Co robi faszysta, gdy zagraża mu otwarte morze?

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Jestem przekonany, że nie da się dzisiaj rzeczowo mówić o faszyzmie, nie wspominając przy tym o studiach Klausa Theweleita. Polskojęzyczna czytelniczka z jego badaniami, wynikami i teoriami mogła zapoznać się dzięki dwóm pozycjom: Męskim fantazjom, Theweleitowskiemu opus magnum, stanowiącemu rekonstrukcję psychosomatycznej struktury mężczyzn-żołnierzy, oraz dzięki Śmiechowi morderców, w którym autor zajął się bardziej współczesnymi nam grupami i postaciami – m.in. Andreasem Breivikiem, Państwem Islamskim, indonezyjskimi szwadronami śmierci, zbrodniarzami ze Srebrenicy czy Afryki Środkowej. Wartość, którą te pozycje posiadają, wciąż pozostaje jednak ukryta – zbyt mało czytamy, rozumiemy i przekładamy Theweleita. Co takiego mówi bowiem autor Męskich fantazji, co – jego zdaniem – stanowi o faszyzmie? Na początek: wypaczony stosunek między płciami, który przez wieki ewoluował, nasilał się i reprodukował, a którego punkt skrajnej synergii kultury, obyczajów i instytucji wychowawczo-militarnych w wilhelmińskich Niemczech doprowadził do wykształcenia „kilku pokoleń młodych niemieckich mężczyzn, […] którzy uznali, że łatwiej będzie wysadzić w powietrze pół świata i zamordować miliony ludzi niż wyrazić rzeczywisty sprzeciw wobec roszczeń swych przeróżnych «wychowawców»”[1]. Wejdźmy głębiej: zbiór faszystowskich poglądów nie jest po prostu wypadkową niezwiązanych ze sobą czynników, posiada swoją genezę w ciałach mężczyzn-żołnierzy z Freikorpsów – dla Theweleita faszyzm jest bowiem „ideą wyrosłą z ciała”. Interesować nas więc będzie faszyzm na poziomie ciała, nie zaś ideologia czy historyczno-politologiczne definicje sensu stricto. Osobowość faszysty jest cielesnym pancerzem, który „zamyka w kotle kipiące wnętrze” pragnień i lęków, podwójnych wiązań[2], którym cały czas on ulega. Pancerz, tama, granica, którymi oni po prostu , „nie są żadną metaforą”, choć mieszają fantazję (kompletności, „stuprocentowego tamowania” i „osuszenia”) z realną kruchością ich ciał, fragmentaryzacją, której uświadomienie sobie, grozi rozpadem albo utonięciem przy każdym zetknięciu z tym, co płynie, z niekontrolowanymi afektami. Skoro zagraża naszym mężczyznom-żołnierzom to, co płynne, należy je zwalczać i pacyfikować, podporządkować: „Nie staniemy na niepewnym gruncie, mówiąc o «fragmentarycznym ciele» jako ich podstawowej cesze i o pragnieniu (możliwie) całkowitego unicestwienia innych ciał jako ich podstawowej czynności. Unicestwienie to przybliża ich do osiągnięcia własnej cielesnej pełni = «ozdrowienia»”[3].

„Pancerz”, który Theweleit opisuje za Norbertem Eliasem, rodzi się w bólach (dosłownie: „utwardzanie” następuje poprzez przyjmowanie kolejnych porcji bólu), powstaje w procesie „zdobywania dystansu”, „poskramiania afektów”, „przeciwstawienia wnętrza i zewnętrza”[4], , a jego ostatecznym wynikiem jest to, że „do kobiety mężczyzna ten zbliżać się będzie niczym twardy, solidny okręt, niezdolny już do radosnego doświadczenia znoszenia granic i ustalania ich na nowo w akcie mieszania się z innym ciałem”[5]. W historycznym tle następuje kulturowe i epistemiczne powiązanie przyjemności, płynności, kobiecości i brudu w obiekty oraz właściwości sobie wspólne. „Wszystko, co płynie, co nie posiada granic, opatrzyli mianem «kobiety», w miejsce starej, martwej transcendencji Boga ustanawiając nieskończoną kobietę: „O, życie, imieniem twoim kobieta, kobieto, imieniem twym wagina, wagino, imieniem twoim morze, nieskończoność…”[6]. Tu możemy zatrzymać tę wielce niedoskonałą rekonstrukcję niemal tysiącstronicowej książki. Pytanie, które chcę teraz zadać, brzmi: w jaki sposób przełożyć powyższe wnioski na problem zmian klimatu oraz katastrofy przyrodniczej?

 

Zielony Theweleit

Tematyka ekologii nie zajmuje specjalnego miejsca w twórczości Klausa Theweleita. Właściwym obszarem jego badań pozostaje kultura. Niezależnie czy mówimy o kulturze i psychosomatyce mężczyzn, o historii literatury, o produkcji artystycznej/artystów, czy o historii podbojów Ameryki. Niewybaczalnym błędem byłoby jednak pominięcie tych marginesów oraz meandrów jego pism, w których pojawia się problem środowiska. Ba, już nawet centralny nurt jego analiz oraz ich wyniki, wniosłyby wielką wartość w aktualny konflikt ekopolityczny[7]. Uzasadnieniem dla wprowadzenia tej, mimo wszystko dosyć specyficznej, perspektywy do kwestii środowiska jest to, iż tak jak każdy problem godny miana kryzysu, również kryzys ekologiczny działa poprzez włączenie się w przeróżne sfery życia ludzkiego i nieludzkiego, przez „destrukcyjną konwergencję”[8]. Chodzi o taką sytuację, w której problemy ekologiczne zazębiają się z innymi, pomniejszymi kryzysami i do tej pory nierozwiązanymi kwestiami, wzajemnie się warunkując oraz wzmacniając. W tym sensie kryzys ekologiczny, jak niewiele kryzysów do tej pory, ujawnił nam niedomaganie współczesnych społeczeństw, państw, gospodarek czy kultur (a jest to dopiero początek). Z tego względu „konwergencja teoretyczna”, jaką tu proponuję, służy wzbogaceniu i ułatwieniu aktywistycznych oraz naukowych dążeń do uporania się z kryzysem, w którym żyjemy.

Mówi się, że zderzyliśmy się z brakiem (wystarczającej) wyobraźni: nie jesteśmy w stanie objąć rozumem skali problemu, nie potrafimy wymyślić ani wdrożyć adekwatnych rozwiązań. Być może jest coś prawdziwego w tych słowach, ale bynajmniej nie chodzi tu o braki w wyobraźni. Narracja prowadzona na temat katastrofy ekologicznej i klimatycznej przepełniona jest najróżniejszymi scenariuszami, wyobrażeniami, symbolicznymi przedstawieniami i fantazjami. Powoli zaczyna się również poddawać refleksji naukowej i aktywistycznej fakt tak ogromnej intensywności afektów w dyskursie klimatycznym i ekologicznym. Nie powinno to zresztą dziwić w obliczu rozkręcającej się spirali „żałób klimatycznych”, „lęków klimatycznych” i depresji. Kryzys systemowy koreluje z wewnętrznymi kryzysami emocjonalnymi i psychicznymi. Warto zwrócić również uwagę na to, iż dyskursywne i społeczne pobudzenie wokół tego tematu może prowadzić do wykształcenia lęków i afektywnych reakcji nie tylko u osób oddolnie zaangażowanych w ekologię czy osób, które bezpośrednio doświadczają destrukcyjnych zmian klimatycznych. Cały bagaż emocji, które niosą ze sobą żądania ruchów ekologicznych wpływa również na klasy rządzące – czy to zgodnie z zamierzeniami, czy generując niezamierzone konsekwencje. „[P]olityczne mowy znajdują swój odpowiednik w procesach cielesnych. […] Każda trudna decyzja polityczna oznacza zarazem balansowanie ponad urwiskami, wirami, rwącymi nurtami i otchłaniami. Czasem potrzebny będzie wódz, aby nie zgubić się w/na/przy swoim ciele, ale też pośród jeszcze głębszych tajemnic innych ciał, ciała ludu, z którym ludzie, potrzebujący zewnętrznego, «przedłużenia Ja» do budowy «całości», czują się w osobliwy sposób […] symbiotycznie związani”[9]. Rzecz więc nie w braku wyobrażeń czy niewystarczających umiejętnościach wyobrażeniowych, ale w ich treści i funkcji.

 

Młodzi (eko)faszyści

Z jaką więc fantazją mamy do czynienia w przypadku Brentona Tarranta, zamachowca z Christchurch w Nowej Zelandii, który zamordował w marcu 2019 roku 51 osób wyznania muzułmańskiego? Podzielił się nią w manifeście opublikowanym przed dokonaniem zamachu – znajdujemy tam standardowy zestaw, bliski chociażby Breivikowi: teorie spiskowe, biały suprematyzm, mizoginia, obrona chrześcijaństwa i cywilizacji, islamofobia… A co powinniśmy uznać za priorytety samego Breivika? Co wybija się na przód u „niezrzeszonego esesmana” i „dżihadysty”? „Breivik faktycznie niewiele miejsca poświęcił prawom obcokrajowców, emigracji zarobkowej lub szariatowi. Więcej za to pisał o «zagrażającej europejskiej kulturze feminizacji», «radykalnym ataku feminizmu na nasze wartości», «psychologicznej wojnie przeciwko europejskiemu mężczyźnie», o testosteronie, «samcach alfa», ataku na cielesność mężczyzny-żołnierza i odparciu tego ataku. […] Przy bliższym spojrzeniu przeraża wręcz, jak wiele podtekstów seksualnych zawierają jego słowa. Często czytamy o «pozbawianiu męskości», «impotencji», «gwałceniu Europy». Parlamentarzystów nazywa się «politycznymi prostytutkami»”[10]. Theweleit przywołuje samego Breivika: „60 do 70 procent wszystkich marksistów kulturowych to kobiety” – już wiadomo, kto jest pierwszym celem: „rozwody, aborcje, tabletki antykoncepcyjne, homoseksualiści […], szkoła frankfurcka, Marcuse, Wilhelm Reich, rozpad patriarchalnego modelu rodziny, feminizm, seksualizacja”[11]. Co na to Brenton, uczeń „prawdziwie inspirującego” „rycerza-justycjariusza Breivika” i jego braci-templariuszy, którzy nadają błogosławieństwo misji Brentona[12]? Słowo „feminizm” w manifeście Tarranta nie pada, ale jest mowa o jego skutkach, pojawiają się też kobiety. Już pierwsze słowa manifestu mówią wystarczająco o tym, jaką rolę odgrywają kobiety dla zamachowca: It’s the birthrates. It’s the birthrates. It’s the birthrates. Kobiety stają się więc dla naszego młodego „ekofaszysty” uzasadnieniem zemsty i mordów. Tak jak nazista Dwinger, on również musi znaleźć sobie swoją „piękną młodą pannę”, która „służy za usprawiedliwienie zamiaru mordowania”[13], zemsta jest przecież słodka. Nie są dla niego ważne gwałty w ogóle, nie jest przecież jakimś feministą, interesują go gwałty „najeźdźców” – te, które dokładają mu pracy w walce o wyrównanie rasowo-religijnych współczynników dzietności. W swojej fantazji jest w stanie zaradzić temu wszystkiemu tylko mordem. Tłumaczy się pokrótce, dlaczego samemu nie płodzi i nie zakłada rodziny: tak z nimi nie wygra, oni są bardziej płodni, bardziej lubieżni, „nie ja, przysięgam!”. W swojej fantazji on sam jest czystym żołnierzem[14], prawdziwie męskim, przeistacza się w niego ze „zwykłego białego chłopaka ze zwykłej rodziny”, przyjmuje na siebie groźbę (szansę?) śmierci, śmierci żołnierskiej, tak jak podczas triumfu ginęli „Polacy pod Wiedniem”. Wiedeń pojawi się zresztą potem jako jedna z fantazji zapisanych na jego broni.

Tym, co jednak stanowiło o novum w dyskursie na temat tego ataku (zarówno wobec dotychczasowych przypadków, jak i chociażby książki Theweleita Śmiech morderców), była tematyka „zielona”, ekofaszystowska. Właśnie troska o naturalny porządek natury wyszła tutaj na jaw, choć te motywy (jak np. neomaltuzjanizm) można też znaleźć w liczącym półtora tysiąca stron manifeście Breivika. Parę miesięcy po zamachu terrorystycznym Tarranta, kwestia ta znowu wypłynie na powierzchnię podczas zamachu terrorystycznego Patricka Crusiusa w El Paso w Teksasie. Ten ostatni okaże się najbardziej oszczędny w słowach (jego manifest ma blisko 4 strony) i pod wieloma względami ideologicznie nie tak zaawansowany jak Breivik czy Tarrant. Jednak sądząc po jego czynie i treści manifestu, można go dołączyć do tego ekofaszystowskiego szeregu, w którym sam zresztą chce się znaleźć. Crusius wspomina o tym, jak bardzo omnipotentne korporacje wyniszczyły środowisko, przy czym ma na myśli głównie „finansowanie i koordynowanie migracji z Południa”. W ostatecznej instancji korporacje same w sobie mu nie przeszkadzają: „Korporacyjna Ameryka nie musi być zniszczona, trzeba jej tylko pokazać, że jest po złej stronie historii”. Crusius chce pokazać prawdę Ameryce (jej korporacjom i prokorporacyjnym, sprzedajnym partiom) oraz ochronić środowisko przez mordowanie migrantów. „Pokazać prawdę”, albowiem sam tytuł manifestu brzmi An Inconveniant Truth – tak samo jak film dokumentalny Ala Gore’a. Co ciekawe, jeszcze przed atakiem Crusiusa, nasz rodzimy Jacek Międlar nazwie tak swój artykuł recenzyjny manifestu Tarranta – choć ten jest dla niego wrogiem, bo „syjonistą”, to on również miał działać w imię „Niewygodnej prawdy”. Międlar: „Niejeden fragment manifestu Australijczyka jest iście szlachetny. Obrona białej rasy niszczonej przez multikulturalny potop….”[15]. Wydaje się więc, że najnowsze ataki przyjmują właśnie taką postać, w tę stronę zmierzają fantazje, odczuwane pragnienia i lęki. Ten względnie nowy rozdział na temat mężczyzn-templariuszy wciąż czeka na napisanie.

 

Die Moorsoldaten

Względnie nowy, albowiem zjawisko tzw. ekofaszyzmu oprócz swoich nowych odsłon posiada również pewne historyczne dziedzictwo[16]. Relacja „zielonego skrzydła” faszyzmu do środowiska naturalnego była w dużej mierze mityczna i wybiórcza. Nie przeszkadza to jednak globalnej prawicy w poszukiwaniu genezy dzisiejszych „zielonych” w dawnych „brunatnych”. Który ekolog i która weganka nie spotkała się z przygłupimi żartami o współdzieleniu wegetarianizmu z Hitlerem albo o „zielonym totalitaryzmie” nękającym kierowców? Najlepszym przykładem specyfiki faszystowskiego podejścia do wyobrażenia natury jest polityka modernizacyjna w formie infrastrukturalnych inwestycji, w tym… osuszania bagien. „Wydobycie […] narodu z nędznego bagna współczesności”[17] nie było tylko zgrabną metaforą, ale dość powszechną fantazją, która miała wpływ nie tylko na bezpośrednie czyny samych mężczyzn (o tym potem), ale i na politykę infrastrukturalną III Rzeszy (nieudane próby udrożnienia bagien Prypeci, czyli największych bagien w Europie) i faszystowskich Włoch („walka o ziemie”, programy finansujące osuszanie i melioryzację z 1923, 1928, 1933, „walka z bagnami” Pól Pontyjskich). Bagna były zagrażającym wrogiem, z którym prowadziło się zbrojną walkę, przeciwko któremu wysyłało się armię (nawet jeżeli to „armia robotników”[18]), którego należało obezwładnić i wysuszyć. W Triumfie woli Leni Riefenstahl jest pewna niepozorna scena, w której Służba Pracy Rzeszy teatralnie wyznaje wierność Rzeszy, narodowi i Hitlerowi, po czym w pewnym momencie jeden z jej członków przemawia: „Dziś pracujemy na bagnach, na bagnach; w piachu; tamujemy Morze Północne, sadzimy drzewa, budujemy drogi…”. W tej konstrukcji lasy są – choć traktowane użytkowo przez przemysł Rzeszy – mityczną i dumną kontrą do bagien. Drzewa twardo stoją w szpalerach, są wiekami zakorzenione w ziemi, jak krew Volku; to inny rodzaj środowiska i „ekologii”, podobnie jak miłość do psów i koni z jednej, a kulturalna wzniosłość polowań z drugiej strony. Nie chodzi tu o przyrodę jako taką, która przecież pełna jest niekontrolowanych zmienności, różnic i mieszanin, chodzi o fantazmatyczną czystą ziemię i rasę, o narodowo-przyrodniczą jednolitość – a nie wielość.

Bagno to jednak tylko jedna z możliwych scenerii pasjonujących faszystów. U samego Theweleita odnajdujemy błota, deszcze, strumienie, potopy, powodzie, fale, mieszaniny, oceany, wilgotność, przepływy, wypływy, przeciekanie, wulkany. Po drugiej stronie otchłani są wzgórza, góry, skały, tamy, wyżyny, pustynie, tereny osuszone, twardość, granice. Krajobrazy nie odgrywają jedynie neutralnego tła dla opowieści faszystów, one są włączone w porządek ich wewnętrznych doświadczeń własnego ciała i innych obiektów. „Chodzi tu nie tyle o samą metaforykę strumieni, ile o jej specyficzne użycie. […] Otóż cytowani żołnierze wcale nie chcą płynąć, nieważne z jakim prądem. Chcą stać mocno, obiema nogami na ziemi, wrośnięci w nią korzeniami, tak by nadciągające strumienie odbijały się od nich, by zostały powstrzymane, zatamowane. […] Nic nie powinno tam płynąć, a już najmniej «czerwone strumienie». Jeśli coś ma być w ruchu, to sam Ruch, czyli my, ale jak jeden mąż, w formacji i na rozkaz, w kolumnie, linii, bloku albo klinem – jako zwarta jednostka. Śmierć wszystkiemu, co płynie”[19]. To samo dzieje się z Leonem Degrelle (tym samym, którym fascynują się polscy nacjonaliści), gdy pełen emocji opisuje trudy „przetrwania” w swojej Kampanii rosyjskiej, gdzie przeciwnicy wychodzą jak „żaby z bajora”, towarzysze broni giną od pocisku i „rozpuszczają się w błocie”, deszcze prowadzą do topnienia liczebności oddziałów, faszyści „ślizgają się na trupach Rosjan”, brną i brodzą po omacku „w lepkich wnętrznościach”. Wszystko to słowa pochodzące wprost z książek belgijskiego faszysty: wszędzie breja, z której trzeba było wyciągać rannych w czasie, gdy „po błotnistych ugorach przelewały się dziesiątki tysięcy Rosjan”. Tych wyborów językowych nie da się wyjaśnić „specyfiką terenu” czy „warunkami wojny” – nie przy takich opisach, w których odnajdujemy stałe wzorce konotowania nie tylko krajobrazu, ale też stanów psychiczno-afektywnych, wrogów, własnych granic… Wygląda to tak, jakby wszystko miało swoje źródło nie tyle w bezpośrednim świecie zewnętrznym, co raczej w wewnętrznych przymusach i natręctwach. Terytorium, które przemierza faszysta, to terytorium jego własnego ciała, ze wszystkimi obrzeżami, wodospadami i wyżynami. Przemierza je słowami, afektami, a w końcu dokonywanymi mordami.

Minęło sto lat od czasów ukształtowania najbardziej radykalnej odmiany tego typu mężczyzn. Nie powinniśmy ulegać jednak przeświadczeniu, że był to fenomen ograniczony, który przejawił się tylko w określonych klasach i oddziałach, w niepowtarzalnym momencie historycznym. Faszysta był „zwykłym chłopakiem ze zwykłej rodziny”. Masy zapragnęły wtedy faszyzmu, albowiem prowadziło do niego wychowanie, a wykształcony system pragnień i lęków był nie mniejszościową, lecz dominującą formą męskości. Tylko w ten sposób masy mogły osiągnąć homeostazę albo tak im się przynajmniej wydawało. W tym właśnie sensie Theweleit już w latach 70., kiedy badał i wydawał Męskie fantazje, czuł, że cała ta materia jest wciąż aktualna, dlatego, że nigdy nie nastąpiła wystarczająca defaszyzacja procesu męskiej socjalizacji. Theweleit: „wszystko to należy do historii kultury i nie jest jeszcze w żaden sposób specyficzne dla Freikorpsów. Być może jednak również terror nie jest wcale aż tak «swoiście freikorpsowy», nie stanowi w aż takim stopniu specjalności «faszystów»? […] Innymi słowy – swojskie konwencje nie bronią przed faszyzmem, trzeba by raczej spytać, ile faszyzmu tkwi w samych konwencjach. Wiele zjawisk, które będą tu przedmiotem badań, sytuuje się na niewyraźnej granicy między tym, co jest «już terrorem», a «zwykłym konserwatyzmem». Czy istnieje jednak prawdziwa granica oddzielająca mężczyznę «faszystowskiego» od «niefaszystowskiego»? Czy nazywanie «faszystami» wyłącznie przekonanych zwolenników i funkcjonariuszy (pozostałych zaś «uwiedzionymi», «oportunistami», «przymuszonymi» itp.) ma sens, czy też faszysta to po prostu normalny mężczyzna w warunkach kapitalizmu/patriarchatu?”[20]. Choć pod wieloma względami męskość nie zmieniła się od czasów Theweleita i – jak twierdzę – przetrwała i do naszych czasów, to zmieniła się kobiecość. Długa rewolucja feministyczna, która dokonała się w wieku XX (i wciąż jeszcze trwa), fundamentalnie zmieniła rolę, potencjał i aktywizm kobiet w stosunku do czasów opisywanych przez Theweleita. Rewolucja ta nie przeszła oczywiście bezszelestnie, fale feminizmu cały czas stanowią dla opancerzonych mężczyzn zagrożenie, publicystyka i internet cały czas pączkują w kolejne paniczne, często oparte o zupełnie sfałszowane „dowody”, wizje feminazizmu, dominacji kobiet itp. Ten właśnie kontekst kolejnych fal, wywracających albo wdzierających się do pól społecznych do tej pory zarezerwowanych dla mężczyzn, jest bardzo ważny jako tło dla wielu kontekstów ekologicznych i ekofaszystowskich – to o nim pisali Breivik i Tarrant.

 

Brownshirts Drown in Glaciers’ Rise

Powtórzmy więc wcześniejsze pytanie: z jakimi ekofantazjami mamy do czynienia u nowych faszystów? Co robi faszysta, gdy zagraża mu natura, gdy topnieją lodowce, gdy zagraża mu otwarte morze? Zacznijmy od tego, że w czasach kryzysu ciało przystosowane do prowadzenia wojny marzy o tym, by się sprawdzić – „rozkosz lęku” przychodzi razem z niebezpieczeństwem[21]. Stoi jak skała, tamuje i buduje tamy, strzela do tego, co przypływa. A co przypływa? Łodzie z migrantami i uchodźcami, jak na ironię – również uchodźcami klimatycznymi i ekologicznymi (Syria: zmiany klimatu – susze – migracje do miast – bieda i bezrobocie – rewolucja – wojna domowa – uchodźstwo), te same łodzie, które „zatapiać” chciał profesor Wolniewicz. Jak się o nich mówi? Oni tu płyną, napływają (to jest zresztą oficjalny język urzędowy: the influx of refugees), wdzierają się. Prowadzi się debaty o ich wymieszaniu i asymilacji, inni chcą to wszystko tamować i budować mury. To już się dzieje –mury wokół fortecy Europa już stoją i dokładnie się ich strzeże, opłaca się nawet faszystowskie reżimy, aby blokowały napływ bliskowschodni. Trzeba negocjować ze strażnikiem, który cały czas grozi nam potopem. Potopem czego? Znamy ten dyskurs: potopem brudu, „pasożytów i chorób”, innej cywilizacji (albo i antycywilizacji), odczłowieczanych i rozseksualizowanych młodych mężczyzn, którzy w oczach faszysty nie są męscy, albowiem nie tamują rozlewu krwi, ropy i tego wszystkiego u siebie, za to wolą spędzać czas na przyjemnościach. Oni nie zastępują wojny wycieńczającą pracą pod bacznym okiem innego mężczyzny, wyższego wojskowo-korporacyjnym stopniem – wolą żyć z socjalu, pasożytować na państwie i (nie swojej) ojczyźnie. „Strzeżmy naszych granic” –czyich granic, mężczyzno-faszysto?. Co więcej – jak właśnie piszą Breivik i Tarrant – „ten napływ zniszczy nasze środowisko naturalne!”, a przecież to „nasze ziemie nas ukształtowały, jak i my je ukształtowaliśmy”.  Ci obcy nie zostali przez nasze ziemie ukształtowani, zniszczą je –powracają tu dawne wizje, w których walczono z bagnami – a więc musimy bronić naszego środowiska, jak i naszych idei (które wyszły z naszych ciał, a te zostały ukształtowane…). Tarrant pisze o „ochronie natury i naturalnego porządku”. Natura w tych pismach znaczy tyle, co konieczność. Konieczna czystość i fantazmatyczna hierarchia. „My, Europejczycy, jesteśmy jedną z grup, która nie przeludnia świata. Najeźdźcy są tymi, którzy przeludniają świat. Zabić najeźdźców, zabić przeludnienie i tym samym ochronić środowisko” – rozumuje Tarrant. Widzimy, po jakiej linii zmierza pragnienie – jego care of the environment, troska o środowisko, szybko prowadzi do „target rich environment”[22], środowiska bogatego w cele, w które można mierzyć ze swej broni.

Niektórzy potrafią nawet zbudować kampanię prezydencką (i zwyciężyć!) na bazie haseł budowy muru (nawet tego bardziej fantazmatycznego niż materialnego) i osuszania bagna. Choć rząd Donalda Trumpa odsunie się od zamachowca z El Paso, nazywając go w pierwszych komunikatach „ekoterrorystą” (zamachowiec również nie pozostawi imienia Trumpa nieskalanym), to zarówno jeden, jak i drugi dążą do zatamowania potopu Latynosów. A co z bagnem? Drain the swamp dołączyło do całego kampanijnego repertuaru obok lock her up, build that wall, break them up, make America great again. Trump przychodzi jako czysty i suchy rycerz, który zbuduje mury kraju-więzienia-arki, osuszy bagno waszyngtońskie (chodzi tu jednocześnie o bardzo materialną, choć zupełnie fałszywą, teorię o zbudowaniu Waszyngtonu na bagnach), bagno brudnej polityki, w której świetnie odnalazły się amerykańskie elity (do których Trump w tej fantazji nie należy, jest outsiderem), tak bardzo, że na wszystkich prawicowych karykaturach przedstawiane są jako nieludzie, półaligatory, potwory z bagien. Trump zamierza spuścić wodę po brudzie, jaki narobili. Nie należy traktować tego wyłącznie jako mniej lub bardziej poprawnego politycznie języka metaforycznego, Trump i osoby go wspierające naprawdę to w ten sposób przeżywają. Stąd jesteśmy w stanie zrozumieć kwestie mizofobii, o których w wielu wywiadach wspominał. Stąd całkiem jasne wydają się niespodziewane słowa Donalda Trumpa o tym, iż Environmental Protection Agency zajmie się „z jego sugestii” problemem tego, iż Amerykanie muszą „spłukiwać wodę w toaletach po 10 razy, 15 razy, zamiast raz” i że nie są w stanie umyć rąk[23]. Trump, inżynier tam narodu, musi po swoich bagiennych konkurentach posprzątać i wprowadzić właściwe, uregulowane, jednostajne przepływy. Wszystko to mówi chwilę po rozmowie o procedurze impeachmentu, która ma zostać wszczęta przeciwko niemu. Nie prowadźmy jednak narracji wyłącznie o jednostce – ten fenomen da się badać szerzej niż tylko na podstawie wypowiedzi dwóch mężczyzn.

 

American Motor Over Smoldered Field

Znana jest teza, iż Trump wyzwolił bardzo wiele destrukcyjnych, poblokowanych pragnień Amerykanów [24], skąd wziął się rozwój takich skrajnych bojówek jak Proud Boys. Dobrą dla naszych rozważań ilustracją wydaje się być praca Cary Daggett o petro-męskości, czyli fantazjach wiążących męskość z przemysłem wydobywczym paliw kopalnych. W swoim artykule Petro-masculinity: Fossil Fuels and Authoritarian Desire Dagget wykazuje, w jaki sposób ekstrakcja paliw kopalnych i ich konsumenckie spalanie towarzyszą wypowiedziom, wyobrażeniom i praktykom reprodukcji tożsamości i patriarchalnej władzy. Wydobycie przyjmuje językowo i fantazmatycznie formy gwałtu i kobiecego orgazmu, wytrysku ropy wymuszanego przez wolę petro-mężczyzn. W drugim przypadku (tzn. spalania) możemy mówić o modzie na rollin’ coal, czyli o specjalnym zwiększaniu emisyjności silników w ciężarówkach diesla, tak aby można było produkować prawdziwie fabryczne kłęby dymu. W 2014 praktyka ta rozpowszechniła się jako „konserwatywny” protest przeciwko ruchowi ekologicznemu czy Environmental Protection Agency. Krótko potem przekształciła się w protest przeciwko wszelkim (świadomym i nieświadomym) przeciwnikom Trumpa, polegający na wyrzucaniu kłębów dymu w rowerzystów, kierowców aut hybrydowych, przechodzące obok kobiety i rice-burners (czyli osoby prowadzące azjatyckie samochody). Kobiet, przeciwko którym kieruje się ta reakcja, jest zresztą więcej. Kilka dni po burzliwej przemowie Grety Thunberg na szczycie ONZ spadł na nią deszcz krytyki, a najbardziej wymownym obrazem – spośród wielu prawicowych karykatur (np. Bena Garrisona, na której Greta jest bita przez „Matkę Ziemię”) – było tu zdjęcie czarnego, teksańskiego pickupa, dymiącego równie czarnym dymem, na przyczepie którego znajduje się sztuczny (ale jakże fantazmatyczny) szkielet w peruce, a nad nim napis „Fuck You, Greta”. Wywołało to wybuch śmiechu przed monitorami: „Śmiech ten ułatwia, po pierwsze, przejście ku nowej, ‘bezpiecznej’ cielesności, podczas gdy inni tracą życie. Po drugie, pełni funkcję obronną wobec własnego strachu przed śmiercią. […] Delektują się rezultatem własnego teatru śmierci. Aplauzu dostarczają sobie sami. Mogą spojrzeć na siebie jak na przedstawicieli stojącej ponad wszystkim władzy, która na ten spektakl pozwala, wręcz do niego zachęca[25]. Wszystko, o czym do tej pory pisałem, splata się tu w jedno. Cała praktyka przemocy wobec niewłaściwych i niemęskich stworzeń powiązana zostaje z przemocą wobec środowiska naturalnego i przemocową seksualnością. Widać to jeszcze lepiej, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że moda na sam fenomen rollin’ coal rozpowszechniła się poprzez kręcenie filmów i umieszczanie ich w sieci pod nazwą pollution porn. (Na marginesie – ten rodzaj dzielenia się przemocą mężczyzn w internecie – np. w kontekście Państwa Islamskiego – szerzej opisał Theweleit właśnie w książce Śmiech morderców). Daggett w swoim artykule cytuje Seana Millera, amerykańskiego trenera męskiej koszykówki w Arizonie, który na pytanie o te praktyki powiedział magazynowi „Slate”: „It’s Just a testosterone thing. It’s manhood”. Toksyczna męskość przestaje być tutaj socjologiczną abstrakcją, ta męskość faktycznie jest toksyczna.

 

Shouldn’t we, oh, shouldn’t we, Throw our hopes into the ocean

Mężczyzna-faszysta, ekofaszysta, którym się tu zajmowaliśmy, nie jest ignorantem jako takim – on nie ignoruje zmian klimatycznych, on je blokuje i zwalcza, aktywnie zamierza walczyć z nimi i ich proroczkami. Jego własna wizja środowiska i ochrony tegoż, jest właśnie jego, służy umocnieniu go w jego misji, w jego własnym ciele, w jego wojnie z innymi, którzy mu zagrażają. Kobieta, seksualność, masa, emocje, podnoszenie się poziomu morza – wszystko to przybiera formy, w których on się utopi, jeżeli czegoś nie zrobi. Woli więc eksplodować w morderczym szale, napiąć się do granic możliwości. Być może dzięki tej reakcji na kryzys klimatyczny, można wyjaśnić przejście od neoliberalizmu z jego falą podnoszącą wszystkie łodzie, do neo-illiberalizmu, autorytarnego zwrotu w neoliberalnych ustrojach, gdzie na nadchodzące fale trzeba zbudować stabilną jedną arkę – naród. Przoduje w tym Ameryka ze swoimi chrześcijańskimi lunaparkami i muzeami arki Noego oraz całą masą filmów katastroficznych ostatniego dziesięciolecia, w których to bezpieczne ściany arki ocalą nas przed nadchodzącym końcem. Forteca Europa idzie po prostu w tym samym kierunku. Ta specyficzna forma reakcji na katastrofę, która będzie się tylko powiększać w swym potencjale i skutkach, pozwala nam również odpowiedzieć na inne, klasyczne skądinąd pytanie o związki między kapitalizmem i faszyzmem, sformułowane przez Horkheimera w formule: „Kto nie chce mówić o kapitalizmie, powinien także milczeć o faszyzmie”. Ekofaszystowska propozycja zmierza tak naprawdę do ochrony maszyn i urządzeń przed falą, którą te urządzenia produkują. Do tego sprowadza się tutaj ochrona, o której piszą faszyści.

Pomimo tego, że przedstawiony przeze mnie wywód ma charakter roboczy oraz skrótowy, można pokusić się o sformułowanie przynajmniej próby odpowiedzi na pytanie o to, co zaproponować w zamian. Parafrazując hasło Teatru Powszechnego: Ekofeminizm! Nie ekofaszyzm. Choć ruchy ekologiczne już posiadają silny komponent feministyczny (za co właśnie rugane są przez stronę faszystowską), to przy obecnej konwergencji poruszenia ekologicznego i tradycyjnych form libidynalnej ekonomii męskości, trzeba uważać, w którym kierunku podążać będzie krytyka i afirmacja. Należy zapytać, czy przynajmniej część obecnych tendencji w ruchach ekologicznych nie wiąże się ze wsparciem dla społeczeństwa kontroli – mam tu na myśli praktyki dyscyplinowania siebie i innych, wzajemne stawianie się do pionu. Po pierwsze więc, troska i czułość wobec lęków klimatycznych i ekologicznych, ale i inny dyskurs o samej katastrofie. Po drugie, defaszyzacja i dążenie do zmiany, a nie zachowania albo zatrzymania. Rozbijanie starych tam, odrzucenie nowej kultury protestu opartej na odpowiedzialności, na klasowym i libidynalnym drylu, który pilnuje ciał i norm, otwierając jednocześnie cały czas nowe zielone rynki. Zamiast tego dążenie do przekształcenia stosunków społecznych. Zamiast dyskursu bezpieczeństwa, który zawsze kryje w sobie zagrożenie zagrożenia, zamiast rozważnego reformizmu z pozycji władzy – nieodpowiedzialne znoszenie granic kulturowych i społecznych, które wciąż są realnymi granicami dla większości biednej i wykluczanej ludzkości oraz nieludzkości. W końcu, dążenie do form życia opartych na wspólnotowej i powszechnie dostępnej przyjemności oraz dobrobycie – dobrobycie poza formą towarową i konsumpcyjną; dobrobycie, który odnajdujemy w użytkach z ciała i ze spotkań z całą wielością natury.

 

[1] Klaus Theweleit, Męskie fantazje, przeł. Mateusz Falkowski, Michał Herer, Wydawnictwo PWN, 2015, s. 893.
[2]Double bind to sytuacja, w której człowiek staje przed dwoma bezwzględnymi rozkazami albo wymaganiami, które przeczą sobie nawzajem lub wręcz wzajemnie się wykluczają. Nie jest on przy tym w stanie dostrzec owej sprzeczności…”, tamże, s. 333.
[3] Tenże, Śmiech morderców. Breivik i inni. Psychogram przyjemności zabijania, przeł. Piotr Stronciwilk, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2016, s. 61 (ebook).
[4] Klaus Theweleit, Męskie fantazje…, s. 304.
[5] Tamże, s. 326.
[6] Tamże, s. 385.
[7] Wystrzegajmy się jednak „freudyzacji” i „ortodoksyzacji” Theweleita. Jak sam pisze: „Zbyt szybkie «sprowadzanie-do-pojęcia» rygluje tu percepcję rzeczywistości, zamiast dostarczać klucza do jej zrozumienia. Dlatego chciałbym nie tyle szukać potwierdzenia moich przesądów w chwytliwych cytatach z pism autorów psychoanalitycznych, ile przedstawić typowe konstelacje pojawiające się w pismach owych mężczyzn, pozostając przy tym blisko tekstu. Nie będę ćwiczył się w aplikacji systemu psychoanalizy do tekstów faszystowskich, zamierzam natomiast badać procesy psychiczne, a także formy odnoszenia się do obiektu wraz z rodzajami i intensywnością towarzyszących im afektów oraz – jak to już częściowo miało miejsce – typowe dla tych mężczyzn formy psychicznych mechanizmów obronnych. To zaś pozwoli mi ściślej podążać za rozwojem mojej własnej perspektywy, która wyłaniać się będzie stopniowo właśnie z lektury tekstów, zamiast poprzedzać ją «w porządku teorii»”, tamże, s. 70.
[8] Christian Parenti, “The Catastrophic Convergence: Militarism, Neoliberalism and Climate Change”, [w:] The Secure and the Dispossessed: How the Military and Corporations Are Shaping a Climate-Changed World, red. Ben Hayes, Nick Buxton, Pluto Press, 2016, s. 35.
[9] Klaus Theweleit, Męskie fantazje…, s. 599.
[10] „Am Ende geht es um Sex”, DiePresse.com, 5 sierpnia 2011. Cyt. Za Klaus Theweleit, Śmiech morderców…, s. 74.
[11] Cyt. za Klaus Theweleit, Śmiech morderców…, s. 75-76.
[12] Brenton Tarrant, The Great Replacement, s. 24.
[13] Klaus Theweleit, Męskie fantazje…, s. 49.
[14] Brenton Tarrant, The Great Replacement, 52.
[15] https://wprawo.pl/2019/03/25/j-miedlar-przeczytalem-manifest-zamachowca-z-nowej-zelandii-niewygodna-prawda/
[16] Nieco zbyt modernistyczno-racjonalistyczne, ale mimo wszystko wartościowe źródło to: Janet Biehl, Peter Staudenmaier, Ecofascism: Lessons from the German Experience, AK Press, 1995.
[17] Fragment jednego z rozkazów Rudolfa Bertholda, fanatycznego nacjonalisty i przywódcy Freikorpsu pn. Fränkische Bauern-Detachment Eiserne Schar Berthold. Patrz: L.F. Gengler, Rudolf Berthold, s. 117. Cyt. za Klaus Theweleit, Męskie fantazje…, s. 395.
[18] „Do tego zmierza wszelka faszystowska «praca». «Praca, wojna!» – to ostatnie słowa, jakie wyszeptał Goebbelsowski Michael, zabity przez spadający odłamek węgla”, tamże, s. 732.
[19] Tamże, s. 236.
[20] Tamże, s. 41.
[21] Tamże, s. 244.
[22] Brenton Tarrant, The Great Replacement, s. 15.
[23] https://edition.cnn.com/2019/12/07/politics/trump-americans-flushing-toilets-intl/index.html
[24] Nie jest tak, że w historycznych państwach faszystowskich całe pragnienie było usuwane i osuszane. Bywały sytuacje, że w upotwornionej formie się je wyzwalało, jak np. podczas ostrzału artyleryjskiego albo wybuchów gniewu na polu bitwy. Przy czym nie dążyło ono do przyjemnego rozluźnienia, ale do napięcia tak dużego, że prowadziło do eksplozji całego ciała i świata: granaty w dłoń. Przepuszczano je również w całym inscenizacyjnym systemie społecznych tam, np. w paradach wojskowych, ornamentach i rytuałach.
[25] Klaus Theweleit, Śmiech morderców…, s. 29, 39.

Filip Brzeźniak

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!