COGITO ERGO NIC

Innym z kolei razem postanowiłam się udać na marsz. Rok chylił się ku końcowi; prezenty świąteczne czekały w szafie na swój moment, plany sylwestrowe niedalekie już były od realizacji. Usiadłam w fotelu celem podsumowań. Przez dwanaście miesięcy starałam się, aby żadne ludzkie doświadczenie nie uszło mojej uwadze. A jednak to zdołało mi umknąć. Wówczas w tej kreskówce tak się robiło – chodziło się na różne marsze, by podkreślić swoje zaangażowanie w sprawy. Wszyscy chadzali, tylko ja nie chadzałam. Zawsze mi coś wypadało w międzyczasie. Termin, pogoda, ogólne samopoczucie – cały rok natykałam się na przeszkody. Teraz należało to nadrobić. Zaczęłam się bowiem obawiać, że któregoś dnia mój brak ideowości boleśnie wyjdzie na jaw. Na przykład, gdy z początkiem roku opublikowane zostaną najnowsze zestawienia maszerujących i będzie można sobie sprawdzić, że nigdzie mnie nie było. Stąd już bardzo prosta droga prowadzi do wniosku, że żadna kwestia nie jest mi bliska. A to rodzi podejrzliwość. Należało więc zmienić obecny stan rzeczy najprędzej, jak to możliwe. W tym celu udałam się do pobliskiego kiosku z zamiarem nabycia aktualnej gazety. Następnie na stronach z nadchodzącymi wydarzeniami odnalazłam informację o najbliższym, ostatnim już w tym roku marszu. Skwapliwie odnotowałam to w moim terminarzu i oddałam się oczekiwaniom.

W dniu marszu obudziłam się niespodziewanie podekscytowana. Owo podekscytowanie towarzyszyło mi we wszystkich czynnościach, które musiałam wykonać do czasu demonstracji. „Skąd ten humorek?”, pytali mnie wszyscy znajomi, a ja wykręcałam się od odpowiedzi, bo głupio mi było przyznać, co jest jego powodem. Dodatkowo obawiałam się, że mogłoby to wywołać lawinę niepotrzebnych pytań. Bo, jak już zdążyłam wspomnieć, wszyscy już w tym roku maszerowali. Tylko ja nie.

Jedna kwestia nie podlegała wątpliwości – gdzie należy się na marsz udać. Maszerowanie było wówczas tak popularne, że dla ułatwienia wyznaczono specjalną trasę, którą wszystkie manifestacje, bez wyjątku, musiały się poruszać. Zaczynało się zawsze na początku ulicy Dolnej, przy kapliczce, potem dalej, przez całą długą Polską, aż do Górnej, gdzie na końcu, przy górce stały budki, w których każdy maszerujący miał obowiązek wpisać się na listę. Dane trafiały później do corocznych zestawień. Sprawę potencjalnych kontrmanifestacji również rozwiązano – wyruszały one na dwie godziny po manifestacji. Tak, aby ewentualni niezdecydowani mogli udać się na obie i później podjąć decyzję, za czym się opowiadają.

Gdy przybyłam na miejsce, ludzie już czekali. Niewielki tłumek, pięćdziesiąt, góra siedemdziesiąt osób. Pora się było wreszcie zorientować, w jakiej sprawie przyjdzie mi się przejść. Dotychczas, zbyt pochłonięta myślą, że niezwłocznie należy się w coś zaangażować, nie zwróciłam uwagi, pod jakim hasłem organizowany jest marsz. Rozejrzałam się w poszukiwaniu transparentów, tych jednak było niewiele. Pewnie wszyscy przyszli tu jak ja, w celu zaliczenia jedynego w tym roku marszu – prędko przyszło mi do głowy. Na początku formującej się powoli kolumny znalazłam jednak organizatorów. Kilku młodych chłopaków z nierozwiniętymi jeszcze płachtami. Na puchowe kurtki założone mieli czerwone t-shirty z białymi napisami „pierwszy polski MARSZ PRZECIW POEZJI”. No to nieźle, ale przynajmniej będzie o czym opowiadać – pomyślałam sobie.

Wkrótce ruszyliśmy. Wcześniej obawiałam się ścisku, hałasu oraz tego, że ktoś co rusz stąpać mi będzie po butach. Między innymi dlatego nie chodziłam dotychczas na marsze. Tu jednak było inaczej – wszyscy szli spokojnie, rzędami, byle tylko odbębnić obywatelski obowiązek i wrócić do swoich zajęć. Tylko organizatorzy chcieli wszystkich jakoś rozruszać. Krążyli wokół posłusznej kolumny i co rusz wciskali komuś do rąk transparenty. „STOP Z POEZJĄ”, przeczytałam na kilku. Rozczarował mnie ten brak finezji. Na innych brystolach widniały znane twarze, wszystkie przekreślone: przekreślony Mickiewicz, przekreślony Słowacki, przekreślony Miłosz, przekreślona Szymborska. Chcąc odczuć jakieś grupowe emocje, pozwoliłam sobie nawet na moment wcisnąć do rąk plakat ze Słowackim. Nie poczułam jednak nic, tylko zmęczyłam się dźwiganiem i oddałam go komuś z lewej. „NIE POETÓW A GEODETÓW”, odczytałam jeszcze jeden transparent. Organizatorzy co chwila próbowali zachęcić ludzi do skandowania. „KTO NIE SKACZE, TEN POETA, HOP, HOP, HOP”, rozlegało się co chwila z różnych stron kolumny. Okrzyki pozostawały bez odzewu, nikomu się skakać nie chciało. W takiej atmosferze prędko pokonaliśmy długą ulicę Polską i trafiliśmy na Górną. Tam wszyscy wpisaliśmy się na listę i rozeszliśmy się do domów.

Zawiódł mnie mój pierwszy marsz. Liczyłam na jakieś fajerwerki, bardziej waleczną atmosferę, więcej oddania sprawie. Rozczarowana brakiem anegdotycznego potencjału moich najnowszych przeżyć, wróciłam do zaniechanych wcześniej zajęć. Oderwał mnie od nich dopiero, w wiele godzin później, telefon. Znajomy głos zapytał, czy już widziałam zdjęcia.

– jakie zdjęcia?
– o, no to sobie zobacz. koniecznie sobie zobacz.

Weszłam do internetu. Odwiedziłam wszystkie wiodące portale. Na jednym z nich tematem dnia był koń, który potrafił liczyć do dziesięciu. Ten portal już dawno nie trzymał ręki na pulsie wydarzeń, to odstępstwo stanowiło ostateczny dowód. Bo na całej reszcie była moja twarz. Patrzyłam na siebie ze stron głównych wszystkich liczących się portali. Mój wzrok był gniewny. Czapka troszeczkę na bakier. W dłoni znak z przekreślonym Słowackim.

Nieoczekiwanie stałam się twarzą marszu przeciw poezji.

„Kim jest ta dziewczyna?”, pytali wszyscy reporterzy. „Zdrajczynią polskiego paradygmatu romantycznego”, podpowiadali co bystrzejsi spośród komentujących użytkowników sieci.

– no to klops – powiedziałam na głos i zamknęłam laptopa.

Wobec tego musiałam wymyślić strategię. W tym nigdy nie byłam za dobra, kilka następnych dni spędziłam więc na odpisywaniu na maile: „Serdecznie dziękuję za propozycję, niestety nie jestem zainteresowana udzieleniem wywiadu w sprawie marszu przeciwko poezji. Moje uczestnictwo było dziełem przypadku, toteż nie chciałabym być w przyszłości kojarzoną z tą inicjatywą. Pozdrawiam”, i tu podpis. Reporterzy wciąż dzwonili, odpowiadałam podobnie. Raz nawet ktoś sfotografował mnie w kolejce w markecie; zdjęcia prędko pojawiły się na jednym z plotkarskich portali. „Tajemnicza gwiazda marszu przeciw poezji tak jak my kupuje w sklepie bułkę”, głosił podpis. No to już mnie mają. Przyłapali na gorącym uczynku i obwieścili całemu światu. Pewnie chcą mnie w ten sposób wykurzyć z nory. Jednak pozostawałam nieugięta. Póki nie wpadnę na jakiś rozsądny pomysł, nie będę kontaktować się z mediami – obiecałam sobie.

Ale nie tylko ja milczałam, również organizatorzy marszu odmawiali komentarza.

A dziennikarze wciąż produkowali nowe teksty. Sprawa jakoś nie chciała ucichnąć. Każdego dnia na nowo okazywało się, że kraj jakoś nie może o tym wydarzeniu zapomnieć. Do tego wszystkie artykuły, bez wyjątku, opatrzone były moim groźnym wizerunkiem. Bezdyskusyjnie stałam się twarzą tej rewolucji. Jej pomylonym symbolem.

Bo już dawno przestało chodzić o sam marsz, on okazał się tylko przyczynkiem do ogólnopolskiej debaty. Okazało się, że każdy gdzieś w głębi duszy kryje jakiś problem z poezją. Każdy chciał zabrać głos.

Więc mówił znany polityk, gdzieś w telewizji śniadaniowej:
– tak, poezja, coś tam kiedyś było trzeba czytać. w szkole. nie, potem to już nie, za żadne pieniądze. których się czytało? no tego, co go ta dziewczyna niosła, mickiewicza tego całego. w szkole. no rozpoznaję, niektórych rozpoznaję, na moje nieszczęście. ale nie żebym tego, czytał. no, tę babę, tę panią, przepraszam, to też bym poznał ze zdjęcia. no jak tam ona, ech, no nie pamiętam w tej chwili. ta co tę nagrodę kiedyś. ale nie żebym czytał. a już na pewno nie dla przyjemności, bo co to za przyjemność. dla przyjemności to ja inne rzeczy, no wiecie państwo, hehe. nie, no my tu tak sobie teraz rozmawiamy, żartujemy, a tak naprawdę to chciałem powiedzieć, to, że to i dobrze, że młodzież bierze sprawy w swoje ręce, interesują ją takie kwestie, całym sercem jestem za ideą tego marszu i chętnie w następnym pójdę, macie we mnie, młodzi, sojusznika!

Tak oto znany polityk zalegitymizował moje istnienie. I to przed dziewiątą rano!

Kiedyś bardzo popularny, lecz obecnie nieco zapomniany reżyser w ramach jakiegoś talk showu rozgrzebywał swoje traumy:

– wie pani co, ja pani powiem szczerze, ja to poezji od dziecka nie znoszę. już jak byłem mały to mama mi czyta „stoi na stacji lokomotywa” a ja w ryk, i płaczę, płaczę, uspokoić mnie nie można, telewizor dopiero musieli głośniej włączyć żebym się jakoś tam choć trochę uspokoił. tak samo w szkole, potem: kazali mi deklamować, to o tym, że ten dzieciak umarł, dziewczynka, to ja hop, pierwszy wers powiedziałem i się po prostu przewróciłem, zemdlałem, w głowę się uderzyłem, dwa tygodnie potem w szpitalu leżałem. no jak boga kocham, przysięgam, nic nie zmyślam. potem praca domowa taka była, że trzeba było rymowankę napisać, no to się po prostu, za przeproszeniem, zerzygałem na zeszyt, no szkoda gadać. od tej pory nic, żadnej poezji, za żadne skarby. jeszcze tylko przy maturze, ooo, wtedy to mieli ze mną problem. powiedziałem, bo już wtedy stanowczy chłopak ze mnie był, pewny siebie: ze wszystkiego mogę odpowiadać, ale, choćby się waliło i paliło, o poezję wy mnie ludzie nie pytajcie. i, uwierzy pani, nie-za-py-ta-li! i ja już od tego momentu ani wierszyka nie przeczytałem, tfu!, ani wersu nawet.

Wszystkich jak jeden mąż widzów poraziła odwaga i determinacja reżysera cechująca go już od najmłodszych lat.

Próbowała się nawet na tym zamęcie wypromować jedna taka młoda poetka i opowiadała, że kiedyś to rzeczywiście pisała wiersze, publikowała, dostawała nagrody, tomik nawet wydała, ale teraz to już definitywny koniec. I chętnie wkroczy na zupełnie nową ścieżkę kariery, w takiej na przykład agencji reklamowej i ma nadzieję, że jeśli ktoś słucha, to się do niej zgłosi, odezwie i liczy na owocną współpracę.

No to przestałam włączać telewizor.

Organizowano liczne debaty. Wszystkie plakaty, bez wyjątku, ilustrowała moja twarz przerobiona na sposób Warholowski. Mądre głowy debatowały na takie tematy jak: „Czy poezja jest potrzebna i dlaczego (nie)?”, „Komu (nie)potrzebni są dziś poeci?”, „Polsko, ojczyzno moja, czyli o zmierzchu poezji w epoce cyfryzacji” i tak dalej.

Witryny kulturalne zabrały się w końcu za rozkład widniejącego na jednym z transparentów hasła „NIE POETÓW A GEODETÓW”. Debatowano nad tym, co znaczone, że nasz kraj rzeczywiście potrzebuje geodetów, ale też na przykład szewców, rzemieślników, że młodzi nie chcą na rzemieślników, bo to nie jest atrakcyjne, a przecież lepszy średni nawet hydraulik od najlepszego poety. Rozważano również sam kształt hasła, bo przecież występuje się w nim rymem przeciw poezji i czy to aby zasadne, czy poeci odeszli od rymów, czy raczej wręcz przeciwnie i czy aby nie to właśnie wpłynęło na obecny stosunek społeczeństwa do poezji, czy poeci mogliby na nowo zaskarbić sobie choć trochę szacunku, pisząc wiersze trochę lżejsze, nieco bardziej rymowane, może do skandowania, trochę takie ogólnie atrakcyjniejsze.

Masowo odbywano podobne marsze również w mniejszych ośrodkach miejskich.

Nie było w owym czasie dla kraju tematów ważniejszych.

Na wszystkich śledzikach, podczas rodzinnej wigilii i imprezy noworocznej zadawano mi wciąż te same pytania, zawsze związane z moim tajemniczym udziałem w najistotniejszym ze wszystkich marszów.

Najpierw pojawiły się przypinki z moją podobizną. Potem wypatrzyłam koszulki. Następnie bawełniane torby. A później przyszła już cała reszta tego merchandisingu.

W dalszym ciągu milczałam, nie odpowiadałam na żadne pytania mediów. Dla świętego spokoju postanowiłam nie wdawać się również w rozmowy o marszu z rodziną i przyjaciółmi.

W prasie, telewizji i internecie szukałam jakiegoś oficjalnego stanowiska organizatorów. Nic. Najwyraźniej oni też przyjęli strategię milczenia.

Jak kamień milczeli też wszyscy najprawdziwsi poeci, tak jakby cały ten zamęt zupełnie ich nie dotyczył.

Ale w okolicach przedwiośnia, razem z pierwszymi przebiśniegami, zauważyłam, że zainteresowanie sprawami marszu przeciw poezji zdecydowanie ostygło. Ludzie powoli zapominali, przestawało ich to obchodzić, wreszcie zagadywali mnie o jakieś inne rzeczy. Powitałam to z ulgą. Brakowało tylko wciąż równie potężnego tematu-następcy, czegoś, co mogło trząść opinią publiczną przez kolejne tygodnie. Wyłącznie z tej przyczyny w mediach nadal czkawką odbijał się ten cały marsz. Jednak to już nie były te emocje. Wszyscy byli znużeni. Bo i niemal wszystko zostało powiedziane.

I wtedy dostałam maila od jednego z organizatorów marszu. Napisał, że mnie obserwowali, że podoba im się moja nieugięta postawa, moje niewzruszone milczenie, moja żelazna konsekwencja, ale może już wystarczy. Że dobrze wiem, że oni robili podobnie, ale teraz już wykreowano odpowiednie zainteresowanie i on mnie zachęca do tego, aby się wreszcie ujawnić. I że to nie jest takie czcze gadanie, że do nich już dzwoniła reporterka ze znanego dodatku gazetowego i umówieni są na wywiad oraz sesję zdjęciową i że dobrze by było, gdybym i ja się tam pojawiła. Że wówczas to już na pewno wszystkim opadną szczęki. I żebym do tych zdjęć zabrała moją słynną czapkę.

Potem dostałam jeszcze kilka maili w tym duchu, na żaden jednak nie odpisałam.

W czwartek kupiłam gazetę. Na okładce reporterskiego dodatku rzeczywiście widniała grupa chłopaków w czerwonych koszulkach z nadrukiem „pierwszy polski MARSZ PRZECIW POEZJI”. Wewnątrz zdradzali swoje sekrety. Prosto z mostu.

– to miał być w zasadzie taki żart.
– nie myśleliśmy, że z tego będzie taka sprawa.
– jak wpadliście na pomysł?
– to się właściwie zaczęło ode mnie. ja jestem studentem polonistyki, pierwszego roku. to już w zasadzie wiele wyjaśnia. to wszystko się w zasadzie wzięło z nerwów.
– z nerwów?
– no tak. z nerwów. z niezaliczonego kolokwium z poetyki. z wiersza właśnie, budowy, rodzajów. bez sensu rzeczy, kompletnie, jak to się teraz mówi, anachroniczne. więc mi to do głowy nie wchodziło totalnie, ale to totalnie. kompletnie. nie zaliczyłem i potem jęczałem kolegom.
– no narzekał nieznośnie. no i z tego narzekania, ale i refleksji, spędziliśmy dużo czasu na refleksji, narodził się pomysł, aby przeciwko poezji zorganizować marsz.
– zaklepaliśmy ostatni termin w roku, bo liczyliśmy na to, że przyjdą ci, co jeszcze na żadnym marszu nie byli.

I tak to się ciągnęło przez kilka dobrych stron. Wbrew szumnym zapowiedziom, organizatorzy marszu nie podzielili się z czytelnikami żadnymi spostrzeżeniami o naturze poezji.

Zamknęłam gazetę, zadowolona, że przez myśl mi nie przeszło, by uczestniczyć w tym cyrku.

Następnego dnia skoro świt wszyscy obywatele wylegli na ulicę. Kto żyw, jął palić merchandising. Moja twarz płonęła w każdym punkcie kraju. Popielały plakaty, kopciły się t-shirty, bawełniane torby, ćmiły czapeczki, flagi, naszywki, topniały przypinki, breloczki, długopisy.

Do wieczora nad krajem unosił się szary dym. Cały kraj był pokryty popiołem.

Następnie cały popiół zniknął, a dym się rozproszył.

Wówczas poleciały napisy końcowe.

Z czasem sama zapomniałam o moim udziale w całej tej historii. Patrząc na to wszystko z dystansu, widzę jeden wyraźny plus – zniesiony nareszcie został przymus chodzenia na marsze. Dzięki temu mój brak zaangażowania w sprawy być może nigdy już nie wyjdzie na jaw.

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!