Metafizyka przemocy

Długo czekaliśmy na polski przekład głównego dzieła Georges’a Sorela. Teraz jednak, gdy Rozważania o przemocy wreszcie ukazały się w języku polskim, nie bardzo wiemy, co z tymi rozważaniami począć. U Sorela bowiem nic nie jest takie, jak na pierwszy rzut oka wygląda. Albo inaczej: każdy może znaleźć w jego tekstach to, co mu najbardziej pasuje, i tym sposobem włączyć je do wulgaty tradycji politycznej czy światopoglądowej, z jaką sympatyzuje. Ponadto taki zabieg wcale nie musi być zupełnie arbitralny. Czytelnik Rozważań – zaprogramowany wcześniej na poszukiwanie wątków czy to marksistowskich, czy to anarchistycznych – może znaleźć całą gamę cytatów na poparcie swojego wyboru. Pod tym względem Sorel to idealny towar-pozór dla ponowoczesnego intelektualisty-konsumenta, a Rozważania o przemocy są jak wielka, błyszcząca, kolorowa galeria handlowa idei, oferująca to, na co każdy ma ochotę.

Czy to znaczy jednak, że eklektyzm Sorela skazuje nas na równorzędne w swojej wielości interpretacje, bez żadnej możliwości dotarcia do istoty rzeczy, do tego, co naprawdę „autor miał na myśli”? Sądzę, że mimo radykalizmu i rewolucyjnej frazeologii, da się u niego odnaleźć myśl przewodnią rozwijającą się w koherentną i niepozostawiającą ostatecznie wątpliwości ideologię, której daleko do jakiejkolwiek uczciwej lewicowości.

*

Spróbujmy prześledzić autoprezentację Sorela. Konstrukcja jego wywodów opiera się na pozbawionym cienia dialektycznego myślenia (Sorel, podobnie jak Bernstein, którego szanował, odrzucał heglowskie dziedzictwo marksizmu) ciągu dychotomii. Przemoc proletariacka – siła, mit – utopia, intuicja – rozum, powszechny strajk generalny – polityczny strajk generalny, rewolucjonizm – reformizm, syndykalizm – parlamentaryzm. Oczywiście dodatni znak wartości Sorel przyporządkowuje lewej stronie tego podziału, tworząc „kulę pojęciową”, której wszystkie składniki służą do określenia tego najważniejszego: powszechnego strajku generalnego. Wedle Sorela taki strajk to właśnie rewolucja rozumiana jako ostateczny bunt przeciwko istniejącemu porządkowi rzeczy, wymykająca się opisowi „katastrofa” znosząca burżuazyjne państwo. Warunkiem koniecznym jest istnienie skonsolidowanego podziału klasowego, w ramach którego dwie wrogie klasy – proletariat i burżuazja – stają naprzeciw siebie do rozstrzygającej bitwy. Rewolucję rozumie Sorel jako wojnę w ścisłym znaczeniu, porównując ją do „wielkiej bitwy napoleońskiej, która ostatecznie miażdży przeciwka”.

Wojnę można postrzegać od jej szlachetnej strony, innymi słowy tak, jak myśleli o niej poeci opiewający armie, które okryły się szczególną chwałą. […] Syndykalistyczny strajk generalny nastręcza wielu uderzających podobieństw do tej koncepcji wojny: proletariat organizuje się do walki, odgraniczając się od pozostałych części narodu, postrzegając siebie jako wielką siłę napędową dziejów, podporządkowując wszelkie względy społeczne względom walki. Ma bardzo wyraźnie poczucie własnej chwały […] oraz poczucie heroizmu wynikającego z jego walecznej postawy.

Z podawanych przez Sorela porównań i metafor wyłania się obraz tytułowej przemocy. Pojęcie to rezerwuje on jedynie dla proletariatu, pozbawiając je wszelkich konotacji „terrorystycznych” czy „niehumanitarnych”, które kojarzą mu się z jakobińskim terrorem znienawidzonej rewolucji francuskiej – nie ma w tej wizji znęcania się nad pokonanymi, wojna rozgrywa się „bez nienawiści i ducha zemsty”. Z kolei po przeciwnej stronie sytuuje się ekonomiczna, policyjna i strukturalna przemoc państwa, jego politycznych elit i instytucji – to jest „siła”, przeciw której ma wystąpić przemoc. (Warto zadać tu pytanie, jakiego nie stawia Sorel: jeśli walka ma być starciem dwóch antagonistycznych armii, to czy przemoc burżuazyjna, czyli „siła”, nie będzie „skuteczniejsza” i nie sprawi, że proletariat, aby wygrać, będzie zmuszony stosować te same chwyty co przeciwnik, w wyniku czego „dobra przemoc” się zdegeneruje?). Dlatego też proletariacki strajk przeciwstawiony jest politycznemu strajkowi generalnemu znanemu z dotychczasowych walk społecznych. Ten „empiryczny” strajk jest polityczny, ponieważ nie ma na celu zniesienia państwa, ale jego reformę, tymczasowe ugranie czegoś dla sprawy, z tego zaś w największym stopniu korzystają ostatecznie nie robotnicy, ale ich związkowi i partyjni przywódcy z partii socjalistycznej. W tym kontekście dwuznacznie (w odniesieniu do samego Sorela, który de facto to właśnie czyni) i proroczo (ale nie w odniesieniu do socjalistów, lecz faszystów) brzmią słowa:

Doświadczenie pokazuje, że burżuazja łatwo daje się oskubać, ale pod warunkiem, że nieco się ją przyciśnie i postraszy rewolucją: przyszłość będzie należeć do partii, która w najbardziej zuchwały sposób będzie umiała manipulować widmem rewolucji.

Sorel manipuluje widmem rewolucji, ponieważ proletariacki strajk generalny „to tylko mit”. Mit ten łączy w sobie przeszłość i przyszłość, intuicyjnie spajając w jeden obraz wszystkie przeszłe (oczywiście przegrane) walki społeczne z niedookreśloną acz silną nadzieją na ostateczny bój. Służyć ma jednak tylko teraźniejszości, mobilizacji robotników. O przyszłości nic nie możemy powiedzieć, „nie ma bowiem takiej metody, która umożliwia przewidywanie przyszłości w sposób naukowy czy nawet dyskusję na temat ewentualnej wyższości jednych hipotez nad drugimi”. Przyszłość „wydaje się skazana na nieustanne wymykanie się naszemu rozumowi”. Pozostaje nam jedynie mit jako „konstrukcja pewnej nieokreślonej w czasie przyszłości”, na której zasadza się „reforma woli”.

Wiadomo zresztą, że owe społeczne mity wcale nie przeszkadzają człowiekowi czerpać korzyści ze wszystkich obserwacji, jakich dokonuje on w ciągu swojego życia, i nie sprzeciwiają się temu, by mógł on oddawać się swoim normalnym zajęciom.

Konsolidacja klasy pracującej wynika z nadającego jej poczucie misji działania mitu. Tak tworzy się kolektywna świadomość, oparta na wspólnie dzielonych wyobrażeniach i heroicznej etyce cnoty. Ma to być warunek konieczny przyszłej rewolucji, która – parafrazując Derridę – nadchodzi niczym mesjasz, ale nigdy nie nadejdzie. Za to warunków przyszłego społeczeństwa określić w żaden sposób nie można. To jeden z wielu punktów (podobnie jak m.in. dyktatura proletariatu), za które Sorel krytykuje Marksa. Dla autora Rozważań Marksowska refleksja nad warunkami możliwości społeczeństwa porewolucyjnego jest tym samym, co konstruowany statycznie i ściśle rozplanowany projekt doskonałej przyszłości. Dlatego przeciwieństwem mitu jest utopia. Jej pojęcie jest szersze niż gatunek literacki uprawiany przez Morusa czy Campanellę. Odnosi się przede wszystkim do tendencji naukowego ogarnięcia rzeczywistości społecznej, tego „przewidywania przyszłości”, a także związanej z tym optymistycznej idei postępu. Myślenie utopijne nie przewiduje zniesienia państwa, przeciwnie, już w swej istocie skażone jest kultem państwa i etatyzmem. W gruncie rzeczy Sorel używa tego pojęcia jako hasła na oznaczenie wszystkiego, co wyznacza zeitgeist jego współczesności. Scjentyzm, pozytywizm, optymistyczna wiara w nieskończony postęp, pokojowa ewolucja społeczna – to wszystko stanowi dziedzictwo oświecenia, które należy odrzucić. Sorelem rządzi jednak metoda mnożenia wykluczających się antynomii, dlatego jego antypozytywistyczna krytyka przypomina wylewanie dziecka z kąpielą, z którą wylane zostają też liberalne prawa jednostki oraz demokracja w swym ogólnym pojęciu (jedynie wobec techniki, z której otrzymał wykształcenie, ma bardziej zniuansowane podejście, co tylko dowodzi, nieuświadomionej przez niego, potęgi dialektyki nowoczesności).

Panowanie oświeceniowego rozumu skutkuje powszechną dekadencją współczesnej epoki. Dekadencja jest przypadłością nie tylko burżuazji, ale także dominującego socjalizmu spod znaku II Międzynarodówki, która, przepojona reformizmem i oportunizmem, stacza się na pozycje mieszczańskie, osłabiając tym samym reprezentowany przez siebie ruch związkowy. W rzeczywistości socjaldemokraci, spersonifikowani w Rozważaniach w osobie Jaurèsa, są znacznie gorsi od burżuazji i jej przedstawicieli. Gdyby przejęli władzę, staliby się nowymi panami, tyle że byliby „mniej zręczni od tych dzisiejszych”.

Socjaliści parlamentarni […] zachowują stary kult państwa. Są zatem gotowi popełnić wszelkie przestępstwa dawnego ustroju i rewolucji. […] okazaliby się godnymi następcami inkwizycji, dawnego ustroju i Robespierre’a.

I w innym miejscu:

Socjalizm państwowy mógłby się do takiej moralności [słabych – J.N.] doskonale dostosować. […] Jedyna różnica, jaka istniałaby między tym rzekomym socjalizmem a kapitalizmem, polegałaby na użyciu bardziej przebiegłych metod dla zaprowadzenia dyscypliny w zakładzie.

Jak widać, pod niektórymi twierdzeniami Sorela mogliby się podpisać tacy marksistowscy teoretycy i teoretyczki jak Róża Luksemburg, György Lukács czy przedstawiciele Szkoły Frankfurckiej. Jeśli skupić się jedynie na Sorelowskiej krytyce socjaldemokracji i racjonalności instrumentalnej, nie zagłębiając się zbytnio w logikę funkcjonowania pojęcia mitu, można by łatwo zakwalifikować Rozważania jako przykład heterodoksyjnego anarchomarksizmu w duchu przełomu antypozytywistycznego, nieodpornego na wszystkie typowe dla tego czasu sprzeczności i naiwności. Byłoby jednak błędem na tym się zatrzymać. Pozornie słuszne tezy Sorela mają bowiem inne źródła i prowadzą do innych konsekwencji niż podobnie brzmiące twierdzenia Luksemburg lub Lukácsa. Wina w tym oczywiście samego Sorela, który często powołując się na cytaty Marksa, w istocie manipuluje nimi albo po prostu nadaje im sensy odpowiadające swojej koncepcji (co nie wyklucza pasożytowania na pewnych niejasnościach lub niedopowiedzeniach samego autora Kapitału). Gdy na przykład Sorel twierdzi: „Marks oceniał, że proletariat wcale nie musi stosować się do nauk uczonych wynalazców szukających rozwiązań problemów społecznych, lecz zwyczajnie kontynuować to, co rozpoczął kapitalizm. Żadne programy przyszłości nie są potrzebne, bo programy realizowane są już w zakładzie pracy” – to brzmi to jak ewolucjonistyczna wersja „naukowego” XIX-wiecznego marksizmu (a tę przecież Sorel miesza z błotem!), wedle której komunizm automatycznie wyłoni się z kapitalizmu.

W istocie powyższy cytat naprowadza nas na rzeczywisty stosunek Sorela do kapitalizmu. Trzeba go tylko czytać literalnie. Tak naprawdę Sorel nie chce zniesienia kapitalizmu i nastania jakiejś formy społeczeństwa komunistycznego czy anarchistycznego. Nie proponuje demokracji ekonomicznej, likwidacji podziału klasowego i wyzysku opartego na wartości dodatkowej. Burżuazja i proletariat nie znikną, nie zmienią się też ich miejsca w strukturze społecznej. Wedle Sorela bowiem drugim (i bez wątpienia mniej wyeksponowanym) warunkiem rewolucji, obok aktywizacji klasy robotniczej, jest konsolidacja burżuazji. I oczywiście ten drugi warunek należy przyjąć jako ważniejszy. Robotnicy nie zastąpią kapitalistów w procesie produkcji, ponieważ ci ostatni lepiej się na tym znają. Cała koncepcja przemocy, mitu i „straszenia” rewolucją ma na celu mobilizację właścicieli środków produkcji, wskazanie im, że „powinni zająć się własnymi sprawami i tylko tym”, uświadomienie pracokupcom, że „niczego poprzez dzieła pokoju społecznego i demokrację nie uzyskają”. Obecnie burżuazja weszła w etap dekadencji, została rozmiękczona i straciła całą swoją drapieżność, jaką miała w początkach rewolucji przemysłowej (jedyny współcześnie dobry przykład świeci z drugiej strony Atlantyku w postaci burżuazji amerykańskiej, jeszcze w fazie zdobywczej). Upadek burżuazji grozi katastrofą cywilizacyjną i tylko ona może temu zapobiec. Proletariat ma odgrywać jedynie rolę katalizatora, w pełni funkcjonalną wobec swoich panów.

Jeśli natomiast burżuje, otumanieni bzdurami kaznodziejów od moralności i socjologii, […] usiłują naprawić nadużycia systemu gospodarczego i pragną zerwać z barbarzyństwem swych poprzedników [czyli pierwszego pokolenia bezwzględnej burżuazji wielkoprzemysłowej – J.N.], wówczas część sił, która miała pchnąć rozwój kapitalizmu do przodu, zostaje wykorzystana do wyhamowania go, na scenę wkracza przypadkowość, zaś przyszłość świata staje się kompletnie nieokreślona.

I trochę dalej:

To właśnie tu rola przemocy w dziejach wydaje się nam szczególnie istotna, ponieważ w sposób pośredni może ona oddziaływać na burżujów, aby przypomnieć im o świadomości interesów własnej klasy.

Najwyraźniej w optyce Sorela „siła, która miała pchnąć rozwój kapitalizmu” nie jest jeszcze świadoma swoich interesów – trzeba dopiero tę świadomość do niej wnieść. Tylko jak to pogodzić z twierdzeniem Marksa, że ideami panującymi w społeczeństwie są idee klasy panującej?

**

W swoich Rozważaniach Sorel sprzedaje nam rewolucję i proletariat z logo marksizmu, ale w rzeczywistości opakowanie kryje w sobie zaskakująco konserwatywne i skrajnie liberalne treści. Żeby jeszcze bardziej skomplikować produkt, jego marksizm stara się być – wedle deklaracji – anarchizmem albo anarchistyczną wykładnią Marksa. Sorel ogłasza rewizję marksizmu z „lewej strony”, ale więcej niż z Marksa czerpie on z Proudhona, i to właśnie Proudhona poddaje rewizji, obudowując jego koncepcję zrzeszeń wolnych wytwórców w wątki i pojęcia wzięte – na zasadzie „skrzynki z narzędziami” – z Bergsona, Jamesa, Nietzschego, Le Bona i Vica, nad którymi ponadto unosi się duch konserwatywnych historyków francuskich: Tocqueville’a, Renana i Taine’a. Nie sposób również nie zaznaczyć powinowactwa z Bernsteinem, o którym Sorel wyraża się z szacunkiem – koncepcja, której celem jest mobilizacja klasy robotniczej (a także burżuazji), a nie zniesienie kapitalistycznego sposobu produkcji i odpowiadających mu stosunków społecznych, można uznać za – nieco wulgarne – rozwinięcie słynnego hasła „ruch jest wszystkim, cel jest niczym”.

Z tego amalgamatu tworzy się ideologia w dużej mierze symptomatyczna dla epoki neoromantyzmu. Jej cechy to witalizm, kult „męskich”, heroicznych cnót, elitaryzm, pesymizm, przywiązanie do czynu, wrogość do teorii, idei postępu i oświecenia. Nie ma w niej miejsca na równość (kosztem wolności), jakiekolwiek próby rozumowego („socjologicznego”) ogarnięcia rzeczywistości społecznej mają być pozbawione sensu, kwestie tak prozaiczne jak dobrobyt i likwidacja wyzysku usuwane są w niebyt na rzecz etosu i moralności. Wszystko to rzekomo w imię rewolucji i emancypacji – ale nie całej ludzkości, tylko wąskiej klasy wykwalifikowanych robotników. Ostatecznie nie ma nawet mowy o wyzwoleniu tych nielicznych proletariuszy, celem Sorela nie jest bowiem zniesienie kapitalizmu i zastąpienie go przez społeczeństwo wolnych i równych. Wręcz przeciwnie, idzie mu o wzmacnianie kapitalizmu i dodanie energii burżuazji, która, choć często krytykowana na kartach Rozważań, jest krytykowana nie z racji swojej uprzywilejowanej pozycji w strukturze społecznej, ale z powodu dekadencji – a ta grozi całej cywilizacji. Odgrodzona od reszty społeczeństwa, zorganizowana militarnie elita wysoko wykwalifikowanych robotników ma ją pobudzić i zmotywować do bardziej bezwzględnych i drapieżnych działań. W tej wizji proletariat pełni rolę moralnej awangardy prowadzącej ludzkość do odnowy. Jednak jego awangardowa sprawczość staje się zaledwie sprawczością „pierwszej przyczyny”. Motorem dziejów jest burżuazja, ona odpowiada za wzrost ekonomiczny i rozwój technologiczny. Stawką zarówno Rozważań, jak i innych pism Sorela jest więc nie emancypacja w duchu wolności, równości i powszechnego dobrobytu, ale odnowa (w sensie Vicowskiego ricorsi, powrotu do źródeł) upadającej cywilizacji, gdzie regres moralny i polityczny skutkować mają katastrofą ekonomiczną na niespotykaną dotąd skalę.

***

Poglądy Sorela ewoluowały, jednak ich antyoświeceniowa baza pozostała niezmienna i nie ma nic wspólnego z marksizmem czy lewicowymi nurtami anarchizmu. Niedługo po napisaniu Rozważań Sorel przystąpił do niesławnej Action Française. Jego kontakt ze środowiskami socjalistycznymi zaczął bezpowrotnie słabnąć; znosiło Sorela w objęcia najbardziej reakcyjnej prawicy. Stał się mentorem późniejszych budowniczych faszystowskich Włoch, powoływał się na niego Mussolini, też sierota po włoskim ruchu socjalistycznym. W tej ewolucji nie było przypadku wynikającego z jakiegoś „cięcia” czy radykalnego odwrócenia poglądów. Gdy Sorel przestał wiązać nadzieje z „dziejową” rolą proletariatu jako katalizatora „bardziej dziejowej” burżuazji, zwrócił się w stronę nacjonalizmu, klasy zastępując narodami. Choć poparł rewolucję październikową, to widział w niej szansę na odrodzenie się narodowego ducha rosyjskiego, geniusz Lenina porównując do Piotra Wielkiego. Obrzydzał go jednak „jakobiński” terror rewolucji, przypisał go więc „elementom żydowskim”. W dołączonym do czwartego wydania Rozważań tekście W obronie Lenina z 1919 roku Sorel w przypisie wzmiankuje, że „to głównie Żydzi, którzy weszli do ruchu rewolucyjnego, są odpowiedzialni za terrorystyczne porządki, za które obarcza się bolszewików”.

Lektura Rozważań o przemocy może być bardzo pouczająca, pod warunkiem, że czyta się je z hermeneutyczną ostrożnością, a także z nieufnością wobec tego, jak Sorel chce być postrzegany. Mocno zawoalowana i – trzeba to przyznać – oryginalna afirmacja burżuazji oraz liberalizmu gospodarczego kosztem wszystkich pozostałych – zarówno socjalistycznych, jak i liberalnych politycznie – zdobyczy nowoczesności wskazuje ponadto na dość często zapominane dziś związki kapitalizmu z faszyzmem. Pokazuje również niebezpieczeństwa wynikające z naszego przywiązania do pojęć i haseł, a także to, jak łatwo wyzyskać za ich pomocą postępowe środki do realizacji reakcyjnych celów. Tak jakby czarny sztandar anarchistów ktoś wyprał z lewicowych wartości i przerobił na czarną koszulę, w której pomaszeruje na Rzym.

Georges Sorel, Rozważania o przemocy, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014. Wszystkie cytaty pochodzą z recenzowanej książki.

Jakub Nikodem

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!