Po nitce do kłębka

Nie znam nikogo, kto chociaż raz w życiu nie doświadczył problemu z pracą, z jej znalezieniem, otrzymywaniem należytego i terminowego wynagrodzenia, a także związanego z nią stresu, mobbingu, permanentnego i skrajnego wyczerpania, epizodów depresyjnych, problemów zdrowotnych itp. itd. W moim otoczeniu cyklicznie krążą opowieści o upokorzeniach, jakie się znosi, tylko dlatego, że na współczesnym rynku pracy nie ma popytu na kreatywność i kompetencje, których nie można tak łatwo i szybko spieniężyć. Większość co jakiś czas (i zbyt często) zastanawia się nad przekwalifikowaniem i/lub emigruje, zwłaszcza wewnętrznie. Satysfakcja, poczucie spełnienia, rozwój, samorealizacja? To zazwyczaj tylko piękne hasła coachingowe.

Problemy z pracą i statusem pracownika/pracowniczki w XXI wieku różnią się w sposób oczywisty od tych w XIX wieku – w dobie wielkiego kryzysu – i od tych po wojnie czy w epoce PRL-u. Jednak złudna jest opinia, jakoby współcześnie było niepomiernie lepiej i łatwiej niż wcześniej. Rzecz bowiem w tym, że dzisiejsze bezrobocie i/lub wyzysk wybielane są pojęciami-wydmuszkami typu „konkurencyjność”, „przedsiębiorczość”, „mobilność”, nie gwarantującymi zasad fair play, lecz generującymi brak poczucia jakiegokolwiek bezpieczeństwa, bezradność, a przede wszystkim upokorzenie. W tym wszystkim muszą funkcjonować nie tylko korposzczury czy prekariusze, z dożywotnimi kredytami lub bez zdolności kredytowej, alternatywy i zazwyczaj odporności psychicznej, ale zwłaszcza ci, którzy na rynku pracy są już kilkadziesiąt lat, dociągają do emerytury lub starają się uniknąć głodowej renty.

Taki właśnie kontekst zarysowuje Olga Gitkiewicz w zbiorze reportaży Nie hańbi. Analizuje te zagadnienia w sposób wnikliwy, opierając reportażową narrację na kategorii hańby, wstydu, krzywdy i poniżenia. To ważny koncept, ponieważ w ten sposób zamiast ekonomicznych sprawozdań, niewiele mówiących diagramów, wykresów, wyliczeń, suchych faktów otrzymujemy, na zasadzie studium przypadku, opowieści o konkretnych ludziach – ich indywidualnych doświadczeniach. Prywatne historie nie tylko odzwierciedlają emocje towarzyszące osobom funkcjonującym na rynku pracy w Polsce, ale stają się wnikliwą diagnozą społeczną. Autorka dociera do źródeł problemów i ich najczęściej druzgocących skutków. Ukazuje to, w jak nierozerwalnym klinczu można znaleźć się nagle, nie z własnej winy, oraz jak trzeba odnaleźć siebie i swoje miejsce w rzeczywistości uzależnionej od narzucanych, zazwyczaj absurdalnych zasad.

Z zebranych w tomie reportaży można wywnioskować, że obecnie definiowanie innych i siebie poprzez pracę powoduje spustoszenie. To destrukcyjny proces, zakorzeniony głęboko w świadomości pracowników/pracowniczek, którzy od dziecka byli/są formatowani do produktywnego trybu istnienia. Teraz często nie zdają sobie nawet sprawy, że praca staje się jedynym sensem i celem ich życia, a oni niewolnikami systemu nawet we własnych domach. Albo zdają sobie sprawę, ale to i tak niewiele zmienia.

Autorka rekonstruuje etapy kształtowania się w Polsce rynku pracy, opisując i przedwojenne początki przemysłu lniarskiego w Żyrardowie, i powojenny system gospodarki planowej propagującej kult stachanowców, i wreszcie współczesny konsumpcyjny oraz korporacyjny świat oparty na modelu „Mordoru”. Kontekst stachanowców przykłada autorka do dzisiejszego rynku pracy. Bo za stachanowską pracę wydaje się uznawać także miliony nadgodzin, ASAP w korpo czy kult człowieka (w szczególności kobiety), który/która potrafi dać z siebie 300 procent normy na wszystkich polach: pracy, życia rodzinnego, towarzyskiego… Gitkiewicz ustawia różne doświadczenia i pokazuję ich wspólne elementy, do których zaliczymy poczucie niepewności, frustrację, lęki i upokorzenia.

Możemy zatem poznać opowieści ludzi, którzy dzielą się z reporterką doświadczeniami pracy w wielkich komunistycznych kombinatach, w małych firmach zakładanych w latach dziewięćdziesiątych, we współczesnych modernistycznych fabrykach o hybrydycznej strukturze kombinacko-korporacyjnej, w „Mordorze”, ale także u tak zwanych prywaciarzy, działających na czarno czy też prowadzących własną działalność gospodarczą. W większości przypadków są to historie oparte zarówno na poczuciu krzywdy i upokorzeniu, jak i lęku, a wreszcie i nerwicy, doprowadzających nawet do samobójstw. Czy to włókniarka, pracownica Amiki lub Almy, humanistka próbująca utrzymać się ze zleceń, kierowca czy budowlaniec – wszystkich toczy robak niepewności i dobija brak świetlanej wizji przyszłości. Dlatego w tym zestawieniu tak pozytywnie zaskakuje reportaż o matce trojga dzieci, poświęcającej pracę i doktorat na ich wychowanie, która wracając na zawodową drogę, odnalazła czas i przestrzeń dla siebie samej.

Najważniejszy w Nie hańbi jest głos przedstawicieli i przedstawicielek klas społecznych, których praca oraz sytuacja egzystencjalna były/są niewidoczne, a przez to łatwe do zmanipulowania lub wymazania. Oddanie przez Olgę Gitkiewicz głosu konkretnym ludziom i ich losom – z uwzględnieniem doświadczenia autorki oraz jej historii rodzinnej – jest tu najciekawszym zabiegiem literackim. Przeplatanie cudzych opowieści retrospekcjami z życia kobiet i mężczyzn w rodzinie reporterki, którzy przez lata byli związani z żyrardowskimi fabrykami, nie tylko urozmaica narrację, ale przede wszystkim unaocznia, że myślenie o rynku pracy nigdy nie jest (i nie może być) wyabstrahowanym tematem. To dotyczy każdego z nas, dotyczyło też naszych rodzin, determinując losy kolejnych pokoleń.

Babcia i dziadek autorki pracowali w żyrardowskich fabrykach całe życie. Po porzuceniu korporacji i powrocie do rodzinnego miasta Gitkiewicz zaczęła zgłębiać familijne perypetie, zestawiając je z pracowniczymi historiami Polaków oraz swoją własną zawodową ścieżką. Co najciekawsze, jest to w dużej mierze opowieść o kobietach: silnych fizycznie i psychicznie, zaradnych, przedsiębiorczych, umiejących poradzić sobie z gospodarką niedoboru, dwuetatową pracą: w fabryce i domu, walczących o swoje prawa pracownicze i obywatelskie. Oglądam (podobnie jak autorka) czarno-białe fotografie z Narodowego Archiwum Cyfrowego, przedstawiające Zakłady Przemysłu Lniarskiego „Żyrardów”, przyglądam się szczególnie zdjęciom opisanym jako „Kobiety pracują przy tkaninach”, i kole mnie w oczy umieszczony obok nich tag: „przemysł lekki”. Momentalnie przypomina mi się bowiem krótkometrażowy film dokumentalny 24 godziny Jadwigi L. w reżyserii Krystyny Gryczełowskiej, zrealizowany w 1967 roku, prezentujący codzienność jednej z wielu pracownic peerelowskiej fabryki. Trudno jej dobowe życie określić jako lekkie…

Powiększam fotografie z NACu, by dojrzeć twarze włókniarek, zatrzymuję film, by przyjrzeć się wizerunkom robotnic – wszystkie z nich mają wpisane w mimikę zmęczenie, rutynę, brak perspektyw, rozczarowanie. W oczach młodszych kobiet widać jeszcze iskrę i nadzieję, że są tu tylko na chwilę, że nie poświęcą całego życia ciężkiej pracy w przemyśle lekkim. Inne nie mają złudzeń, że ich codzienność już zawsze będzie dzieliła się na dzienną i nocną zmianę, że ich tożsamość determinuje włókniarstwo. Cicho i dzielnie zgadzają się więc na swój los. Historie opowiedziane w Nie hańbi dopełniają obraz, demistyfikując często sentymentalne opinie o nieistniejącym wówczas bezrobociu i opiece socjalnej, której teraz brakuje. Unaoczniają zwłaszcza to, jak silne było i jest zjawisko dziedziczenia z pokolenia na pokolenie scenariuszy życiowych oraz zawodowych. Kiedyś przejawiało się to w tym, że w jednej fabryce pracowały całe rodziny, dzisiaj podobnie – cała wieś dojeżdża do najbliższego i jedynego w okolicy przedsiębiorstwa. Dotyczy to też ludzi, którzy dziedziczą bezrobocie, wytwarzając kulturę zależności i wyuczonej bezradności. To zjawisko poważniejsze w skutkach, i nic nie wskazuje, by z roku na rok zanikało.

U Gitkiewicz reportaże historyczne nie kontrastują ze współczesnymi – autorka łagodnie przechodzi z opowieści o systemie komunistycznym w kapitalistyczny, co tworzy panoramę polskiego rynku pracy. Taka strategia prowokuje do myślenia, jak i dlaczego po 1989 roku pojęcie o pracy i jej etosie, pozycji pracownika i pracodawcy przybiera taką formę? Czy współczesne korporacje różnią się diametralnie od peerelowskich fabryk, czy może granica między nimi jest bardzo cienka? Dlaczego ludzie wciąż dają się wtłoczyć w relacje feudalne? Na żadne z tych pytań w Nie hańbi nie znajdziemy jasnych odpowiedzi, ale dzięki wnikliwości i empatii autorki możemy być bardziej świadomi procesów rządzących polskim rynkiem pracy, w którym przecież także się znajdujemy.

 

Olga Gitkiewicz, Nie hańbi, Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.

Aleksandra Grzemska

Krytyczka literacka, redaktorka i edytorka. Współredaktorka monografii Polityki relacji w literaturze kobiet po 1945 roku oraz Po Czarnobylu: miejsce katastrofy w dyskursie współczesnej humanistyki. Pracuje nad monografią Matki i córki. Związki rodzinne i artystyczne w autobiografiach kobiet po 1989 roku oraz bada archiwum Marii Anto.

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!