GRA W PRACĘ. Co będziemy robić, gdy już skończy się praca? Grać w gry

W Utopii pracować nie trzeba, można zająć się innymi rzeczami. Rozwojem osobistym, malarstwem, poezją (pod mrocznym podbrzuszem wyśnionej krainy skrywa się tajemnica – system oparty na pracy niewolniczej).

W stronę jakiej „-topii” podążamy? Utopii, w której pracować na nas będą maszyny? Dystopii, w której wszystko pochłonie mrok? A może dreamtopii, jak z filmów animowanych o wróżkach, krainy snów, w której przeżywa się przygody i nie martwi przyziemnymi sprawami; jedzenie, pożywne kolorowe owoce, rosną przecież na drzewach.

 

CZEŚĆ, PRACY

Na pytanie, „kto ty jesteś”, nikt nie odpowiada „Polak mały”. Definiuje nas nasz zawód; czynności wykonywane w zamian za środki płatnicze. Kolejne pokolenia – X, Y, Z – opisywane są pod kątem zachowywania na rynku pracy i w samej pracy. Biurowa klasa średnia stawia do pionu hipsterów, którzy pracują w kawiarniach, ale ich centralną fantazją jest bycie DJ-ką czy pisarzem – „jesteś baristą”. Gdy nie będzie pracy, wszyscy będziemy hipsterami. Pisarkami, poetami, piosenkarkami, idolami, kreatywnymi ludźmi, którzy nie muszą pracować w reklamie i wymyślać haseł dla keczupu.

Ale czy każdy jest na tyle kreatywny? Ciężko stwierdzić, bo w schyłkowym kapitalizmie kreatywność jest z jednej strony wynoszona na piedestał (Idol, branża reklamowa, gospodarka oparta o psy-pająki z YouTube), a z drugiej – zabijana. Dziecko, które mówi, że chce spędzić życie na rysowaniu, będzie sprowadzane na ziemię – to nie jest prawdziwa praca, prawdziwa praca to coś, co przynosi pieniądze – grzebanie w kodzie, przeklejanie z Worda do Excela i tak dalej.

Gdy nie będzie pracy – taki sobie scenariusz wymyśliłem dla Europy przyszłości, po katastrofie klimatycznej i upadku wszelkiej nadziei, który przedstawiłem w powieści Hello World – żeby nie umrzeć z nudów, podzielimy się na tych, co zabawiają, i tych, co są zabawiani. Ekstrapoluję współczesne trendy – na jedną idolkę z TikToka przypada kilkadziesiąt tysięcy tych, którzy ją oglądają; każdy gwiazdor YouTube potrzebuje publiczności.

Występowanie w internecie jest zresztą ciężką pracą, której daleko do „money for nothing and chics for free”. W najgorszej sytuacji są streamerzy, czyli ludzie nadający przekaz na żywo. Czas potrzebny na przygotowanie wpisu czy nagranie filmiku zależy od sprawności twórcy, ale urządzający na przykład pokazy grania w gry w serwisie Twitch działają w czasie rzeczywistym. Coś, co zaczynało się jako niegroźne hobby, po przejściu na zawodowstwo zamienia się w niewolnictwo – nie ma czasu na normalne życie. Fani domagają się nieustannego dostarczania treści – kto nie dostarcza, przestaje być obserwowany.  Widzowie są uzależnieni, twórcy nie mają wyjścia. Niektórzy z nich, na przykład po założeniu rodziny, przenieśli się na nagrywanie filmów na YouTube, bo zwyczajnie przestali sobie radzić.

 

CZŁOWIEK GRAJĄCY

Żyjemy więc w czasach, gdy gra w gry komputerowe stała się pracą. Od zawodowców zgarniających nagrody na turniejach e-sportowych, które rządzą się logiką zwykłego sportu (są więc treningi, zgrupowania i sponsorzy), przez cybernetycznych celebrytów, po farmerów „golda”. Gold, czyli złoto, przeróżne fikcyjne waluty z nieistniejących światów, które można wymieniać na potrzebne do uzyskania sukcesu fanty. Chociaż są wirtualne, można kupować je za prawdziwe pieniądze, na przykład na aukcjach internetowych. Można posadzić więc kogoś przed baterią smartfonów i płacić za wyklikiwanie złota czy wysiadywanie Pokemonów.

Wiele współczesnych gier nie ma nic wspólnego z zabawą, z ćwiczeniem zręczności, orientacji w labiryntach, abstrakcyjnego myślenia. Przypominają pracę przy taśmie. Kilka lat temu grałem na komórce w Robocopa. Mam z tego czasu pamiętnik:

Robota prosta, nie, odpalam aplikację, wybieram misję testową i steruję Robocopem. Nazywam go Robbo, zdrobniale. On biega, ja strzelam i mówię, kiedy ma się wychylić zza osłony. Trochę jak w Space Invaders. Graliście kiedyś? Strzelasz takim działkiem do rzędów kosmitów, a oni do ciebie, możesz się wtedy schować za osłoną, ale strzały je wykruszają. Tu jest tak samo. (…) Omni Corporation płaci ładnie za misję, w dolarach, złocie, a czasem w żetonach OCorp., ale kurde, jeszcze nic nie udało mi się przelać na paypala. Bo muszę tę kasę inwestować w Robbo. Kupować chłopakowi nowe, lepsze zbroje. I co najważniejsze, nową, lepszą broń. Nie przesadzam, cała kasa na to idzie. Czasem mam wrażenie, że dokładam do tego interesu. Po co więc to robię? Nie wiem, po prostu lubię tę robotę. Robię coś dobrego, nie? Dla miasta, dla dzielnicy. Tak naprawdę to nie pracuję dla Omni Corp, tylko gram w głupią gierkę na komórce. Ale czasem mam wrażenie, że to praca.

Złowili mnie w prosty sposób – wyszedłem z kina najarany filmem i chciałem więcej. Wychodzisz z kina, chcesz więcej, więc ściągasz darmową lub śmiesznie tanią aplikację, w której trzeba się narobić, naklikać, wykazać cierpliwością, jak nie w Robocopie, a zwykłej robocie. Dlaczego grałem? Bo się nudziłem, bo się uzależniłem od małych porcji satysfakcji po wykonanej misji. Gra udająca pracę, tak jak praca dziś udaje gry. Nazywa się to „grywalizacja”. Po co wypłacać premię, jeśli można powiedzieć pracownikom, że się ścigają. Będą się ścigać dla tej małej porcji satysfakcji po wygranej.

 

PRZEGAPIONA REWOLUCJA

Może się więc zbuntować przeciwko systemowi? Jest wiele gier, które kanalizują marzenia o sprawiedliwej przemocy. To dobry wentyl. Jedni się ścigają w Need for Speed i nie muszą już szaleć na ulicach, inni, zamiast robić rewolucję, grają w grę o robieniu rewolucji. Istnieje cała gałąź gier – do grania w przeglądarce, w czasie pracy – w której dokonuje się zemsty na szefie. Wywodzi się z nich symulator demolowania biura, Office Freakout. To taki Postal dla biurowej klasy średniej. Rzecz, która nawet nie potrzebuje fabuły czy jakiegokolwiek wyjaśnienia – oto jest pracownik, który pewnego dnia ma dość. Wiadomo, któż z nas nie miał? Żeby było jeszcze „subtelniej”, nosi imię Philbert – czytelne nawiązanie do komiksów o Dilbercie, kronice biurowych i korporacyjnych absurdów, opowieści o firmie pełnej niekompetentnych zwierzchników, kolegów-debili, miernot z awansu i sfrustrowanych specjalistów, którzy pchają wózek z tym całym barachłem. Gra ma zresztą komiksową oprawę.

W warstwie ludycznej po prostu naciska się przyciski, żeby walić pięściami wszystko, co się nawinie. Można też podnosić biurowe sprzęty i tłuc nimi albo rzucać; do tego dochodzą specjalne bronie, takie jak wybuchowe pizze, mordercze zszywacze, gaśnice destrukcji itd.  Gra, w przeciwieństwie do przytoczonego Postala, jest bardzo bezpieczna. Niszczy się rzeczy. Wszystko zresztą wygląda jak z fabryki klonów, każda biurowa zagródka różni się wariantem powtarzających się detali. Taka nuda scenografii (w obrębie planszy, bo te jednak na szczęście różnią się od siebie) w innej grze byłaby wadą, tu wpisuje się w narrację o bezduszności korporacji, tak jak wpisują się w nią owe grube androidy. I to wszystko. Korporacje są bezduszne, może chcecie jakąś zdemolować? Office Freakout mógłby być jedną z najbardziej politycznych gier w historii, ale nie jest. Operuje na poziomie tej oczywistości, w kompletnej płyciźnie, nie zbawia, lecz ledwie zabawia, jakby nie było żadnej nadziei na zmianę systemu. A może wręcz na rzecz systemu pracuje: gniew gnębionych pracowników, zamiast stać się paliwem rewolucji, będzie li tylko parą wypuszczoną w gwizdek wirtualnych pokoi gniewu. Porzucaj sobie monitorem, Philbercie, tylko nie za długo, przecież rano musisz iść do pracy.

 

PRACA PO PRACY

Fantazją, że w przyszłości pracy nie będzie, bawi się Job Simulator. To gra w wirtualnej rzeczywistości, symulowany świat, który ogląda się w kasku VR. Gra przedstawia się jako produkt z przyszłości, w której już nie trzeba pracować, więc chętni mogą doświadczyć, czym była praca, grając właśnie w Job Simulator. Komicznie uproszczone biuro, w którym można pić kawę, używać telefonu i faksu, żeby wykonywać proste zadania. Za iloma warstwami fantazji się znajdujemy? Rzecz staje się jednocześnie parodią różnych symulatorów, takich jak Landwirtschafts-Simulator (znany też jako Farming Simulator). To realistyczne odwzorowanie gospodarstwa rolnego. Ważna jest ekonomiczna strona zarządzania farmą, ale do tego trzeba zasiąść za kierownicą ciągników i kombajnów i samemu narobić się w polu. Dlaczego ludzie po pracy bawią się w inną pracę? Prawdziwa robota na roli jest ciężka, nawet w dobie nowoczesnego, wspomaganego elektronicznie farmerstwa, a wirtualny świat pozwala wybrać z niej to, co fajne: wielkie maszyny i wirtualną sielankę. Powstaje inne pytanie – czy praca w późnym kapitalizmie nie jest taką samą wirtualną zabawą? Czy przeklejanie z Worda do Excela, aby nabić mityczne kejpiaje, nie jest rodzajem gry, czysto wirtualnego doświadczenia?

Utopię, dystopię i dreamtopię łączy jedno – to fantazje o tym, że nie będzie już pracy. Zostaniemy poetami, zastąpią nas roboty, zaśniemy w wirtualnej rzeczywistości. Która z tych wizji okaże się prawdziwa – to pieśń przyszłości. Na razie mrzonki o pełnej automatyzacji różnych zawodów są tak bliskie ziszczenia, jak te o autonomicznych samochodach i drukarkach 3D, na których można wszystko wydrukować. Prędzej wraz z kolapsem biosfery upadnie cywilizacja, jaką znamy. Wrócimy do pracy u podstaw, na roli, bez tych wielkich maszyn znanych z Landwirtschafts-Simulator. Kapitaliści są gotowi – w Ikei można nabyć zestawy do domowej uprawy metodą hydroponiczną.

Michał R. Wiśniewski

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!