Dyskretny urok sentymentu. Dyskursy miłosne

Dekonstrukcyjny boom nie oszczędził miłości. Gdzieś od lat 70. regularnie podbijano jej notowania na rynku analitycznym. Nagle okazało się, że język miłosny jest głównym kanałem przemytu dyskryminacji i wykluczenia. Poststrukturalistyczne gremium – jak przystało na spadkobierców oświeceniowej podejrzliwości – prześwietliło go ze wszystkich stron. Okrzyczana przemoc symboliczna, fallokracja, faworyzacja seksualna i faszyzm erotycznych fantazji sprowokowały rozmnożenie socjologicznych analiz na dziejową skalę. Maszynerię analityczną puszczono w ruch: demaskuje się mechanizmy męskiej dominacji, a demokrację seksualną ogłasza peanem pozoru; płeć kulturową denuncjuje się jako czysto arbitralną, a polityczne podłoże seksualności staje się czymś oczywistym. Linia krytyczna – od Foucaulta przez Baudrillarda, Bourdieu i Derridę, a za nimi Judith Butler i jej akolitów – pieje o tym bez wytchnienia. I ma sporo racji, ale o miłości nie mówi wcale albo prawie nic.

Coś nam się chyba pomyliło, bo o języku miłosnym sensu stricto we wspomnianym okresie pisał tylko pominięty w naszym wyliczeniu Roland Barthes. Pozostali pominęli więc miłość? Nie. Zdekonstruowali ją. Jeśli miłość pojawia się w ich retoryce, to tylko pod postacią libidinalnego marketingu, psychoanaliza uczyniła bowiem pragnienie kolejną formą kapitału. Doniosłością mogła się wylegitymować nie tyle miłość, co seksualność raczej, i to tylko wtedy, gdy podejrzewano ją o któreś z wymienionych w poprzednim akapicie wykroczeń. Sam dyskurs o seksualności (za Michelem Foucaultem) uchodził wtedy za nowoczesną formę zniewolenia. Zdyskursywizowano seks, i właściwie nie było co wyzwalać, ale dyskurs z kolei zdążył rozciągnąć się na rozległą strukturę władzy. W efekcie mógł oznaczać przejście od cenzury do kamuflażu. Idąc tym śladem, wzięto pod lupę działalność publicznych instytucji, które pod płaszczykiem neutralności rozpowszechniały wcale nieoczywisty obraz płci. Przemocy symbolicznej doszukiwano się wszędzie – i zawsze na poziomie języka: od polityki do literatury. Miłość samą zamieciono pod obłożoną klątwą kategorię kultury popularnej. Lub raczej masowej. Skoro tak, to wiemy już, kto jest po stronie tej wysokiej.

Miłość trafiła na indeks jako opium dla mas. Cukiernictwo i anestezja: przemysł walentynkowy, telenowele, harlequiny i komedie romantyczne tworzą siatkę dystrybucji sentymentu – i to najgorszego gatunku. O przemocy symbolicznej i kanonie stereotypów, zarówno kobiecych, jak i męskich, nie wspominając. Reprodukuje się tutaj tylko pragnienie i jego nośniki; miłosne sensu stricte (= sentymentalne) jest ich kiczowate ubarwienie. W nim tkwi trutka. Literatura poucza nas o jej szkodliwości co najmniej od mitu Orfeusza, pierwszego moralitetu o okrucieństwie sentymentu, ale i tak kolejne pokolenia bohaterów krok w krok powtarzają ten sam błąd: Werter i jego epigoni, pani Bovary – wszyscy odwracają się i wszyscy giną. Ale popęd mimetyczny sięga o wiele dalej, obejmując też (a raczej z w ł a s z c z a) czytelników, a za nimi odbiorców w ogóle. Wszyscy idą jak muchy na lep miłosnej fantazji, nie dość, że miałkiej, to jeszcze opresyjnej! To nic. Muszę przeciwstawić się tej bezlitosnej optyce. Mimo całego arsenału doniosłych racji, które ją wspierają, wydaje mi się ułomna, i to w tej cesze, która miałaby być jej najwyższą wartością: racjonalizmu i obiektywności. Daleki jednak jestem od tego, by kontestować mędrca szkiełko i oko. Choć mógłby już chyba liczyć na jakiś bezpieczny alians ze swoim adwersarzem. Obaj należą przecież do tego samego gatunku.

W powszechnym mniemaniu – takiej na przykład socjologii obiektem badawczym człowiek raczej nie jest. Metodologia i dane jednak temu przeczą; nie istnieje chyba nauka o większym niż statystyka nasyceniu człowiekiem. Ta zaś pojedynczego człowieka multiplikuje, powielone egzemplarze segregując w gęstych, zawsze za gęstych sektorach. Po odsianiu pojedynczości wytwarza się gotowe do użytku manekiny, tabele i szablony. Ale w praktyce ich niestabilnością zawiadują emocje i sentymenty, co krytyków języka miłosnego już nie interesuje, skoro twardo bronią tezy o jego doszczętnej instrumentalizacji. Z wyjątkiem rzeczonego Barthesa, który – jakby wyręczając ich w tej kompromitującej pracy – na warsztat wziął miłosny weltschmerz we wszystkich odmianach. Jej efektem są „Fragmenty dyskursu miłosnego”. Obiektywne wnioski nie są tam żadną cenną zdobyczą, bo wnikliwej i rozwlekłej przeprawie przez „Wertera” patronuje wysiłek zupełnie inny: wysiłek afirmacji. Afirmacji całego emfatycznego cyrku, którego wystawiać na pokaz nie przystoi: egzaltacji, melancholii, litanii westchnień, tłumionych wzruszeń i błahego lamentu nad trywialnymi nieszczęściami zakochanego. Ale przyznać się do tego cyrku może właśnie wypada. Barthesowski rejestr i tak daleki jest od tego, co kiedyś oferowały wiersze Katullusa lub romanse Albucjusza (zebrane i wydane 20 lat temu przez Pascala Quignarda). Zwłaszcza tego pierwszego, który jako jedyny chyba intensywność przeżyć przełożył na poetykę w skali 1:1. O swoich perypetiach miłosnych pisze wulgarnie (po rozstaniu), elegancko i ostentacyjnie (przed i po), z całym dobrodziejstwem inwentarza. Niestety polski czytelnik nie ma zbyt wielu okazji, by docenić ten styl. Wierszy jest niewiele, a część z nich wygładzono w procesie przekładu. [1]
Może tak jest bezpieczniej, parę osób ustrzeże się przed szkodliwością lektury? René Girard widzi to zupełnie odwrotnie. W swoich analizach XIX-wiecznych powieści wykazał, jak głęboko ich bohaterowie się mylą, dowodząc, że to właśnie pragnienie zasilone lekturą (a la Madame Bovary) i popędem mimetycznym wydaje się bardziej naturalne: „Romantyczny pyszałek wciąż pragnie przekonać siebie, że jego pragnienie jest zapisane w naturze rzeczy lub, co na jedno wychodzi, że jest emanacją niezmąconej subiektywności, stwarzaniem ex nihilo niemal boskiego Ja”.[2] Tak więc miłosny lęk przed wpływem wydaje się czymś anachronicznym. To zresztą wspaniałe, że można naśladować i upodabniać się. A co do wpływu kultury masowej, to może być ona cennym bodźcem do pracy. Skuteczna reprodukcja jej wzorów wielu osobom poprawiłaby samopoczucie i jakość życia. I na pewno zdrowsze jest pójście w ślady Hanka Moody’ego niż bohaterów Bergmana. W końcu miłości trzeba doświadczać, a nie o niej opowiadać. Ale jeśli już trzeba (a czasem trzeba), to dlaczego nie na bazie czegoś, co wszyscy dobrze znamy? Dlaczego nie w sposób emfatyczny? Traumy miłosne są przecież takie pospolite. Bywają jednak przytłaczające; jak więc przekonująco opowiedzieć o prywatnej apokalipsie? Gdzieś pomiędzy Werterem a Bergmanem da się chyba jeszcze wynaleźć jakiś stosowny rejestr. Warto przy tym skorzystać z zasobów kultury – nie traktujemy tego przymiotnika pejoratywnie – masowej, bo wydaje się dostępna i szczera: w tym, że oddaje sprawiedliwość temu, co może i trywialne, ale i powszechne, czyli doświadczeniu miłosnemu pośród wielu innych. Myślę, że Rabelais i Montaigne stanęliby po jej stronie. (Libidinalna prostoduszność tego pierwszego gdzieś przepadła. W samej Francji kontynuatora doczekał się chyba tylko w osobie Alfreda Jarry’ego. Czyżby obaj okazali się zbyt witalistyczni na naszą cywilizację śmierci?)

Po przejściu etapu dekonstrukcji możemy przyjąć dyskurs miłosny na nowo, razem z całym bagażem figur, ikon i fantazmatów, które go ubarwiają. Cieszy ich natłok i powszechność, i cieszy związana z tym rozmaitość stylistycznych autorytetów. Na przykład: od Mastroianniego czy Belmondo do Jamesa Deana. Skutecznie podszyć się pod któregoś z nich to już spore osiągnięcie, a imitacja i tak stanowi przecież preludium do własnego sznytu, i dotyczy to tak języka miłosnego w literaturze, jak języka literackiego w ogóle. Sama kultura dysponuje obecnie panteonem piękności na tyle przestronnym, że każdy znajdzie tam sobie patrona. W końcu miłość jest ambasadorką wszystkiego, co dobre! Co prawda, nadal produkuje się szkodliwe ideały, ale nie tak trudno je przecież odróżnić od pozostałych. Niektóre dałoby się nawet ująć w opozycje. Dlatego zamiast Audrey wybrałbym Marylin.

Łukasz Krajewski

[1] Skromny wybór poezji Katullusa przetłumaczono w antycznym numerze „Literatury na świecie”, nr 8-9/1996.

[2] René Girard, „Prawda powieściowa i kłamstwo romantyczne”, tł. Karolina Kot, Warszawa 2001, s. 21.

Łukasz Krajewski

(1989) Krytyk, eseista, tłumacz z języka angielskiego i francuskiego (m.in. Jacques'a Derridy), student filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Teksty publikował m.in. w Glissando, Kulturze Liberalnej, antologii Foucault, Deleuze, Derrida (seria Festiwal filozofii, t.3) oraz na portalu Książę i Żebrak. Pochodzi z Białegostoku.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!