Bernhardzik. Trochę o Krivoklacie Jacka Dehnela

Po odbyciu w Parku Konstytucji 3 Maja z moim bliskim znajomym, faktycznie można nawet powiedzieć z moim przyjacielem, rozmowy dotyczącej wszystkiego, co z różnych przyczyn zaprzątało akurat nasze głowy, a w szczególności zaś głowę mojego bliskiego znajomego, prawdę powiedziawszy przyjaciela, który niewątpliwie od samego początku do samego końca znajdował się w centrum rozmowy tego ciepłego wieczora w Parku Konstytucji 3 Maja w drodze do znajdującej się nieodmiennie naprzeciwko Zwierzyńca ławki, powzięłam decyzję, że spędzę czas na lekturze Krivoklata, czyli ein österreichisches Kunstidyll Jacka Dehnela. Decyzja, którą podzieliłam się z nieliczną grupą osób, spotkała się z ogólną podejrzliwością, a niekiedy wręcz wyraźnym niezrozumieniem, widocznym zwłaszcza, gdy owe bliskie mi osoby spoglądały na okładkę Krivoklata, czyli ein österreichisches Kunstidyll w czasie, kiedy pozycję tę umieściłam na szczycie sterty książek. Później zresztą zdecydowałam się na zakopanie jej pod innymi książkami, ta z kolei reakcja obudziła moje zdziwienie, jestem bowiem zdania, że okładka Krivoklata, czyli ein österreichisches Kunstidyll należy do okładek bezwzględnie dobrych, w przeciwieństwie do okładek Wymazywania Bernharda, do którego to autora Dehnel w Krivoklacie, czyli ein österreichisches Kunstidyll nawiązuje, a które to Wymazywanie, pomimo dwóch wydań w edycji polskiej nigdy nie doczekało się okładki w moim rozumieniu dobrej, czyli takiej, na jaką zasłużyło, dwukrotnie natomiast posiadało okładki mierne, trudne do wytrzymania, a raz wręcz okładkę wstrętną, czego nie mogę powiedzieć o reszcie polskich przekładów Bernharda, których okładki, nawet jeśli nie były absolutnie zachwycające, tak jak okładka Korekty oraz okładka Autobiografii, to zawsze trzymały pewien poziom i zaskarbiały sobie pewną moją sympatię. Akcję swojej książki umieścił Dehnel w Austrii, ale odnoszę wrażenie, że koniec końców nie do końca w tej Austrii, którą przyjęliśmy uważać za Bernhardowską Austrię, niegodziwej i nikczemnej, tej Austrii, która jest wyzbytym wszelkich skrupułów geszeftem, gdzie wszyscy paradują w strojach myśliwskich, napisał Bernhard. Zresztą nie miałby raczej Dehnel powodów ku temu, aby czuć do Austrii Bernhardowskie obrzydzenie, a przynajmniej trudno to sobie wyobrazić; trudno więc również dziwić się, albo wręcz napiętnować to, że Dehnel takiego obrzydzenia nie czuje. Jednakże, dlaczego akurat Austria, a nie dajmy na to Polska, pomyślałam, choć zapewne tego typu rozważania mogą wydać się po prostu śmieszne. Zwłaszcza, że nie Austria jest głównym tematem Krivoklata, czyli ein österreichisches Kunstidyll, a sztuka. Tytułowy bohater wzorowany jest na Hansie-Joachimie Bohlmannie, niemieckim seryjnym wandalu Hansie-Joachimie Bohlmannie, który zniszczył w znacznym stopniu, a może i w niektórych wypadkach wręcz nieodwracalnie, niezliczoną ilość dzieł sztuki oblewając je stężonym kwasem siarkowym, paląc, czy choćby i tnąc nożem, którym to nożem wydłubał nawet pewnego razu oczy kościelnym rzeźbom. Historia Krivoklata pokrywa się z egzystencją Bohlmanna całkiem dokładnie, są niemal kropka w kropkę tacy sami, czego dowodem jest choćby odpowiednia nota na Wikipedii. Nieznajomość biografii Bohlmanna jest w gruncie rzeczy konieczna, żeby nie powiedzieć niezbędna, do lektury Krivoklata, czyli ein österreichisches Kunstidyll. Krivoklat, tak zwany wariat, słowa Krivoklata, słowa Dehnela, pacjent zakładu psychiatrycznego Centrum Medyczne Zamek Immendorf, ma na swoim koncie dziesiątki, a może wręcz setki ataków na obrazy tak zwanych dawnych mistrzów. Dziesiątki, a może wręcz setki dzieł sztuki zniszczonych dziewięćdziesięciosześcioprocentowym kwasem siarkowym, ale ani jednego bezpowrotnie utraconego obrazu, za to olbrzymie koszta liczone najpierw w szylingach, potem w markach, a w końcu w euro. Ze względu na owe koszta tych zniszczonych przez Krivoklata obrazów, właśnie ze względu na wartość finansową oblanych kwasem dzieł, a nie ich niewycenialną przecież wartość artystyczną, prasa ochrzciła go Kwasowym Wandalem, słowa Dehnela. Powieść jest przesiąknięta współczesnością znacznie głębiej niż powieści Bernharda, nie da się wręcz zignorować czasu, w którym rozgrywa się Krivoklat, czyli ein österreichisches Kunstidyll, bo autor wciąż wspomina o różnorakich atrybutach, najpierw o rzucającym się wręcz natychmiast w oczy telefonie komórkowym, na którym ogląda coś muzealny strażnik, następnie o euro, regulacjach unijnych, digitalizacji zdjęć i portalach aukcyjnych, aby wreszcie dotrzeć do przedmiotu głębokiej, może nawet i najgłębszej odrazy bohatera, czyli audioprzewodników, które, jak napisał autor, choć przytknięte do chciwych uszu, mimo to rozsiewają po sali monotonne komentarze w ośmiu językach, słowa Dehnela, jakby na muzeum zstąpił Duch Święty i obdarzył wszystkich darem mechanicznej logorei. Uczciwie mówiąc, nie jest dla mnie jasne, dlaczego akurat audioprzewodniki okazały się godne niemal trzystronicowego, jak to się niekiedy mówi, rantu[1]. Nietrudno jest mi sobie wyobrazić, że na terenie muzeów istnieją rzeczy, jak i zjawiska znacznie gorsze, co z kolei natychmiast przypomina mi o tym, jak bohater powieści nie zostawia suchej nitki na bogu ducha winnych ludziach, bo bawią ich zupełnie niedzisiejsze, do niczego obecnie nieprzydatne oraz zdaniem bohatera odstręczająco dzisiaj niezabawne karykatury polityczne autorstwa Feiningera. Można się zmierzyć z takimi tematami, owszem, można wylać wiadro pomyj na tych śmieszków, jak gdyby byli godnymi pogardy zbrodniarzami, można również poddać w wątpliwość, czy też wręcz odsądzić od czci i wiary ideę audioprzewodników; jasne, że tak, choć nie do końca wiem, w jakim celu miałby to robić choćby i bohater powieści. Ubolewam nad tym, że nie udało mi się również zrozumieć, jak naraziły się autorowi szkolne zajęcia plastyki i muzyki (kolejne trzy strony), aby zasłużyć wręcz na miano antyedukacji artystycznej, choć w ogólnym rozrachunku zgadzam się z tym, że niekiedy czas spędzony w szkole na lekcjach plastyki i muzyki można by było wykorzystać lepiej, spędzić go w sposób znacznie bardziej wartościowy etcetera, natomiast to, z jakiej przyczyny terapia przez sztukę stała się tematem kolejnego wielkiego monologu bohatera, który zmuszony przecież został do wzięcia udziału w takiej właśnie terapii, terapii wynaturzonej i pomylonej, która wbrew swej nazwie nie ma zbyt wiele wspólnego ani ze sztuką, ani z terapią, słowa Dehnela, czy moje słowa, zdaje mi się, że nie wiem czyje, a więc powód, dla którego akurat to okropieństwo doczekało się należytej krytyki, jest dla mnie kwestią w gruncie rzeczy zrozumiałą samą przez się. Świat Krivoklata, czyli ein österreichisches Kunstidyll, zaludniony jest w rozumieniu bohatera, jak przystało na powieść odgrywająca znane motywy Bernhardowskie, przez ludzi odpychających, co zawęzić można do łajdaków, idiotów oraz prostaków, którzy do powiedzenia mają wyłącznie rzeczy prostackie, idiotyczne lub łajdackie, niekiedy również prostackie i idiotyczne albo łajdackie i idiotyczne bądź wręcz prostackie i łajdackie i idiotyczne zarazem i, co gorsza, swymi prostackimi, idiotycznymi lub łajdackimi opiniami mogą zasmrodzić każdy temat, ci łajdacy, idioci i prostacy najgorszy, niezdyscyplinowany potok cuchnących opinii są w stanie wygłosić również na temat sztuki, którą to zresztą sztuką dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludzi absolutnie się nie interesuje. Ostatecznie jednak należy pamiętać, że Krivoklat sam jest wariatem, przed trzydziestu siedmiu laty po raz pierwszy skazanym za niszczenie dzieł sztuki za pomocą dziewięćdziesięciosześcioprocentowego kwasu siarkowego i spędzającym swój czas oraz monologującym właśnie z Centrum Medycznego Zamek Immendorf, który to Zamek Immendorf dzieli swą nazwę z Zamkiem Immendorf, w którym niedługo po samobójczej śmierci Hitlera naziści spalili trzynaście spośród obrazów autorstwa Gustawa Klimta. Również sam Krivoklat w rzeczywistości jest zamkiem, i to nieprzypadkowym, bo wybudowanym w Czechach w dwunastym wieku, a później przerobionym na więzienie, które to więzienie jest, rzecz jasna, metaforą stanu tytułowego bohatera. Można więc powiedzieć, że kwestie zamków zostały przez Dehnela przemyślane w najdrobniejszych szczegółach, toteż ich związek z tkanką powieści nie jest kwestią czystego przypadku, ale nie jest też ani sztuczny, ani nachalny, skoro książkę da się przeczytać i wedle mojego doświadczenia również pojąć, nie posiadając żadnej wiedzy o zamkach. Tak jak nie jest potrzebna, a wręcz jest zbędna, o czym wcześniej już wspominałam, ale należy to dobitnie podkreślić, znajomość losów Hansa-Joachima Bohlmanna. Jeśli chciałoby się w ogóle Krivoklata, czyli ein österreichisches Kunstidyll przeczytać, a taką próbę można podjąć, lecz nie jest ona absolutnie niezbędna, choć z drugiej strony mało kto sięga chyba wyłącznie po absolutnie niezbędne lektury, nie należy zaznajamiać się z biografią pierwowzoru postaci. Nie dozna się wtedy maksymalnej satysfakcji, a wręcz odnieść będzie można zapewne wrażenie, że książka jest rodzajem dobrze wykonanego zadania, podkreślam: dobrze wykonanego i podkreślam: zadania. Należy jednak pamiętać o tym, że naturalnie, z dwojga złego to dobrze wykonane zadanie jest lepsze niż zadanie źle wykonane. Chociaż niekiedy zdarzają się fragmenty godne odnotowania, mam na myśli w szczególności Dehnelowski suplement do Słownika komunałów Flauberta, w którym to suplemencie pojawia się wypis powszechnie obowiązujących opinii na temat powszechnie szanowanych dawnych mistrzów malarstwa – kaligraficzna wręcz kreska Dürera, boskie krągłości pędzla Rubensa, i tak dalej, pisze Dehnel. Szkoda tylko, że to akurat dawni mistrzowie stali się przedmiotem tego całkiem dowcipnego fragmentu, choć uczciwie mówiąc, w gruncie rzeczy, mój żal powodowany jest tym, że ja sama wolałabym nie czytać już o dawnych mistrzach, więc podczas gdy Dehnel pisze o dawnych mistrzach, ja chciałabym poczytać o niedawnych mistrzach, co przecież w gruncie rzeczy jest moją prywatną sprawą, a tego rodzaju pretensje są hic et nunc nie na miejscu. Zaprząta mnie już tylko jedna myśl, a mianowicie co zrobić z tym Bernhardem? Jaki pożytek płynie z niewątpliwie udanego przechwycenia języka tego ponurego Austriaka? Bodaj każdy z czytelników Bernharda odczuł bowiem, jak zaraźliwa potrafi być jego fraza i jak bezwzględny wpływ potrafi wywrzeć na osobę pogrążoną w lekturze, wpływ, można śmiało określić, porównywalny wyłącznie z efektem Tetrisa, kiedy, już po długotrwałej grze, wszędzie widzi się pasujące do siebie kształty. Prawdopodobnie to, że Dehnel skorzystał z języka Bernharda, ma w rezultacie zbawienny wpływ na Krivoklata, czyli ein österreichisches Kunstidyll. Prawdopodobnie właśnie fakt wykorzystania przez autora cudzego języka i cudzej metody sprawił, że powieść może wydawać się intrygująca, a poza tym zagęścił nieco mieszczańską tematykę Krivoklatowych rantów. Choć to, dlaczego czytać akurat Krivoklata, czyli ein österreichisches Kunstidyll, czyli Bernharda, do którego dodano nie dziewięćdziesięciosześcioprocentowy kwas siarkowy, a raczej przefiltrowaną przez dzban Brita wodę z wodociągów, zamiast czytać Bernharda, czyli pełnowartościowego Bernharda pozostaje rzecz jasna pytaniem, na które nie ma dobrej odpowiedzi.

 

CC-ludzik   Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL).

 

[1] Długi, agresywny monolog, często spotykany na przykład na YouTubie.

 

Cytaty i kryptocytaty za:

Jacek Dehnel, Krivoklat, Znak, Kraków 2016.

Thomas Bernhard, Wymazywanie, W.A.B., Warszawa 2004.

Thomas Bernhard, Dawni Mistrzowie, Czytelnik, Warszawa 2005.

Thomas Bernhard, Korekta, Czytelnik, Warszawa 2013.

Natalia Suszczyńska

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!