysiąca dwustu dwudziestu pięciu kilometrów na godzinę w przedpokoju, kuchni, łazience, salonie i pokoju Mateuszka. Tysiąc dwieście dwadzieścia pięć kilometrów na godzinę – taka mniej więcej jest prędkość dźwięku pędzącego przez powietrze, o czym przeczytała ostatnio w jakiejś popularnonaukowej gazecie. Lubiła zapamiętywać takie rzeczy i zadziwiać nimi rozmówców. Niezwykłe, powtórzyła już w głowie. Jej ubrania musiały pachnieć tak samo jak ten dom. Może nawet jej włosy i skóra nosiły ten ciemny zapach. W tym sensie ludzie są jak żółwie, pomyślała. Noszą ze sobą swoje domy. Dobrze, dosyć tego. Trzeba posprzątać. Co my tu mamy?

Po pierwsze, obrazy z puzzli. Starannie sklejone i oprawione. Było ich kilkanaście, co nie jest liczbą powalającą, ale biorąc pod uwagę przestrzeń domku, była to liczba ponadprzeciętna. Obrazy zawierały widoki przedstawiające świat, na przykład kąpiące się w słońcu szwajcarskie miasteczko pochylające się nad rozległym, krystalicznym jeziorem lub też wystrzeliwującą w niebo wieżę Eiffla, uśpioną rakietę. Czerwony most w San Francisco, zatopiony w chmurach, jakby prowadzący do nieba, podświetlone Koloseum (w rzeczywistości niestety mniej imponujące), niemiecki zameczek, japońska świątynia wtopiona w tłum kwitnących wiśni – wszystko to trzeba było odkurzyć.

Lubiła układać puzzle kawałek po kawałku, konsekwentnie, bez zbędnego pośpiechu, a następnie utrwalać i zamykać. Ktoś o nowoczesnych poglądach mógł ją zapytać: halo, ale czy puzzle nie służą do ciągłej zabawy, odnawialnego poszukiwania? Po co je sklejać i raz na zawsze unicestwiać odpowiedź? Odpowiedź, która – biorąc pod uwagę nasze skomplikowane czasy – mogła się okazać niepoprawna??? Czy to jest na serio jedyny i ostateczny wygląd tych cudów świata? A co z perspektywą daltonistów, niewidomych, psów, mrówek, ludzi innych kultur lub też tych przebywających aktualnie w stanie nirwany czy depresji? Po co unicestwiać odpowiedź? Czy nie lepiej jednak gonić króliczka, niż go złapać? Nie, odpowiedziałaby im. Jeśli znajdzie się odpowiedź, lepiej ją pielęgnować. Medytować. Pogłębiać ją. Obcować z nią. A następnie podzielić się z innymi. Odpowiedzi należy wykorzystywać.

Dalej trzeba było odkurzyć wypchane głowy zwierząt, które zrobił jej mąż. Jej mąż nie żył. Zwierzęta też, ale w przeciwieństwie do Staszka miały zostać tu jeszcze długo. Zimne oczy jelenia, dzika, bobra, lisa. Patrzyły w pustkę. Choć może trochę miały ją na oku? Trudno powiedzieć. Może były gwardią, pozostawioną przez Staszka na wieczną straż przy Teresie, w każdej chwili gotowe wydostać się ze ściany i przyjść z pomocą. To była pierwsza opcja. Druga sugerowała, że jeleń nie był już jeleniem, bóbr bobrem, dzik dzikiem, a lis lisem. Zamieniły się w dziwne stwory, ni to żywe, ni to martwe, udające życie, tak jak udawał życie jej mąż przez kilka lat, zanim trafił pod ziemię. Jego ciało pojawiło się w różnych miejscach, choć głównie zajmowało się leżeniem w salonie, spożywaniem posiłków przygotowanych przez Teresę, wlewaniem w siebie wódki, przemieszczaniem się w stronę sklepu. Któregoś dnia ciało postanowiło przerwać swoje monotonne bytowanie i wejść do samochodu. Mimo braku co do tego odpowiednich kompetencji, ciało złapało za kierownicę i pojechało do Wałbrzycha. Tam z uporem przez siedem dni wlewało w siebie alkohol, a potem znów zachciało mu się wrócić. I szczęśliwie wróciło do domu, a właściwie nieopodal, gdzie znajdował się słup, z którym zderzył się samochód. Słup. Teresa widziała go z okna. Razem z liniami elektrycznymi tworzył kształt krzyża. Krzyża o szerokich, wprost nieskończonych ramionach, prawdopodobnie obejmujących cały świat. Ten krzyż wydawał jej się na tyle imponujący, że nie widziała potrzeby stawiania dodatkowego.

No nic, przetarła zwierzęta i przeszła dalej, do salonu, gdzie – ciągle pod wpływem popodróżnego dystansu – wkroczyła jako gość. Spojrzała na swój dobytek. Jeju, czego to w tym salonie nie było! Cóż, tak właściwie wielu rzeczy. Na przykład nie było w salonie telewizora – Teresa uważała go za zbyteczny. O istotnych wydarzeniach dowiadywała się z gazet, a uniesień dostarczały jej książki. Książki, ich było sporo. W biblioteczce gość nie uświadczyłby natomiast Biblii Tysiąclecia – zdecydowanie wolała Biblię Wujka, szczególnie od momentu, kiedy natrafiła na artykuł o niepokojących, idących w setki, błędach czy też przeinaczeniach zachodzących w wersji benedyktyńskiej. Brakowało też zdjęć jej dwóch córek bliźniaczek, natomiast ostał się dokument zaświadczający o ich poronieniu. Nie było zdjęć ze ślubu – może trudno to sobie wyobrazić, ale w czasach, gdy Teresa i Stanisław pobierali się, w Wolimierzu nie było żadnego fotografa, a najbliższy był zwyczajnie zbyt drogi lub zbyt zajęty, już nie pamiętała, jak to dokładnie było, w każdym razie coś tam było, był jakiś powód. W salonie nie brakowało słodyczy, ponieważ słodycze są niezdrowe i zwyczajnie nie były tu mile widziane. Teresa przejechała szmatą po tym, co w salonie istniało: zdjęcia, małe bibeloty, porcelanowe zwierzątka, kilka drewnianych aniołów, bursztyn znad morza, kryształ z Karpacza – wszystko to przywodziło na myśl wspomnienia. Spojrzała na obraz przywieziony z Medziugorie. On jeden nie krył wspomnienia, a przeżycie. Ciągle w niej trwało. Wracając do braków, brakowało jeszcze w domu Mateuszka. Pewnie zaraz przyjdzie z babcią. Ta myśl ożywiła Teresę. Zerwała się, by wyciągnąć z torby kupione dla nich pamiątki. Była z nich bardzo zadowolona, naprawdę, czekała już, aż się ucieszą, miejmy nadzieję, że to powstrzyma babcię przed zadawaniem pytań, czemu nie było jej tak długo, trochę ją rozproszy. Puk puk – no i proszę, są. Ale po co pukają, czy to Mateuszek sobie żartuje?

– Nie wygłupiajcie się, wchodźcie!
– Mówiłem ci? Ludzie są tutaj inni – Teresa usłyszała męski głos, a jego posiadacz otworzył drzwi.
W tej chwili Teresa zobaczyła swoich gości. Zupełnie nie byli babcią i Mateuszkiem, okazali się za to parą z grubsza wyglądającą na hippisów.
– O, dzień dobry! – wypowiedziała, jeszcze na podnieceniu wynikłym z nadziei zobaczenia syna.
– Dzień dobry pani! Przyszliśmy się przywitać, właśnie wprowadzamy się do Wolimierza. I witamy się z sąsiadami – powiedział mężczyzna.
– Cóż państwo nie powiedzą? Wprowadzacie się tutaj? Młodzi to raczej wyjeżdżają.
– Widzisz, Włodek, nie tylko mnie to zaskakuje – powiedziała kobieta. Tylko czy to nie było trochę niegrzeczne?
– Yyy. No tak. Ja jestem Włodzimierz, a to jest Anna. I przynieśliśmy ciasto.
– Marchewkowe – dodała kobieta.
– Marchewki są stąd, kupiliśmy je w Wolimierzu. Pomyśleliśmy, że to będzie taka ładna metafora – wtrącił mężczyzna.
– No tak, tak. Metafora? No tak. Przepraszam, zaskoczyli mnie państwo, właśnie czekam na synka i moją mamę…
– Ach, to może my nie będziemy przeszkadzać.
– Nie, nie, skądże. Proszę wchodzić.
No i weszli. Rozsiedli się w salonie, Teresa poszła naparzyć herbaty. Kątem oka zobaczyła, że mężczyzna wstał.
– Mogę pooglądać książki?
– Oczywiście. Może pan nawet pożyczyć sobie jakąś, gdyby pana zainteresowała.
– Super.
Super. To było jedno z tych nowych słów. Pojawiało się na opakowaniach produktów, w reklamach, w gazetach. Było super, tylko gdzie jest Mateusz?
– No i co tu państwa sprowadza, do Wolimierza?
– Projekt artystyczny. Eksperymentalny, powiedziałbym. Tworzymy tutaj teatr.
– Teatr! W Wolimierzu! Wspaniale, brakuje nam tu kultury. Ale pan wie, że tutaj mieszka jakieś trzysta osób?
– Wiem. Ale jestem przeciwny elitaryzmowi. Chcemy robić tu teatr dla wszystkich, bez przeintelektualizowania. Ma być dla wszystkich.
– Pan jest reżyserem?
– Jesteśmy z wykształcenia aktorami.
– Biblia pauperum, znają państwo taki termin.
– Tak. I jest też termin theatrum pauperum.
Teresa odczuła pobudzenie. Dawno z nikim tak nie rozmawiała. Poczuła wielką radość.
– Jakie to będą sztuki? Coś z Szekspira? Tam się dużo dzieje, można to jakoś ograć, tak żeby wszystkim się podobało.
– Jesteśmy aktorami-lalkarzami. Staramy się tworzyć metodą eksperymentalną.
– Czyli w trakcie rozpoczęcia pracy nie przewidujemy efektu końcowego.
– Tak, dokładnie.
– Są jeszcze z nami nasi przyjaciele – dodała kobieta.
– Rozpoczęliśmy pracę nad pierwszym spektaklem, także niebawem będą efekty. I wtedy zrobimy imprezę powitalną dla wszystkich mieszkańców. Więc już zapraszamy.
– Wspaniale, dziękuję, na pewno przyjdę – odpowiedziała Teresa.
Zapadła cisza.
– Wyjątkowo ciepły kwiecień – powiedział mężczyzna.
– Tak właściwie to nie wiemy, jak się pani nazywa – powiedziała kobieta.
– Teresa.
Zapadła cisza.
– To w takim razie my idziemy. Chyba. Musimy jeszcze przywitać się z innymi mieszkańcami.
– Jasne.
– W takim razie do zobaczenia.
– Do zobaczenia. Może będą państwo na adoracji grobu w sobotę? Ksiądz przyjeżdża do nas na piętnastą.
– Zobaczymy – powiedziała kobieta.
– Będziemy, będziemy – dodał mężczyzna.
– W takim razie do zobaczenia w sobotę. Do widzenia!

Ich misja się skończyła. Wyszli. Teresa, trochę wybita z rytmu, przypomniała sobie, że czeka na mamę i na Mateusza. Z drugiej strony, mogła zrobić tyle rzeczy, zamiast czekać. Położyła torbę na tapczanie i zaczęła wypakowywać rzeczy: brudne do prania, czyste do szafy, resztka szamponu i pasty do zębów do łazienki. Wyciągnęła na stół pamiątki: trzy samochodziki dla Mateusza, apaszkę dla mamy. Była gotowa.

Maciej Marcisz

(1988) Prozaik, studiuje organizację sztuki filmowej w PWSFTviT w Łodzi oraz polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2010 roku prowadzi klub czytelniczy Kolacje Literackie. Mieszka w Warszawie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!