Preparaty

Tom Przemysława Witkowskiego, wydany w 2010 roku, to zbiór wierszy o ujednoliconej, choć w ujednoliceniu rozbieganej tematyce. Pojawiają się teksty sięgające do arsenałów dzieciństwa, czasem o sztafażu pełnym artefaktów dziewiętnastowiecznych, jakby autor pływał między obecnymi czasami a czasami rozwoju nauk przyrodniczych (jest to eksponowane nawet w szacie graficznej), czasem wyraźnie przewijają się wątki ze współczesnych mass mediów; wszystkie wysyłają nas w jakąś podróż po czasie. A czas w tym tomie jest pokawałkowany, posegmentowany albo po prostu przetasowany. Przestrzeń sięga, jakby to powiedzieć, delty Mekongu (fraza z jednego z wierszy, najdalej wypuszczona macka geograficzna wyobraźni autora), ale jednak bazą jest kosmos miasta: w kawiarnianej lub domowej atmosferze, zamkniętej ścianami (ta – domowa – wydaje się najistotniejszym elementem składowym ewokowanego dzieciństwa), wykluwa się podmiot osadzony w quasi-retrospektywie. Retrospektywa jest wehikułem lub, jak kto woli, pożywką dla jaźni konstruującej świat przedstawiony. Pod względem melodyki rzeczywiście widać mocny wpływ Edwarda Pasewicza. Meliczność odgrywa olbrzymią rolę w mowie wiązanej autora, który od stopy metrycznej po kadencje i antykadencje pływa po dźwiękowych obszarach mowy, zahaczając o metafory, paronomazje, nie łamiąc płynności rytmu, nie dynamizując go elipsami. Zastanawiam się nad funkcją często używanego spójnika i: czy ma ona obrazować idiolekt, czy też chodzi o walor rytmiczny. Autor chce oddać wrażliwość, może jakąś neurotyczność generująca wypowiedź? Złośliwość? Ironia?

Jestem brudny i zarośnięty i mam pieprzyk w uchu

(terror indywidualny)

Ironiczny idiolekt – na to stawiam jako czytelnik. Świat Witkowskiego wydaje się być słodki, taki życzeniowy. Jedynymi śladami ran – bo mamy tu element gry z konwencją bildungslyrik – są drobne zadrapania, sińce; rzuca się w oczy brak dojrzałości wewnętrznej i okrzepnięcia podmiotu: mamy do czynienia z młodzieniaszkiem i świat przedstawiony również jest przedstawiony oczami igrającego z ogniem młodzieniaszka, który przedstawia się jako albo zaangażowany społecznie albo grający z konwencją zaangażowania społecznego (zauważyłem, że, pisząc o Witkowskim, nadużywam pojęcia k o n w e n c j a). Czyżby poezja polska ostatnich paru lat nie była w stanie wygenerować dojrzałych debiutów? Tylko d o j r z e w a j ą c e debiuty? Dojrzewanie Majera? Dojrzewanie Witkowskiego? U Majera mamy jakieś przeżycie traumatyczne – śmierć matki (co oczywiście zostało okropnie zbanalizowane i nie wniosło żadnej głębi). U innej debiutantki ostatnich lat, Joanny Lech, mamy całkiem przyzwoite przepracowanie traumy dojrzewania, zwarty podmiot (regularny? Czy tak można określić podmiot?), zwartą przestrzeń, a czas jest jakby zamrożony (nie podejrzewajcie mnie o Dukaja!), mglisty może? U Witkowskiego do traumy urasta jedynie stłuczone akwarium, próbki z gabinetu ojca i trzystu zabitych w Iraku. I tu, myślę, powinniśmy się zatrzymać na moment przy informacjach z mediów czy odniesieniach do sztuki fotografii, przy czym o ile to pierwsze związane będzie z ową „traumą”, to drugie może pozwoli nam troszkę rozszyfrować estetykę wrocławskiego poety. Autor pisze:

sarajewo, srebrnica, belgrad, tyle języków, wystrzałów, reklam
odgłosy przeżuwania i trących o siebie kości

(tłumienie drgań)

czy:

znów trzystu zabitych w Iraku, transmisja z planety małp

(wychowanie obywatelskie)

i to jest całość doniesień ze świata. Jest to zapis reperkusji, refleksów rozmów spoza wiersza, jakichś reakcji spoza planu; brzmi to jak ironiczna krytyka systemu medialnej polityki. Szkopuł w tym, że Witkowski mógłby zareagować mocniej, wyraźniej, tego typu frazy występują zbyt rzadko, by miały siłę rażenia i z tej perspektywy nie do końca zawierzam zaangażowaniu społecznemu autora. Podmiot daje się nieść przez czasoprzestrzeń wiersza, bardziej dryfuje niż działa. Czy nie ma szans na to, aby pojawił się nowy Broniewski na horyzoncie? Czy Jaś Kapela to nowy Broniewski popkultury? Jeśli zaangażowanie społeczne autorów ma polegać na wycofaniu się, na utrzymywaniu bezpiecznej pozycji, to przykro mi się robi. Quasi-krytyka, parodystyczna niemal, będąca zapisem bardziej imprezy blanciarskiej niż deklaracją, znajduje się w tej frazie:

szejtan, szejtan, on zawiaduje serwerami, ma dzienniki
pozycje w redakcjach

(w modnych klubach udajemy smutnych rewolucjonistów)

A na ratunek autorowi przychodzi autoironia. W ogóle smuci mnie tak mało odniesień kulturowych, pogłębiających światopogląd podmiotu wygenerowanego przez Witkowskiego. Podmiot dzięki temu stałby się bardziej wyrazisty i wiarygodny.

Inną stroną tego świata mediów jest próba poetyckiego spojrzenia przez obiektyw aparatu. Pojawiają się próby opisu samych fotografii, ich relacji z przestrzenią dookolną, czasem kontekstów z nią związaną. Z trzech cytatów

ale jakiś cień kładzie się na fotografii

(absorpcja i destylacja)

pokazano dokładnie fotografie w sepii

(tłumienie drgań)

oko to tylko pęknięcie;
w aparacie ziarnisty, czarno-biały film

(zimna wojna)

Chcąc nie chcąc wywnioskować można pragnienie zachowania jakiegoś elementu przeszłości; może brzmieć to zabawnie, bo przecież jednym z zadań fotografii jest zachowanie jakiejś przeszłości tudzież byłości. Takim elementem wskazującym jest sepia, no bo tez skoro przewija się dziewiętnasty wiek jako era rozwoju nauki, a zarazem mocno to akcentuje szata graficzna, pojawia się na horyzoncie myśli postać Jacka Dehnela, może inaczej: tworzenie dziewiętnastowiecznego sztafażu dla poezji dwudziestego pierwszego wieku. Tyle że u Dehnela nieodłącznym elementem będzie elitarny dandyzm; u Witkowskiego mamy do czynienia ze zderzeniem dykcji niskich z wysokimi. Szkoda jednak, że doświadczanie fotografii nie przekłada się na strukturę wiersza, mogła by pomóc synkopa czy jukstapozycja, właśnie wspomniane elipsy. Przypomina mi się Ważykowskie przełożenie dynamiki obrazów kinowych na język – tu będzie mi brakowało takich poetów, którzy byli by w stanie syntaktykę, leksykę i całość poetyckiego obrazowania uczynić narzędziem, które będzie miało moc oddawania wielości wrażeń, stworzenia takiej synestetyczno-synkretycznej wizji, aby można było powiedzieć, że poezja jest w stanie oddać gwałtowność przemian we współczesnym świecie, w tym, czego doświadczamy w tym technologicznym pędzie. Czyżby cywilizacja wyprzedziła najświeższą poezję i nie dość, że nie wieszczy, to jeszcze nie nadąża za swoimi czasami?

Witkowski jest, jak to się mówi, uczniem Edwarda Pasewicza, ale nie tego z okresu świetności, jego Sturm und Drang, tylko Pasewicza, który stopniowo osiada na laurach już przygasającej świetności, rozgłaskanego przez krytykę literacką, która ustanowiła go poetą nr 1 nowej generacji poetów. Tak to wygląda, gdy starszy poeta o z lekka autorytatywnym zmyśle pedagogicznym jest wzorem dla poety, który nie otrząsnął się jeszcze z dzieciństwa. Niech się obaj obrażą! W końcu i tak w branży życzy się wszystkim jak najlepiej, bo i tak jesteśmy mniejszością. Hej!

Przemysław Witkowski, Preparaty, Biuro Literackie 2010.

Robert Ryba Rybicki

(1976) Poeta, recenzent, happener. Studiował prawo i filologię polską na Uniwersytecie Śląskim. Autor sześciu książek poetyckich (najnowsza – masakra kalaczakra: WBPiCAK, Poznań 2011). Były redaktor Pisma Artystycznego Plama w Rybniku i tygodnika Nowy Czas w Londynie. Prowadzi Wesoły Klub Literacki w Kluboksięgarni "Głośna" w Poznaniu, współredaguje wydawnictwa Wielkopolskiej Biblioteki Poezji. Mieszka w Poznaniu, wcześniej – w Rybniku.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!