Znój (o nowej książce Waldemara Bawołka)

Parę najbliższych tygodni upłynie nam zapewne na rozmyślaniach, która lepsza: Dymińska czy Masłowska? i czy mówią nam te ich książki coś o rzeczywistości, czy przedostała się tam rzeczywistość i czy przypadkiem nie ucierpiał na tym żaden z jej istotnych aspektów, dzięki którym literatura ma jeszcze prawo istnieć. Nasuwa się jednak pytanie, czy w ogóle istnieje dziś literatura bez rzeczywistości, nie zawierająca jej w wymaganych proporcjach, przy czym mam tu na myśli oczywiście nie rzeczywistość w ogóle, tylko to, co się dzisiaj powszechnie za rzeczywistość uważa, ów konstrukt uformowany przez tzw. media, które zresztą również do niej należą, stanowiąc jeden z wysuwających się na czoło składników. Jeśli odsunąć na bok poezję niezaangażowaną, powieści kryminalne i czytadełka dla kobiet, jeśli zatem pozostać przy głównym nurcie prozy, a także dramatu, rzeczywistość wyłazi tu wszystkimi szwami, nie jest już żadnym płaszczem z metafizyczną podszewką, lecz raczej watoliną, którą napycha się fabrycznie skrojone wdzianka jednorazowego użytku.

Nie myślę tu o Masłowskiej ani o Dymińskiej, które akurat są artystkami słowa, nie myślę też o Bawołku, choć o nim właśnie mam zamiar zaraz pisać, a to właśnie dlatego, że do jego prozy tzw. rzeczywistość ma dostęp w bardzo ograniczonym zakresie i na specjalnych warunkach. Jest to proza demonstracyjnie wręcz antymainstreamowa i prowokacyjnie wysuwająca na pierwszy plan swoje stylistyczne atrakcje, zawiłości, jego świat jest światem wykreowanym, o zakłóconym statusie, a jeśli coś budzi u autora niesmak i odruch protestu, to jest to ludzka śmiertelność.

Najpierw zwróćmy jednak uwagę na tytuł, tyleż inteligentny, co zwodniczy. Najnowsza książka Bawołka nazywa się Humoreska, kto by się jednak spodziewał po niej jakichś erupcji dowcipu, szyderstwa i wszelkiej karykatury, ten wprawdzie tak całkiem się nie zawiedzie, lecz będzie jednak zaskoczony, gdyż w utworze tym panuje raczej ponury nastrój grozy, zagubienia i beznadziejności, egzystencjalny niepokój i pesymizm poznawczy. Autor nie nawiązywał wszakże do powszechnie znanych (i kompletnie już zapomnianych) humoresek pozytywistycznych ani do ich późniejszych kabaretowych wcieleń, lecz do popularnej w XIX wieku formy muzycznej, a i to nie w uroczo bezproblemowej wersji Dvořaka, tylko Schumanna, którego Humoreska op. 20 jest jednym z najbardziej intrygujących przejawów muzycznego romantyzmu. Pisząc to pięcioczęściowe, sporych rozmiarów dzieło, Schumann ani myślał oddawać „bycie w doskonałym nastroju”, lecz odwoływał się do hipokratejskiej patologii humoralnej, którą znał zresztą z literatury, za pośrednictwem Jean Paula, tworzącego prototypy powieści psychologicznych.

U Bawołka mamy pięcioro głównych bohaterów, z których cztery to kobiety (a jedną z nich jest Śmierć). Funkcję narratora sprawuje Waldek, zasadniczo tożsamy z autorem, aczkolwiek nie do końca, podobnie jak miasteczko, w którym rzecz się dzieje, tylko częściowo przypomina jego rodzinne Ciężkowice. Jak w wielu innych książkach tego pisarza (wydał ich trzy, ale napisał więcej) punktem wyjścia jest sytuacja quasi-autobiograficzna, która następnie osuwa się w fantastyczność, oniryczność i co tam jeszcze. Spodziewać się można wszystkiego, bo też opowieść rozgałęzia się, meandruje i jakby sama nie wie, dokąd zmierza, sama się gubi, gubiąc również w sobie swojego opowiadacza. Waldek zaś swoje kompetencje pierwszoosobowego narratora a to oddaje w ręce narratora wszechwiedzącego, a to powierza je żonie, córce bądź kochance, a nawet – jeden raz – samej Śmierci. Innymi słowy, tekst przechodzi przez wiele „wcieleń”, hybrydycznie się dopełniających i tworzących – jak u Schumanna – pełne spektrum psychologicznych nastawień do…

…rzeczywistości? No właśnie, zwolennicy pomiaru „ilości rzeczywistości w tekście” mogliby zasadniczo być zadowoleni, w Humoresce aż roi się bowiem od trafnych obserwacji życia na prowincji (aczkolwiek tylko z perspektywy przechodnia; nie ma włażenia innym do domu) – wiemy, co ci ludzie jedzą, gdzie chodzą i jak myślą. Ale nie na tym przecież rzecz polega; mniej więcej w połowie książki natrafiamy na następującą deklarację: „Waldka nie interesują wściekłe krowy, zagrypione ptaki, islamscy terroryści, bin Laden, atak cybernetyczny, agenci, ekspansja Chińczyków, kryzys energetyczny, globalne ocieplenie, rosyjski imperializm, katastrofa systemu finansowego, wyczerpanie zasobów, załamanie demokracji, upadek Zachodu, kryzys demograficzny, wojna płci, irańskie i koreańskie rakiety, upadek dolara, chińskie buty, znikające biliony, zdemoralizowani bankierzy, oś zła, zdeprawowane firmy farmaceutyczne, chciwi maklerzy…” Co go zatem interesuje? Oto trzy poprzednie zdania: „Jasność jest jego, prawda jest jego, brzydota, ból, porażka, zwycięstwo, strach i odwaga. Ryzyko, samotność, smród i klęska – to wszystko jest jego. Zmysłowość, mądrość, delikatność, współczucie i wyrozumiałość”. Brzmi to, jak na Bawołka, aż nazbyt podniośle, aż mi się głupio zrobiło, że to zacytowałem, ale też może niekiedy przydaje się taki mały manifest. Tym ludziom źle się żyje, ale nie z powodu takich czy innych uwarunkowań społecznych czy geograficznych, tylko dlatego, że żyje się źle, panuje jakaś wszechświatowa nieumiejętność życia, wobec której polityka i ekonomia są tak samo bezsilne jak religia czy wręcz myślenie magiczne (jeszcze jeden czytacik: „Życie jest zasadniczo zbędne”).

Sytuacja wyjściowa zdaje się jakby wzięta z mitologii: mąż, obserwując spadek sił żywotnych żony (wywołany jej usposobieniem melancholicznym), postanawia odwrócić od niej uwagę Śmierci, mordując kogoś innego. Śmierć tymczasem kogoś jeszcze innego ma na oku, ale nie będę dalej opowiadał, bo tu właśnie wkracza Rzeczywistość przez duże R i następuje bodaj najzabawniejszy fragment książki. Humoreska nie jest de facto powieścią, lecz raczej poematem, w tym sensie, w jakim poematem są Martwe dusze Gogola i Pióropusz Pilota. W Pilocie zresztą ma Bawołek chyba jedynego żyjącego pobratymca, przy czym kiedy żywiołem Pilota jest barokowo rozbuchana mowa okolic Ostrzeszowa, to Bawołka poznać po jego asocjacjach i jukstapozycjach (jest to mistrz wyliczenia), a też i melodia zdania u niego taka jak nigdzie indziej. „Bóg nikogo nie porwie do Królestwa Niebieskiego wbrew jego woli, krzyczącego i wierzgającego” – oto przykład pierwszy z brzegu, język ulicy idzie łeb w łeb z językiem teologii, a oba na swoim miejscu.

Teraz zachciewa mi się cytować, więc jeszcze, co ma Bawołek do powiedzenia na temat mówienia: „Kto jest zły, ten mówi. Kto jest zazdrosny, ten mówi. Komu nadepnęli na odcisk, ten mówi. Skąd oni wiedzą, że język to język? Skąd wiedzą, jaki układ nerwowy go kontroluje, i skąd wiedzą jak nim poruszyć? Dlaczego w ogóle zadają sobie ten trud?”. No właśnie, mówienie jest tak samo zbyteczne, jak samo życie, pisanie tak zbyteczne, jak mówienie, a jednak kiedy czasami myślę o ewentualnej sensowności pisania, przychodzi mi na myśl przede wszystkim Bawołek, bo dla niego ma to sens poza wszelką opłacalnością, liczy się tekst, rozpięty na krzyżu dwóch uliczek, którymi w tę i z powrotem podąża bohater, wiecznie spóźniony, ciągle nie tam, gdzie trzeba, a kiedy nawet w końcu trafia do celu, to cel ten już się przesunął, zmuszając go do nowych i jak zwykle bezowocnych wysiłków. Jednakże za każdym razem zdarza się coś nowego, i może nawet nie jest to tak istotne, by trzeba było o tym pisać, lecz skoro już się pisze, istotność zjawia się sama, jak gdyby nieproszona, na skutek samych tylko operacji językowych, jakich wymaga opis. Pisze się zatem przeciw nieistotności, bo tylko dzięki temu daje się żyć dalej, zgodzić się na nieistotność to już właściwie umrzeć. Humoreska jest książką o podtrzymywaniu życia i jakkolwiek wykonujemy tę czynność nieustannie, to jednak ogarnięcie na wszystkich piętrach tego znoju zawdzięczamy natchnionej i bezinteresownej robocie Bawołka.

Waldemar Bawołek, Humoreska, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 2012.

Adam Wiedemann

(1967) Poeta, prozaik, krytyk literacki i muzyczny, tłumacz z języka ukraińskiego oraz angielskiego, malarz i rysownik W latach 1998 – 2001 redaktor pisma literacko-artystycznego Studium. Autor kilkunastu książek poetyckich i prozatorskich. Jego utwory tłumaczone były m.in. na angielski, bułgarski, chorwacki, czeski, francuski, hiszpański, niderlandzki, niemiecki, norweski, serbski, słowacki i słoweński. Jego twórczości poświęcona została książka Widoki są niejadalne (Warszawa 2007, red. Dawid Skrabek). Laureat Nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (1998), Nagrody Fundacji im. Kościelskich (1999), Nagrody Literackiej Gdynia (2008). Nominowany do Paszportu Polityki, Nagrody Poetyckiej Silesius (2008), Nagrody Mediów Publicznych COGITO (2008) i trzykrotnie do Nagrody Literackiej NIKE (1998, 1999, 2005). Urodzony w Krotoszynie, obecnie mieszka w Warszawie, wcześniej w Krakowie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!