Dyskretny urok niespełnienia albo to, czego poezja nie czyni

Bardzo cenię poezję krytyczną – bez niej poezja, rozumiana jako pewne uniwersum symboliczne, byłaby ułomna – ale nie potrafię słuchać z powagą poetów krytycznych mówiących o swoich wierszach. Kiedy obudowują wycyzelowane strofy w buńczuczne dyskursy, zdają się popadać w niepotrzebny patos lub wręcz w śmieszność. Z wydatną pomocą niektórych krytyków zdarza im się obnażać strach przed społeczną nieistotnością, podskórnie trawiący materię ich dzieł. Czyżby nie wierzyli, że poezja może obronić się sama? Czy rzeczywiście trzeba ją zagadywać „plastikowymi słowami” i przeintelektualizowaną nowomową?

Przywołam strofę kończącą „Wierszyk dla relatywistów” Szczepana Kopyta, utwór sprzed kilku lat – w pewnym sensie już klasyk gatunku:

to, że nie wszystkie dyskursy są
równie ważne,
mimo, że wszystkie są ważne
i mimo, że nie jest ważne
czy komuś to jest na rękę czy nie,
to komuś jest to na rękę
choć właśnie nie o to tu chodzi.[i]

Jest to wiersz – nie bójmy się tego słowa – genialny. Jego siła polega na umiejętnym balansowaniu między konkretem a abstrakcją, między „tu” a „teraz” oraz „kiedyś” a „za jakiś czas”, między groźbą a groteską. Zeitgeist zostaje ocalony dla potomnych – w tym sensie, że za kilka dekad wiersz wciąż może wkładać czytelnikowi do rąk papierowy nóż i prowokować do wielkiego „O!”. Jednak „krytyczno-polityczne” rozprawianie wokół wierszy Kopyta na poetyckich festiwalach i festiwalikach, w realu i w wirtualu, zawsze pozostawia mnie obojętną na bolączki tego świata i na poezję, która spada z hukiem na ziemię i zamienia się w żonglowanie zdrowym rozsądkiem, lamentem i postmarksizmem. Nie, nie podobają mi się melodie, które już nie raz słyszałam. Nie wierzę w rozwalanie systemu przy piwie i joincie, za 400 zł brutto honorarium autorskiego. Co nie znaczy, że snucie kawiarnianych fantazji nie ma swojego uroku, tylko nie nazywajmy tego zwrotem sprawczym w poezji.

Szkic ten poświęcam możności i niemożności poezji krytycznej – ze szczególnym uwzględnieniem polskiego podwórka. Lokalny kontekst skupia jak w soczewce melanż samozadowolenia, wzajemnej adoracji środowiska i kompleksów, które składają się na poetyckie konserwatywne utopie.

Obsesja sprawczości

– Są znaki na niebie
– Tak, prawie same spacje[ii]

Są znaki na niebie, że po Europie, po Polsce krąży widmo głodu krytyki. Czuje się pewnego rodzaju napięcie społeczne, które generuje zapotrzebowanie na głęboką krytykę teraźniejszości. Poezja próbuje się wpasować w ten popyt: nęci anarchizowaniem, agituje konkretem. A jednak ta krytyka „nie spełnia się”, nie przekłada na sprawcze, per formatywne efekty. Być może problem tkwi nie w samej poezji i jej niedostosowaniu do rzeczywistości, ale w kategoriach opisu świata, projektujących określone oczekiwania wobec współczesnego podmiotu.

Poezja jest, wydawałoby się, szczególnie predestynowana do krytyki społecznej, gdyż… nie ma dziś żadnego aplikacyjnego i operacyjnego znaczenia. Gospodarka ani polityka nie potrzebują jej do legitymizacji własnego pola i nie czynią swoim narzędziem – w przeciwieństwie do sztuk wizualnych i użytkowych, które są zaprzęgane w neoliberalną retorykę przemysłów kreatywnych. Świat polityko-gospodarki zapewne nie odnotowałby w ogóle tego, gdyby pewnego dnia poezja po prostu się skończyła. Praktyczną nieistotność współczesnej poezji wyjaskrawia porównanie z sytuacją z pierwszej połowy XIX wieku. Poezja „wiodła lud na barykady”, a w sensie dosłownym stanowiła rezerwuar etosu inteligenckiego oraz element Bildung człowieka politycznego, a także przedsiębiorczego.Za publiczną widzialność płaciła jednak cenę ideologizacji ideałów czy raczej idealizacji różnych ideologii.

O ile cykl o Harrym Potterze, toutes proportiones gardées, można nazwać dzisiejszą bildungsroman dla dzieci i młodzieży, o tyle dla współczesnych dwudziestolatków czytanie poezji nie stanowi formacyjnego doświadczenia zbiorowego – co najwyżej indywidualną próbę samoekspresji. Poezja już nie jest elementem Habermasowskiej literackiej sfery publicznej, która sama uległa rozpadowi, w pierwszej kolejności „wydalając”, być może, właśnie poezję. Minęły czasy, kiedy „człowieczeństwo literackiej sfery publicznej służy efektywności politycznej sfery publicznej” i „bez trudu można było – by sięgając po rozróżnienie młodego Marksa – emancypację polityczną utożsamiać z »emancypacją człowieka«”[iii]. To już nie jest epoka salonów literackich, Arendtowskich eksterytorialnych enklaw w sercu społeczeństwa, kiedy „[W] romantycznym zamęcie skrywała się szansa na wtargnięcie rzeczywistości”[iv] – także tej dojmująco politycznej.

Jednakże zamiast pogrążać się w melancholijnym resentymencie, warto spojrzeć na obecny status poezji jako na szansę dla krytyki radykalnej, bezkompromisowej i przenikliwej – ponieważ niezwiązanej oczekiwaniami formułowanymi z zewnątrz. Środowisko poetycko-krytyczne nie wydaje się jednak zainteresowane zdystansowanym trwaniem poza polityką i ekonomią. W doraźnym odpowiadaniu na publiczną agendę upatruje własnego dowartościowania. Szymon Domagała-Jakuć, którego bezpretensjonalny debiutancki tom odbił się pewnym echem, dobrze ujmuje w jednym z wierszy paradoks tego zaangażowania:

Podobnie jak Dycki nie godzę się na nieprzydatność poezji,
podobnie jak on godzę się z przydatnością poezji w czasach
pochodu narodów.
Tylko czasami odbywają się one na nogach poetów.[v]

Przydatność poezji wiąże się z utratą autonomii i z przejęciem cudzych języków. Idea emancypującej krytyki pojawia się dziś na bardzo wielu ustach, należy nie tylko do myśli lewicowej, ale przede wszystkim stoi w centrum neoliberalizmu, który pozostaje głównym obiektem krytyki poetyckiej. Wiązane z emancypacją upodmiotowienie i stymulowanie agency (sprawczej podmiotowości) traktuje się jako wymóg współczesności i metaforę postępu. Ów „wyemancypowany” podmiot jest wytwarzany w ramach refleksyjnej i zachodniej modernizacji. Za kultem sprawczości, upodmiotowienia i empowerment (uwłasnowolnienia) kryje się modelowanie zbiorowej świadomości w stronę określonych zmian, których kierunek został wyznaczony bez jej udziału.

O ile poezja krytyczna bardzo trafnie diagnozuje zjawiska związane z wytwarzaniem podmiotów, o tyle w swojej prognozie bywa zaskakująco naiwna. Wolności nie da się zaprojektować w dyskursie ani wywołać poprzez upolitycznienie haseł. Kiedy poezja jawnie, ostentacyjnie chce mobilizować do oporu i agitować na rzecz konkretnych działań, zaczyna zjadać własny ogon. Promowanie „aktywnej jaźni” i kreatywności oporu wpisuje się bowiem w reguły struktury, którą krytykuje: w neoliberalny czy, jak kto woli, kognitywny kapitalizm. Ów „afirmatywny protest” okazuje się paradoksalnym uprawomocnieniem kontestowanego ładu i reifikacją porządku opartego na gloryfikacji sprawczej jaźni określonego typu[vi]. Krytyka budowana jest więc na tautologicznym założeniu, że ludzie wyzwolą się z reżimu kreatywności, innowacyjności i aktywności, o ile będą na tyle kreatywni, innowacyjni i aktywni, żeby to zrobić – a poezja chce być jedną z sił, która się do tego przyczyni.

Przygodność krytyki

Nie, poezja tego nie czyni, nie jest i nie musi być z założenia sprawcza ani nawet krytyczna. Powszechność krytyki pauperyzuje ją. Krytyka „spełniona”, taka, która prowokuje czytelnika do namysłu nad zmianą społecznego status quo, zdarza się niezmiernie rzadko – jest przygodnym, niezaplanowanym efektem ubocznym. Trafia w odpowiedni splot okoliczności społecznych, ale pozostaje doświadczeniem indywidualnym. Dotkliwa krytyka zwykle nie ma charakteru doraźnego:

[…] Jerzy, Dariusz, Hanna. Apolitycznie za wszystkich
trzymałem kciuki, aż jeden przywaliła mi kamienica na Kilińskiego.
Ten, który pozostał, trzymam za Hannę, za każdą jej zmarszczkę.[vii]

Wiersz Domagały-Jakucia swego czasu wywołał w Łodzi mały lokalny ferment. Straci jednak charakter jątrzącego apelu, przestanie być kijem wsadzonym w łódzkie mrowisko, kiedy tylko łodzianie zapomną epizod rywalizacji między Jerzym Kropiwnickim, Dariuszem Jońskim i Hanną Zdanowską oraz aferkę z retuszowanymi zdjęciami prezydent miasta.Co znamienne, w młodej polskiej poezji coraz silniej uwidacznia się pogoń za tym, co medialnie nośne, aktualnie skandalizujące albo wygrzewające się w przemijającym blasku celebrytów. Wiersze wspomnianego Domagały-Jakucia najdłużej „doskwierają” czytelnikowi, kiedy są nieostentacyjnie krytyczne i zdystansowane wobec własnego ładunku utopii – a raniące odpryski rzeczywistości otulają w liryczny kokon:

Wierzę, ziom, że przejmiesz wpływy w mieście.

Przejmiesz zdruzgotanego, stojącego pod „Kapselkiem”,
przejmiesz go zbierającego na kielicha rojsa, sztuka za zeta,
tobie podlegać będzie każda kropla deszczu, która spadnie
na Wschodniej,
a na Rewolucji dzięki tobie jedyny upadek, jaki zobaczę,
to upadek płatków śniegu na pęknięcia między płytami szarego chodnika.[viii]

Marks z Allegro

Mielizny współczesnej poezji krytycznej szczególnie jaskrawo widać w jednym jej wymiarze: refleksji ekonomicznej. Krytyka kapitalizmu, zwłaszcza jego neoliberalnej formuły i korporacyjnej realizacji, jest w modzie. W kręgu krytycznej teorii społecznej i sztuki zaangażowanej wręcz w dobrym tonie pozostaje dystansowanie się od obmierzłego kapitalizmu. Słusznie, neoliberalny kapitalizm zasługuje na dogłębną krytykę, ale – właśnie ze względu na wysoką podaż tekstów krytycznych – warto ją uprawiać tylko wtedy, kiedy naprawdę ma się coś ciekawego do powiedzenia. Niestety, młoda polska poezja często daje się złapać w błędne koło recyklingu wyświechtanych idei, łopatologicznych skojarzeń i tępych wytrychów aksjologicznych:

korporacyjni negocjatorzy
nie będą z tobą negocjować

to oni decydują o wynikach
produkcyjnych
w większym stopniu niż rasa
lub przynależność klasowa[ix]

No tak, nie sposób się z powyższym stwierdzeniem nie zgodzić, wszak pokazał ów fenomen już chociażby Oliver Stone dwadzieścia pięć lat temu w kultowym filmie Wall Street. Tak, można się z tą poezją zgodzić, odstawić ją na półkę i zapomnieć o niej. Nie wystarczy kupić dzieł Marksa na Allegro i zachwycać się tym, że poprzedni właściciel zostawił uwagi na marginesie. Czy potencjał sprawczości ma tkwić w przejmowaniu cudzych języków? Albo w swoistej mimikrze, która polega na ubieraniu własnej wrażliwości w antykapitalistyczne barwy wojenne z obowiązkowym Leninem, Marksem i Žižkiem na sztandarze? Żeby chociaż tlił się w tych działaniach jakiś ogień:

Wam – czerwone wyłogi za rzeź,
Za morderstwo, gwałty i pożogi!
My – do serca nagą rozdzieramy pierś:
Takie mamy szkarłatne wyłogi![x]

To jednak Tuwim wiecznie młody, przedstawiciel pokolenia, które musiało się określić zarówno ideowo, jak i egzystencjalnie po jednej stronie dziejowej barykady. Nawet jeśli po latach jak echo wracały słowa Romana Jakobsona: „Weszliśmy w lata rewolucji już ukształtowani, już nie będąc bezkształtną gliną, ale jeszcze bez uformowanego szkieletu”[xi] – broni dziś tego pokolenia przynajmniej naiwny żar jego poezji. Współczesna ideowość wydaje się przy nim letnia jak kawa w papierowym kubku ze Starbucksa. Albo niczym konserwatywna utopia, która głosi hasła zmiany, skrywające pragnienie, by wszystko wyglądało znów jak dawniej – ale nie jak w Polsce.

Poezja hipsterem poezji

Polska mistrzem Polski – taki tytuł Krzysztof Varga wybrał dla zbioru felietonów, dobitnie wskazując na to, że Polacy grają w swojej własnej lidze. Per analogiam, można by powiedzieć, że poezja, zwłaszcza ta krytyczna, jest dziś mistrzem poezji. Odsyła do samej siebie, do swoich demonów, intryg i sojuszy. Tapla się w środowiskowym sosie. Dopełnieniem wzajemnej krytyki jest wzajemna adoracja. To, co nadaje ludowego kolorytu imprezom poetyckim, coraz częściej trafia na karty książek poetyckich – i nie tylko w formie okazjonalnego żartu. Jeden tylko przykład: dwuwiersz Krzysztofa Ciemnołońskiego nosi tytuł: „(michał kasprzak pisze list do zdzisława łączkowskiego a potem przestaje być neolingwistą) – dłuższy niż wiersz właściwy, a jego koncept, mimo przywołania nazwiska zacnego redaktora „Wakatu”, pozostaje, ot, rebusowo-środowiskową grą, zabijającą smak poetyckiego „mięsa”.

W pewnym sensie rzec można, iż poezja jest hipsterem poezji, a manifestowana krytyczność pełni rolę znaku rozpoznawczego: takich środowiskowych ray-banów. Jak głosi klasyczna już (bo sprzed dekady) quasi-definicja, hipster to „ktoś, kto posiada upodobania, postawy społeczne i poglądy uznane za »cool« przez tych, którzy są »cool«”[xii]. Jeżeli opór, krytyka i sprawczość stały się cool, to nic z nich się nie urodzi. Pozostaną konsumpcyjno-prestiżową wydmuszką. „Jeśli warto w przypadku hipsterów mówić o jakiejkolwiek śmierci to chyba tylko o śmierci tożsamości i śmierci kontrkultury rozumianej w kategoriach pewnej dosyć całościowej, spójnej światopoglądowo, estetycznie i społecznie propozycji, definiowanej przez dyskurs autonomizmu wobec kultury głównego nurtu”[xiii]. Nie chcę ferować równie mocnych tez wobec rodzimej poezji krytycznej – zwłaszcza, że jest ona bardzo niejednorodna. Jednak warto raz po raz podkreślać: sprawcza krytyka zdarza się rzadko. W przeciwieństwie do niespełnienia – być może bardziej inspirującego od urzeczywistnionych manifestów.

[i] Szczepan Kopyt, Wierszyk dla relatywistów, http://cycgada.art.pl/?p=483 [Dostęp: 31.10.2013]
[ii] Łukasz Podgórni, *     * *, [w:] tegoż, Skanowanie balu, Kraków 2012, s. 41
[iii] Jürgen Habermas, Strukturalne przeobrażenia sfery publicznej, Warszawa 2007, s. 141-142
[iv] Hannah Arendt, Rahel Varnhagen. Historia życia niemieckiej Żydówki z epoki romantyzmu, Sejny 2012, s. 90
[v] Szymon Domagała-Jakuć, Poezja w narodzie, [w:] tegoż, Hotel Jahwe, Łódź 2013, s. 23
[vi] W ciekawy sposób piszą o tym paradoksie w odniesieniu do teorii społecznej Luc Boltanski i Eve Chiapello oraz Stephan Lessenich.
[vii] Szymon Domagała-Jakuć, Lodzer Fucker, [w:] tegoż, dz. cyt., s. 45
[viii] Tegoż, Chrystus to mój ziom, [w:] dz. cyt., s. 62
[ix] Kira Pietrek, dilbert, [w:] tejże, Język korzyści, http://niedoczytania.pl/przedsmak-kira-pietrek-jezyk-korzysci-wbpicak-polowa-listopada/ [Dostęp: 31.10.2013]
[x] Julian Tuwim, Do generałów, [za:] Piotr Matywiecki, Twarz Tuwima, Warszawa 2007, s. 90
[xi] Za: Marci Shore, Nowoczesność jako źródło cierpień, Warszawa 2012, s. 163
[xii] Robert Lanham, The Hipster Handbook, New York 2003, [za:] Anna Nacher, Rubieże kultury popularnej. Popkultura w świecie przepływów, Poznań 2012, s. 341
[xiii] Anna Nacher, dz.cyt., s. 356

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!