Cloney

Marta już od dawna przyglądała się chorobie swojego przyjaciela. Martwił ją ten powolny rozkład. Śmierdział starością i dyszał. Kaszlał, jakby miał zaraz wypluć płuca. Patrzył na nią błagalnymi oczami, sam zażenowany swoim stanem. Marta nie odpuszczała. Nie uśpię go.

Czasem skarżyła się koleżance, że nie może znieść tego widoku.

– Po co go męczysz? – pytała koleżanka – zastrzyk nie boli, a mogą go przecież sklonować. – Marta nie była przekonana do tej metody. Wydawała jej siż podejrzana.
– Nie mogę – mówiła. – Przecież to nie będzie ten sam pies. – Zarzekała się, że skoro można klonować, to i wyleczyć chorobę serca też się da.
– Męczysz go – powtarzała koleżanka – to stary pies jest. Wyobraź sobie, że jesteś aniołem miłosierdzia.

Choć Marta nie była wierząca, to obraz anielskiej śmierci przemówił do jej wyobraźni. Z czasem, gdy Loney po kilku krokach łapał zadyszkę i kładł się niezdarnie na podłodze, Marta zaczęła szukać informacji w internecie. Czy to boli? Jak długo trzeba czekać? Czy tak można? Co na to Bóg? Internet z cierpliwością odpowiadał na jej nadgorliwość. Zdobyła nawet mejla weterynarza aprobującego klonowanie. Potem jego prywatny numer. Dzwoniła i pytała. Facet ją zablokował, ale znalazła nowego. Loney obserwował coraz to mocniejsze rozdrażnienie właścicielki. Frustracja przeszła i na niego, przestał się ruszać z legowiska. Świszczał, oddychając, i jęczał, gdy go głaskała. Boli go, wszystko go boli! Powtarzała sobie Marta w duchu. Nowy weterynarz polecił jej klinikę. – To jak z in vitro – powtarzał. In vitro to norma, przecież uczą tego w szkołach, może jest nadwrażliwa? W końcu jej były też ma sklonowanego zwierzaka. Królik Baksik na nowo, żywy. Nawet wyeliminowano z jego genotypu jakieś problemy z żołądkiem. Teraz się nie zapycha i nie ma takiej możliwości, że zdechnie, dusząc się sałatą. Marta racjonalizowała sobie każdy wątpliwie moralnie scenariusz. Kocha Loneya, chce dla niego jak najlepiej. Nie może dłużej patrzeć na psią starość!

Nieważne jaką miłością otoczy Loneya, ten okazuje jej ból, swój ból. I do tego cuchnie. Jakby chciał, żeby go zostawiła. Wypuściła na spacer, spuściła ze smyczy i nigdy nie zawołała z powrotem. Czy mogłaby to zrobić? Leki na serce nie były tanie. Nie nadążała z praniem legowiska i poduszek na sofie. Chociaż odkąd Loneyowi się pogorszyło, nie może się już wdrapywać na kanapę. Teraz tylko popuszcza na dywan. A dywan trudniej się pierze. I szczyny starca drażnią bardziej niż szczeniaka. Rozważała klonowanie coraz poważniej. Była zmęczona sprzątaniem po psie. W głowie robiła kalkulacje. Pranie, czyszczenie, leki, wizyty, paliwo na dojazdy, a i jeszcze ręczniki papierowe i detergenty. Żarcie przecież też od dawna kupuje inne. Już nawet nie dla seniorów! To nie wystarcza! Teraz musi jeździć po mieście za „Special Kardio”. Nagle zaczęło jej przeszkadzać wszystko, co dotyczyło psa. Z irytacją podchodziła do schorowanego Loneya. Przyłapała się nawet na przeklinaniu jego schorzeń. Wypłukała po raz kolejny wycieraczkę z wymiocin psa i podjęła decyzję, że musi to zrobić.

Nazajutrz udała się do poleconej kliniki. Wymknęła się z mieszkania rano, ukradkiem, żeby Loney nie zauważył. Uprzejmy Azjata uśmiechnął się i opowiedział jej najpierw o zabiegu, a później o laboratoryjnej fabryce. Marta była zachwycona. Ale istniał warunek:

– Pani pies musi przyjechać do nas żywy. Z włosów też się da, ale wymaga to czasu i przede wszystkim jest drożej. Jednak gdyby pani nie zdążyła, bo zakładam, że pies jest ciężko chory, jakaś wydzielina, ślina najlepiej, byłaby bardziej efektywna. Żywy najlepiej. Można go jeszcze zbadać, no i przetestować odruchy warunkowe. Dzięki temu zmniejszymy ryzyko powstawania i nawracania chorób. Możemy też wzbogacić genotyp. Ale to już płatne ekstra. – Marta uścisnęła dłoń specjalisty i wybiegła z kliniki.
– Tylko nie zdychaj, nie zdychaj! – mamrotała do siebie, jadąc do domu. Już od progu zaczęła nawoływać. Loney z całych sił – choć wyglądało to żałośnie – zamerdał ogonem na powitanie. Opatuliła go kocem, umościła na przednim siedzeniu legowisko z poduszką, przypięła psiaka, po czym znów przykryła go kocem. – Nie przezięb się. – Nie może sobie na to pozwolić. Jechała szybko i wydawało się, że z piskiem opon.

W klinice Loney był niespokojny, z nieufnością spoglądał na niebieskie płytki. W powietrzu było czuć eksperyment. – Który pakiet? – zapytała recepcjonistka. Marta nie zastanawiała się długo, już wiedziała, co chce zmienić. Jak szaleć, to porządnie. Loney nie może być szczeniakiem. Ma być dorosły i wyuczony komend. Nie chce znów tracić na to czasu. Sików też ma dosyć. Ostatnio sporo wyjeżdża, niech pies nie tęskni. Serce jej się kraje, jak zamyka drzwi do mieszkania. Te błagalne oczy. No i jeszcze dobrze by było, żeby lubił czystość, był posłuszny i miał wyższy iloraz inteligencji. W komunikacji miejskiej, niech się nie boi i nie warczy, no i żeby nie szczekał za bardzo. Loney lubił się wydzierać. Marta też lubiła psi szczek, ale sąsiedzi już nie. Nie chciała znosić sztyletowatych spojrzeń na klatce schodowej. Nie pomagało tłumaczenie, że w bloku to normalne, że słychać. A że niemowlaki, jak się drą, to co, lepiej? Pies nie człowiek. No i najważniejsze, serce ma pozostać silne, bez schorzeń, najlepiej w ogóle bez chorób. I jeden szczegół ekstra, niech pachnie. A co tam, niech pachnie wypraną pościelą i lśni jak papier w magazynie. Tak cudownie w słońcu. Tego chciała Marta. Pakiet ekstra plus.

Po dwóch miesiącach pies z probówki był całkowicie gotowy. A więc wyszło. Loney został uśpiony i prawidłowo zrekonstruowany. Humanitarnie i czysto. Nowy pies był miękki w dotyku. Szczegóły sprawiały, że Marta nie mogła oderwać od niego wzroku. Co za precyzja wykonania. Nowy Loney był jak dobrze skrojony płaszcz. Szyty na miarę swojego właściciela. Dlaczego wcześniej była sceptyczna? – No i nie cuchnie tak, warto było. Gdy idę z nim na spacery mam wrażenie, że wszyscy patrzą. Loney jest, wiesz, z wystawy, a ja wyglądam tak luksusowo! Nie sądziłam, że będzie taki efekt.
– Mówiłam Ci, nie warto męczyć i siebie, i psa. Zdycha, to normalne, ale to nie musi być koniec przecież.

Loney był wesoły, wróciło do niego życie i w domu było jakby jaśniej. Marta podskakiwała wraz z nim i z lubością wyczesywała włosy. W mieszkaniu było sucho jak pieprz, pachniało praniem, a Loney wykonywał każde polecenie. Był jakby szybszy. Prawie nigdy nie szczekał. Sąsiedzi piekli dla niej ciasto, a dozorca nawet zaczął jej mówić dzień dobry. Gdy wracała z pracy, Loney poświęcał czas łamigłówkom. Majstrował przy piłeczce. Za każdym razem gryzł ją z inną siłą, ona piszczała w różnej tonacji na znak protestu. Co za mądry pies. Gdy go wołała, przychodził, gdy potrzebowała czasu dla siebie, pies był zajęty sobą, gdy pies był głodny, siadał koło niej z paczką chrupek w mordce. Był samodzielny, niezależny, bystry i piękny. Do tego mogła kupować chrupki z drogerii! Koniec z wycieczkami po mieście za „Kardio”. Z czasem nawet nie musiała używać smyczy. Loney był posłuszny i reagował bezbłędnie na każdą komendę. Był jak pies policyjny, ale tylko dla niej i bez detektywistycznego zmysłu. Nie musiała się wysilać z wyprowadzeniem, z karmieniem, a nawet z nauką nowych komend. On i tak już je wszystkie znał. To Marta się uczyła wydawać je prawidłowo. I to na kursach. Teraz to ona się rozwijała dzięki Loneyowi. Dlaczego wcześniej miała coś przeciw?

– Steki też mamy z krwi, z probówek. Smakują tak samo. To dobre dla środowiska, dla człowieka. Odkąd genetyka to oddzielny przedmiot w szkołach, jakoś ludzie mniej się boją. Wolski, ten nasz biolog, co nas uczył w gimnazjum, zawsze powtarzał, że to kwestia czasu. A pamiętasz Szymańską? Rzucała w nas mazakami. Wrzeszczała, że jesteśmy za głośno na korytarzu.
– Dobra chemiczka, dalej żyje?
– Ta kobieta jest niezniszczalna! Bierze jakieś sterydy i dalej uczy! Ta kobieta to ma wytrwałość, uczyła mnie, moją matkę i przygotowywała do matury moją siostrę… Ty, Marta, nie chciałabyś może jechać z nami za miasto? Bartek się rozchorował, mówi że musi poleżeć, wyleczyć sepsę Apapem. Jakieś przeziębienie go wzięło. Mamy wolne miejsce w samochodzie. Tak tylko, na weekend. Na wieś, wiesz, pozbierać się, zanim wrócimy za biurka.
– No nie wiem, zobaczę w kalendarzu. Miałam zrobić raporty… Dam znać, Franek, ok?

Marta nie lubiła wyjeżdżać za miasto. Jeszcze na wieś. Na wsi nie ma nic, a w mieście jest wszytko. Nie lubiła, gdy znajomi twierdzili, że potrzebują „pooddychać”, przecież można było iść do kawiarni z tubami O2. Tam było do tego zielono od roślin, i to nie byle jakich, tylko tych antysmogowych, o tropikalnym i romantycznym wyglądzie. Do tego ładny design, symetryczny. Wieś kojarzyła się jej z brakiem. Brak czystości, brak cywilizacji, brak postępu, brak wolności. Tam była tylko praca. Jak tam można odpoczywać? Ona też miała co robić w mieście. Dużo musiała. Szef prosił, sam dzwonił. Do niej. A to nowa praca, dobra praca. Mają oddzielne pomieszczenia, kuchnię z masą kolorowych saszetek herbat i kosze pełne owoców. Wszyscy są super i ma wreszcie z kim biegać półmaratony. Fajni ludzie. Poprzednia praca była nudną, urzędową harówką. Używali jeszcze Excela! Frajerzy. Teraz ma lepiej, ma nowego psa, ma nowe życie, nową posadę. Jest czysta od toksyn i chce korzystać z miasta, które oferuje jej oprócz świetnej pracy, świetny odpoczynek. Wieś? Już dawno powinna zniknąć. Administracyjnie to za mało. Nie rozumiała tego trendu na biwakowanie nad Narwią albo gnieżdżenia się w chałupie z domowym żarciem. Pracowała. Mogła się skupić całkowicie na raportach. Transfery bankowe to nie przelewki, wymagają skupienia. No i zespół na nią liczy. To ważne, żeby móc się skupić. Cieszyła się, że pies nie wymaga już większej uwagi. Zajął się sobą. Chyba też miał coś lepszego do roboty niż trenowanie Marty. Czas leciał. Raporty stawały się dominującą codziennością. Dzwonienie do każdego, kto mógł uzupełnić brakujące dane. Ona czekała. Wiedziała, że może sobie na to pozwolić, nie miała innych zobowiązań. Liczył się czas. Ona w nim. On nad nią. Kosze owoców w kuchni zaczęły gnić, a herbata w saszetkach strywialniała. Była skupiona i gotowa na awans. Wracała do domu i tłukła w klawiaturę, liczyła i nabywała nowych autystycznych zdolności. Była świetna. Nikt w zespole tyle nie osiągnął. Od siedzenia bolały ją nogi, od chodzenia dupa. Była ponad sobą i ponad oczekiwaniami innych. Mogła szybciej i lepiej. Szef chwalił. Ktoś wreszcie został autorytetem i to była ona, jej praca i jej zasługa. W końcu raporty policzyły się i Marta została sama z sobą i z niezaspokojoną chęcią rozwoju. Co zrobić z apetytem? Czy więcej można osiągnąć w mieście?

– Macie jeszcze to miejsce? – pytała Marta. – To nad Narwią, przejechałabym się rowerem. Nie jestem mistrzem ale biegam. Co to dla mnie?
– Pewnie Marta, tylko kogoś dokoptowaliśmy, myśleliśmy, że Ty nie chcesz, no wiesz, na wieś? Ale znajdzie się miejsce w samochodzie, masz rower? Bo jak nie, to nawet lepiej, wypożyczysz na miejscu. Bo na pakę, na dach, nie damy rady, miejsca brak, ale w środku, ty drobna jesteś, dasz radę, nie?
– No, dam, to co? W piątek?
– No, no, w piątek, o dziesiątej pod Orlenem, dojedziesz czy cię jakoś zgarnąć? – Marta była gotowa. Loney mógł zostać sam. Już dawno nie rozmawiali. Miał gen indywidualisty. Śmiała się w duchu, że mógłby za nią robić te raporty. Taki bystry pies! Rozpierała ją duma, że jej zwierzak jest samowystarczalny. Inni mieli psy jako zastępstwo potomstwa. Zawsze bawiło ją stwierdzenie, że nie chcą mieć dzieci: „To odpowiedzialność, na którą nie możemy sobie pozwolić, ja mam tu genetycznie to, a ona to tu tam nie do końca, wiesz, po co męczyć dzieciaka? Urodziłby się z połową serca czy żołądka, a my nawet nie bierzemy dragów. To rodzinne. Ryzyko? No, niby genetycznie można by zadziałać, ale wiesz, czy to w porządku? Co ja powiem dziecku? Że jest GMO? No nie, Marta, pies jest łatwiejszy, no i nie będzie nigdy nastolatkiem, nie zbuntuje się”. Marta kiwała głową. Niektórym się po prostu przytakuje.

Jej pies był idealny. Chociaż czasem zapominała, że go ma. Gdy szperała w torebce, szukając kluczy, nic nie zapowiadało, że na nią czeka. Gdy otwierała drzwi, pies był pochłonięty studiowaniem piłeczki. Marta nie śmiała mu przeszkadzać. Nie musiała też go dużo wyprowadzać, więc robiła to do czasu do czasu i to gdy sam się zgłosił, trzymając smycz w pysku. Mądry pies, wiedział, że jest zajęta. Na balkonie miał kwiatki w doniczkach. A przecież siki zostały zmodyfikowane – to po prostu woda. Był przyjazny dla środowiska, no i wiedział więcej na temat Marty niż ona sama o sobie. Czasem zapominała, że Loney jest w domu. Dla niej mógł nawet wyjść gdzieś sam z kumplami. A potem okazywało się, że jest w kuchni. Otwierał szafkę i próbował się dostać do suchej karmy. To normalne. Był głodny, to chciał jeść. Marta nie chciała mu niczego ułatwiać. Taki mądry pies, a jak się szybko uczył. Gdyby miał kciuk, to by stworzył oddzielną cywilizację. Geniusz. Marta z każdym dniem miała do niego więcej szacunku. Niezależność, to jest dopiero cecha! Mogła wyjechać bez odpowiedzialności. Myślała o tym, czy Fenistil jej wystarczy. Wieś to wieś, tam jest więcej insektów niż liści na drzewach. Szanowała pszczoły, ale nic poza tym. Miała nawet kubek „Klubu Pszczelej Mamy”. Chcieli dać jej kalendarz za adopcję całego ula, ale odmówiła. Jeden kalendarz jej wystarczył. Trapery, czapka z daszkiem i jakaś apaszka. Czy może lepiej opaskę frotową, chustkę na głowę i krem przeciwsłoneczny? Była zupełnie niedoświadczona. To tylko weekend, ale ile atrakcji chcieli zaliczyć. Ktoś wyczytał, że w nocy z wiejskiego placu zabaw można posłuchać rykowiska jeleni. Czad! Trzeba tam dojechać rowerami i czatować na huśtawkach. Może są jej potrzebne ochraniacze?

Postój był pod koniec docelowej trasy. Zatrzymali się na rozprostowanie kości i szybkie sikanie. Tylko tam były toi toie. Kilka chat na krzyż, w jednej z nich sklep. Przed nim biega pies, szczeka i alarmuje o przybyszach. W środku przeszklone gabloty ze słodyczami i kajzerkami; stół z linoleum, obok, w lodówce, mleko w plastikowych woreczkach. I ten dziwny słodkawy, nigdy niedookreślony zapach starej szmaty i świeżych produktów. Baba w niebieskiej podomce i pijaczek na betonowym schodku. Pewne rzeczy się nie zmieniają. Marta obserwowała ten obrazek przez dłuższą chwilę. Ubrana w obcisły kombinezon, specjalne rękawiczki i na głowie ten obło-sportowy kask. Profesjonalny, kolarski strój. Kupiła przed wyjazdem, specjalnie na ten wyjazd. Buty tylko miała wcześniej. Spoglądała przez zaciemniane okulary na psa. Biegał, tarzał się. Brudny. Marta była w stanie przyrzec, że widzi muchy latajęce dookoła. Szczeknął. Był naturalnie nagi i podlegał jedynie boskiej interwencji genetycznej. Marta myślała o niedoskonałościach. Co za brzydki pies. Za długie uszy, za krótki pysk. Łapy lwie i krótkie nóżki. Ogon jak frota. Posklejany błotem, sierść w łaty. Ten Burek był brzydki. Nie świecił się pod słońce i miał krzywy zgryz. Fe! Jednak miał ten wyraz w oczach, którego Marta już dawno nie widziała. Tliło się w nich życie i jakaś obietnica dobrej zabawy. Gdyby był człowiekiem, mógłby być przedstawicielem handlowym albo prawnikiem. Wolny strzelec. Przemawiała przez niego prawdziwa psia bezczelność. Miał honor lisa i odwagę ryzykanta. Taki pies! Jego wizerunek powiewałby na flagach Greenpeace jako symbol niezłomnego ducha, gdyby tylko ktoś wiedział o jego istnieniu. Burek śmierdział. Śmierdział samcem. Śmierdział kurzem i roztoczami. Prawdopodobnie coś na nim żyło albo razem z nim w symbiozie. Marta była zachwycona. Dawno nie widziała czegoś tak niedoskonałego w swej istocie. Było w nim coś namacalnego. Chciała dotknąć. Co za rzadkość. Tyle warta! Musiała go mieć. Pies nawet podchodził, gdy wyciągała rękę. Wąchał, potem znów szczekał. Na zmianę machał ogonem i oburkiwał jej palce. Wąchał ją, a ona jego. Marcie brakowało zapachu psa.

– Po co on pani? Brudny, śmierdzący i ma pchły. Ostatnio zabił kury sąsiadowi i wyżera ze śmietnika. Same z nim problemy.
– To ja go kupię.
– Nie, nie, nie. Miejsce takiego psa jest na wsi.
–  Będzie mieć gdzie biegać, mam mieszkanie.
– Nie, proszę pani, nie tak się z nim postępuje. Prawdziwy pies potrzebuje prawdziwego świata, dzikiego. Taki porządek w mieszkanku go zniszczy. Bo co on, kochaniutka, zrobi ze sobą na twojej białej kanapie? No, ja bym ci go nawet dała, ale tylko jakby sam poszedł za tobą, a on, widzi pani, zaraz mi kota zagryzie i, o! Widzi pani, co on wyrabia? Trzeba go kijem przeganiać. Jakby sam, to jeszcze, a to się nie godzi, żeby decydować za niego. To dzika paskuda jest.

Marta była wściekła. Baba ze wsi nie wie, co ma. Baba ze wsi doceniła niezależność i siłę Burka. Myślała o tym w dalszej części wycieczki. Gdy dotarli na miejsce, okazało się, że jelenie już tam nie chodzą. Boją się fleszy i gwaru turystów. Rykowisko było do bani. Jedyne co, to ten rower. Marta wróciła sportowo wkurwiona z weekendu. Gdy otwierała drzwi, nikt jej nie witał. Loney miał ją w nosie. Ona też nie myślała o nim. Myślała o Burku. Ten cholerny Loney był przewidywalny, nudny i sztuczny. Loney a Burek, Burek a Loney. Loney, co za porażka! I ona się na to zgodziła. Przecież to interaktywna maskotka! Obciach z czymś takim chodzić po ulicy. Obciach się przyznawać, że ma psa! Pachniś, laluś! Psia żenada! Wstyd, nie zwierzę! Żeby chociaż śmierdział jak pies! Wzięła Loneya za obrożę i wywaliła za drzwi, przed blok. Popatrzył na nią i zadał jej filozoficzne pytanie długim, zaskoczonym spojrzeniem. Kopnęła więc go w dupę. Odskoczył kawałek, obejrzał się, a potem zaczął iść w nieokreślonym kierunku.

Czas płynął, a Marta z nim. Awansu nie dostała; natomiast zyskała wyrzuty sumienia. Zmieniła się pora roku. Loney nie wrócił, nikt go do niej nie oddelegował, ona go nie szukała. Może teraz jest dzikim, posklejanym kundlem? Może zmężniał? Może powinna go poszukać? Marta jednak obawiała się, że Loney jej nie pozna albo będzie żywił urazę. Nie chciała spojrzeć mu w oczy. Nie chciała przyznać się do błędu. Nie w ten sposób. Pojechała więc do kliniki. Loneya może odnaleźć inną metodą. Jest zamrożony, w próbkach. Tam wie, że jest na pewno, że może się zrehabilitować i oczyścić swoje sumienie. Loney jest tak samo autentyczny jak Burek. W końcu to najlepszy przyjaciel. Zawsze nim był.

Nowy Loney był taki sam; klon klona, Cloney. Dalej nie pachniał, ale w końcu to pies. Marta starała się nie myśleć o jego poprzedniku. Nie miało to sensu. Wiedziała, że nic nie może zrobić. To była tajemnica. Clonejowi poświęcała więcej czasu. Było tak, jak zaplanowała. Zresztą Cloney nie był idealny, miał też swoje wady, które wcześniej nie rzucały się w oczy. Teraz chodziła z nim na spacery. Cloney biegał i był szaleńczo zadowolony. W pobliskim lasku przyjaźnił się z innymi psami. Zaczepiał jedne, unikał drugich. Kochał podgryzać patyki, aportować za piłeczką, wpadać w kupę liści. Marta chodziła za nim powoli, z wystającąysmyczą z kieszeni. Witała się z sąsiadami. Rozmawiała o psach, o tym co lubią czy nie lubią. Ten to jak widzi wiewiórkę, to zaraz skacze na drzewo, taka rasa, wie pani, bo one na polowania były brane, na dziki. A mojemu, no niestety, tak to jest, że te psy z długim pyszczkiem to mają problem z oddechem. Nie pachnie to dobrze. Marta mówiła, że Cloneyowi czasem drga powieka. Podczas jednej z leśnych wypraw Cloney zniknął na dłużej. Pogawędka się nie kleiła. Trafiła na małomówną parę z dwoma pudlami królewskimi. Odpowiadali, tak lub nie, dziękuję i może być. Marta zaczęła się niepokoić. Cloney nie wracał. Może gdzieś wpadł, albo ktoś go porwał? To ładny pies, a tu chowają się bezdomni w szałasach. Kiedyś na spacerze odkryła ich zbitą z desek wspólnotę. Bała się. Bała się też o Cloneya. Chodziła po lesie. Gdzieś koło stosu kłód zauważyła swojego psiaka wcierającego głowę w podłoże. Dzięki Bogu, nie zjedli go. Cloney z zachwytem to się tarzał cały, to wcierał pojedyncze części ciała w ziemię. Podeszła bliżej. Trudno było stwierdzić co to jest. Jakieś futro, wystające kości, w błocie. Truchło jakiegoś zwierzaka. Futro zaskakująco intensywnie lśniło w słońcu, ale trup cuchnął okrutnie. Cloney, niemalże wwiercał się w tę zgniliznę. Marta odciągnęła go zdecydowanym ruchem od truchła. Teraz i jej pies śmierdział. Marta nie mogła tego znieść. Cofało ją. Zarządziła odwrót. Odmaszerowała do domu. Cloney został wykąpany. Wszystko wróciło do normy.

Po pracy wróciła do domu. Przechodząc koło psa, zastanawiała się, co to za smród. Przecież wykąpała Cloneya. Powąchała psa. Cloney dalej śmierdział. Pachniał trupem. Marta była oburzona. Nie wiedziała, jak to się mogło stać. To nie było normalne. To wina szamponu, słaby jest. Pojechała po drugi. Nic to nie dało. Wykąpała psa swoim. Smród ustąpił. Następnego dnia rano Marta obudziła się z nieprzyjemnym smakiem w ustach. Szybko poleciała umyć zęby. Co za okropny smak! Wykąpała się, ale nie mogła się oprzeć wrażeniu, że jej włosy i szampon wydzielają zgniły zapaszek. Gdy weszła do salonu, połaskotał ją ten sam smrodek. Otworzyła lodówkę. Może się śmietana wylała? Jak się zwarzy i wpłynie za lodówkę, do silniczka, to jedzie w całym mieszkaniu. Może coś tu się psuje? Jedzenie? Może szynka? No nic, jak wróci z pracy, to ogarnie.

Gdy wróciła z pracy i otworzyła drzwi mieszkania, uderzył ją odór. Rany, Cloney! Znowu capisz? Marta wyszorowała psa. Tym razem smród nie zszedł. Cloney patrzył na nią wesoło. Marta spojrzała na niego z paniką. Przecież całe mieszkanie śmierdziało. Zadzwoniła po hydraulika. Przyjechał, wzruszył ramionami, nic nie czuje, rury w porządku, ja nie wiem, czego pani chce. Marta prawie zaczęła krzyczeć. Dupek, będzie z niej robił wariatkę. Śmierdzi trupem! Człowieku, może kogoś obok zamordowali? Może w ścianie mam poprzedniego lokatora?

Było coraz gorzej. Wydawało się, że tylko Marta czuje ten smród. Zaczęła niuchać wszystkie kąty. Na stówę, coś tu jest. Przesuwała wszystkie meble, wyszorowała podłogę, myła ją kilka razy. Jeździła po całym mieście, szukając odpowiednich środków. Mega extra dezynfekcja. Było tylko gorzej. Im bardziej próbowała czyścić mieszkanie, tym bardziej waliło. Wyrzuciła wszystkie dywany, wyrzuciła poduszki i pokrowce na kanapę czy fotel. Może świeczki zapachowe by pomogły? One też pachniały trupem, gorzej, bo Marta miała wrażenie, że cuchnie tu jak w krematorium. Znalazła jakąś dziurę w mieszkaniu. Musi mieć coś w ścianie. Może to szczur? Mysz? No nie? Człowiek? Dziurę trochę rozdrapała, żeby spojrzeć, zajrzeć za gips. Nic nie widziała, z latarką też nie. Zaczęła skubać tapetę, rozrywać ścianę. Wpadła w szał, zaczęła rozwalać wszystkie ściany. Pociła się. Śmierdziała. Wokół niej istniał prawdziwy chaos. I Cloney. Wesoły, śmierdzący pies.

Kaja Jakubowska

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!