Anarchia czyli indeks groźnych idei

Myślenia o anarchii w literaturze skutecznie oduczył mnie niegdyś nie kto inny, jak Tomasz Różycki, autor linijki: „zdechły urzędy, państwo przestało gryźć”, jak również jeszcze paru podobnych fraz rozsianych po klasycyzujących wierszach i elegancko się z tym klasycyzmem gryzących. Co było dalej, już pisałem: więcej klasycyzmu, mniej gryzienia, „Zeszyty Literackie” zamiast „Lampy”, złe wiersze zamiast wierszy dobrych.

Nie twierdzę, że za tę transformację odpowiada akurat zanik anarchistycznej przyprawy, bo rzecz, jak wszystko, co w poezji ważne, odbywała się na poziomie niepowiązanym z politycznymi deklaracjami. W tym konkretnym wypadku chodziło o poziom, na którym znikają rzeczowniki pospolite i rośnie stężenie ogólności. Przyprawa anarchistyczna zdematerializowała się pewnie przy okazji tego procesu jako jeszcze jeden, tym razem psychologiczny, konkret wyparty przez gładki ogólnik. Nie była także, wbrew temu, co kiedyś myślałem, jakoś szczególnie istotna, więc cena tego akurat samoumniejszenia poety to groszowa końcówka wysokiego rachunku, drobiazg w porównaniu z kosztami transformacji.

Użyty tu z niechęcią polityczny slogan zdaje się na miejscu, mimo że w grę wchodzi jedynie polityka autorskiego statusu. Język, jakim mówi się o literaturze, coraz intensywniej zapożycza bowiem terminologię towarzyszącą walce o władzę. Oto parę dni temu przyszedł do mnie promocyjny mail, z którego wynika, że najbliższy Port Wrocław będzie podobno „niepokorny” (już widzę na nim te eminencje, czy może emanacje, prawicowej blogosfery!).

Ten wybór słownikowy obrasta w doprawdy niepokojące symetrie. Bo politykę od jakiegoś czasu uprawia się z pomocą narzędzi marketingu i reklamy, zaś marketing i reklama festiwalu literackiego żerują z kolei na języku polityki. By nie domykać tego obwodu (o mało nie napisałem „układu”, taki ten język toksyczny, zaraźliwy), wypadałoby wreszcie przestać postrzegać upolitycznienie literatury jako wartość. Upolityczniając na takich warunkach, redukuje się bowiem tekst do funkcji reklamowych i marketingowych właśnie, pozbawia się go funkcji narzędzia do myślenia.

I co ciekawe, nie istnieje chyba taki poziom wprawy w transgresji, który by na wspomniany proces uodparniał. Potwierdza to niedawna wypowiedź Manueli Gretkowskiej, która czuje się okradana przez biblioteki. „Jak płacę, to jest legalnie”. Kulturotwórczą rolę biblioteki winno stanowić pobieranie tantiem, a rolę państwa – pilnowanie tego porządku. Panie, panowie, tak się teraz przekracza!

Dlatego, że dystans między światopoglądem a marketingiem się kurczy, trudno mi teraz pisać o anarchii w literaturze, podobnie jak o każdym słowie podejrzanie mocnym, podejrzanie chwytliwym. Słowa tego rodzaju pozbawiają autora odpowiedzialności za znaczenie, bo przynoszą je z zewnątrz. Prawdziwa literacka anarchia polegałaby więc zapewne na tym, aby budować sensy bez takich słów. Tylko kto tak potrafi?

Szukanie danych pozwalających na odpowiedź pewnie by należało zacząć od wykopków fachowo zwanych też archeologią – to jest od cyklu przemian historycznoliterackich, w którym następca mówił poprzednikowi: poprzedniku, zbyt patetyczny i zbyt polityczny jesteś. Istota tego cyklu pięknie się zogniskowała w kolejnych odpowiedziach na Przesłanie Pana Cogito. Bardziej prywatny od Herberta chciał być Polkowski, od Polkowskiego – Świetlicki, potem i tak zaś pojawiła się seria kolejnych dekonstrukcji w rodzaju „patrzę w oko zupy/ i wzruszam ramionami”. A jeszcze potem autor przytoczonych słów, czyli Tadeusz Dąbrowski, zaczął wydawać wiersze coraz nieznośniej światopoglądowe.

Jaki jest krótki sens tego repetytorium? Obawiam się, że zaserwowana tu przypowieść jest anarchistyczna, bo pozbawiona morału, w związku z czym jej wyjaśnienie wcale nie okaże się krótkie. Najpierw pojawi się w nim smutna kwestia, że w poezji anarchistyczną postawę trudno utrzymać, a od najbardziej izolacjonistycznych deklaracji blisko jest do podżyrowania bardziej konwencjonalnych stanowisk. Potem przychodzi myśl, że w kwestii języków sprzeciwu to poeci „bruLionu” mieli jednak nad obecnymi nieprawdopodobną przewagę. O ile bowiem dziś można sobie wyobrazić wiersz antykorporacyjny (ba, cały tomik, choćby autorstwa Kiry Pietrek), to jednakowoż mało jest prawdopodobne, aby ktokolwiek napisał: „niczego o mnie nie ma w korporacji”. Literatura oduczyła się dystansu.

W pułapkę chronologiczną spowodowaną tęsknotą za językiem sprzeciwu z lat 90. wpadłem przy lekturze tomiku City dharmakaja Bogusława Ducha. Książka była debiutancka, zbuntowana, osobna. Dopiero kończąc przeznaczoną dla „Lampy” recenzję, zajrzałem na stronę redaktorską i przekonałem się, iż jej status debiutu jest dość umowny, jako że kilka wierszy wymieniono tam jako publikowane w świętej pamięci „bruLionie”.

Książka się bardzo starała, by do siebie zniechęcić. Pretensjonalna jest okładka z symetrycznie odbitym zdjęciem chmur, wstęp Miłosza Biedrzyckiego co chwilę zajeżdża grafomanią (pojawiają się w nim m. in. „wilgotne sny narodowo-katolickich integrystów” oraz „wilgotne sny marksistów-ludomanów”), notka na tylnej stronie okładki wpisuje w życiorys autora równoległą młodzieńczą fascynację egzystencjalizmem i nazizmem tudzież epizody psychotyczne. Tomik straszy ponadto niezłą dawką mizoginii, z którą heroicznie zmagała się jego redaktorka, Agnieszka Mirahina („Srom kobiecy. Nutka zapachu ziarna kawy./ Jeśli się odrodzę – to w ciele dziewczyny./ By nic nie robić, by móc kaprysić”). W dodatku hurtowa ilość terminów buddyjskich sprawia, że trudno niekiedy podchodzić do niego bez Wikipedii. Lecz najdziwniejsze jest to, że w podobnych okolicznościach biograficznych, edytorskich i treściowych wciąż powstaje poezja, która działa.

Przekonuje o tym już puenta pierwszego wiersza: „Ciało okute w umetkowione bety”. Słowo „okute” poza wszelkimi kajdaniarskimi skojarzeniami stanowi także osobliwy skrót od „okutane”, bety „umetkowione” zaś mają znacznie mroczniejszą aurę aniżeli zwyczajnie „ometkowane” (w którym to słowie nie odzywałyby się przecież echem niemiłe konstrukcje słowotwórcze, takie jak „upupiony” czy „ubezwłasnowolniony”). I już mnie przestaje obchodzić, że to „antykonsumpcjonizm” czy „sprzeciw wobec systemu” – pierwszeństwo mają dobrze ułożone słowa.

A słowa te, jeżeli piszą o sprzeciwie, to jadą po całości. Spójrzmy na przykład, jak w wierszu Last Dollars przebiega „globalna wojna o/ prawdę i kapitał”:

sekretarki korporacji w metropoliach klęły
w żywy kamień
zakłady kosmetyczne uległy spaleniu

tak samo jak ciała głodnych dzieci w Etiopii
oraz siedziby Talibów

i katolickie świątynie

Zniszczeniu ulegają po równo symbole konsumpcjonizmu, nierówności społecznych i religii, która z opresją kojarzy się nie tylko za sprawą wmontowania do wiersza talibów, ale także ze względu na finalną refleksję:

ale to się zaczęło tak dawno temu.
Przed Andy Warholem
i wynalazkiem koncepcji – „bóg” i „mój bóg”.

Postawa anarchizująca w poezji jawi mi się właśnie tak: jako indeks groźnych idei, jako ćwiczenia praktyczne w filozofii podejrzeń (której wszelkie odmiany, notabene, bez tego rodzaju poetyckiej obróbki również zdradzają chęci do wejścia do indeksu).

Można wprawdzie powiedzieć, że Bogusław Duch uprawia swój sprzeciw z określonej, bo buddyjskiej perspektywy – są jednak w zbiorku wiersze, które jasno mówią, że i tej perspektywy nie jest do końca pewien:

Dlaczego mnisi zen zmarnowali życie patrząc po
pieleniu ogródka z czarną rzepą na
słomiane sandały.
Dziś nie wiem.
Dziś boję się psychozy, halucynogenów.

I trzeba w końcu przyznać, że chyba właśnie to „nie wiem” stanowi w wierszach Ducha gwarant spokoju, gwarant niezależności od władzy tego czy innego dyskursu. Dopiero z tego punktu można zacząć myśleć od nowa.

Paweł Kozioł

Poeta, krytyk literacki, badacz literatury i kultury dawnej. Laureat nagrody im. W. Hulewicza (2003). Wydał cztery tomiki wierszy, książkę krytyczną o poezji najnowszej (Przerwane procesy, Lampai Iskra Boża, Warszawa 2011; w czasie jej pisania korzystał ze stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego) oraz zbiór esejów o średniowiecznych kronikach Historia i porządek (Towarzystwo Naukowe w Przemyślu, 2010). Współpracownik miesięcznika Lampa, w którym od trzech lat publikuje comiesięczne przeglądy tomików poetyckich. Redaktor – wraz z Marią Cyranowicz – książki Gada !zabić? pa]n[tologia neolingwizmu. Artykuły krytycznoliterackie drukował m.in. w Twórczości, Dekadzie Literackiej, Odrze oraz Przemyskim Przeglądzie Kulturalnym. W 2008 roku obronił doktorat w Zakładzie Literatury Staropolskiej na Wydziale Polonistyki UW, gdzie wykładał historię literaturyoraz tradycje antyczne i biblijne. Obecnie pracuje w Fundacji Nowoczesna Polska, redagując teksty udostępniane na wolnej licencji na portalu www.wolnelektury.pl.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!