Żarliwość

Dlaczego twój niepokój tak obraca się
wokół wyrazów: więzienie, powstanie,
zachód, wschód, wolność, wyżywienie,
dostęp do tego-tamtego, więźniowie
polityczni?
To są małe wyrazy, to są wyrazy najmniejsze,
dlaczego właśnie o nie zawadza twój język?

Marcin Świetlicki, ***

Gwiazda w beczce jak sól się rozpływa.
Zimna woda – czarna, czarniejsza.
Śmierć jest czystsza, bieda jest prawdziwa,
Ale ziemia jest prawdziwsza i straszniejsza.

Osip Mandelsztam, ***

0.

Próbuję wyobrazić sobie ich wszystkich razem. Nie potrafię. Wściekłość – jej stopień ich różni. Zamiast tego widzę ich – każdego z osobna – z małym, rozżarzonym węgielkiem zamiast serca. Gadanie o tym, że są poetami zaangażowanymi – bzdura. Zaangażowanie to coś, co widać, kiedy się patrzy z zewnątrz, kiedy się patrzy na chłodno. Jak socjolog. Jak dziennikarz.

co nie napisze gazeta
o tym zawyje poeta

[Sz. Kopyt, „Kto zabił Jolantę Brzeską?”]

To nie są wersy kogoś, kto jest tylko zaangażowany. To wersy kogoś, kogo coś faktycznie obchodzi, kogoś, kto nie liczy się ze słowami, kto nie poetyzuje na chłodno. I właśnie dlatego wolałbym mówić ‚poeci żarliwości’. Bo to jest ze środka, bo to jest ludzkie. Ale o tym za chwilę.

1.

W roku 2009 Marian Stala pisał: „Wygląda na to, iż fraza Marcina Świetlickiego »Będziemy obserwować postępy ciemności« staje się na naszych oczach jednym z kluczy do poezji ostatniego dwudziestolecia”[i]. Nie da się chyba wskazać momentu większego zwycięstwa poetyki „bruLionu” niż opisany w powyższym stwierdzeniu. Chłodne, ironiczne – ironiczne przede wszystkim! – i pełne dystansu słowa Świetlickiego mocno naznaczyły krajobraz lat 90. Wydawało się – i w dużej mierze wciąż się wydaje – że dla tej metody nie ma alternatywy. Że z niej powstały ponury i wycofany bohater liryczny snuje się korytarzami polskiej poezji, pilnując, by dystans za wszelką cenę utrzymano. A także, by nam się jedynie wydawało, że „mamy swojego poetę”.

Tymczasem w 2009 wydarzyło się coś jeszcze. Igor Stokfiszewski napisał Zwrot polityczny. I co by o tej książce nie mówić, jak bardzo by jej nie wytykać mielizn i skłonności do przesady, trzeba jednak pamiętać, że to ona otworzyła drzwi i na nowo przewietrzyła pokój. Rozpoznania z tamtego okresu stają się jednak znośne dopiero jako postulaty. Ich rzeczywistość opierała się na performatywnej funkcji języka. Nie tyle jednak stworzyła nowe sytuacje, co ujawniła nowy potencjał.

Gdy dziś myślę o osłabionym podmiocie, którego pojęcie forsował Stokfiszewski, sądzę, że główną przyczyną jego słabnięcia było i jest owo wyczerpujące zaangażowanie w rzeczywistość, ta żarliwość, która poecie nakazuje wyć, nie licząc się ze szkodą, jaką czynić może jednocześnie harmoniom własnych wersów[ii].

Wszelki dystans, tak charakterystyczny dla lat 90. i początków XXI wieku, nie mógł wytrzymać tego przeszywającego zaśpiewu. Przywołany przeze mnie dwuwers z tomu Kir Szczepana Kopyta pełni zatem dla sporej części najnowszej poezji tę samą rolę, którą niegdyś pełniła fraza Świetlickiego.

2.

kosmos tego nie wytrzyma, mówię.
Magda, kosmos tego nie wytrzyma!

wracam do domu, płaczę i śpię.

[I. Witkowska, „Astronomowie”]

Chciałem napisać: w swojej eksploracji zapuszczają się na granicę rozpaczy, ale jej nie przekraczają. Tylko że prawda jest inna. Przejmujący ból pozostaje ukryty we wnętrzu ich wersów, ból spowodowany nie bezsilnością, ale nadmiarem odpowiedzialności. Czy to źle, że przybiera ona czasem rozmiary kosmiczne?

Nie wiedzieć skąd, mają w sobie przekonanie, że poezja coś jeszcze zmienia, że właśnie jej teraz potrzeba:

Ręki, co na usta opada z kosmosu:
polskiego poety potrzeba od zaraz.

[K. Góra, „Poeta”]

Poza tymi paroma zgranymi gestami, których dostarcza im poezja, nie mają zbyt wiele. I jednocześnie wiedzą, że postmodernistyczne gry są wymierzone w wewnętrzny niepokój, który odczuwają, że temperatura wersów musi anihilować postmodernistyczną lekkość nawiązań, by udało im się utrzymać temperaturę wrzenia; że właściwy ciężar musi na nowo nadać sens tym wszystkim nastrojom, dla których obrony przywoływano kiedyś łzy, księżyce i róże.

powtarzam: jesteśmy czyste jak cudze łzy
na swoją obronę mamy miednice róże
kiedy próbujemy zasnąć przez szczelne okna
dłoń szorstka i gęsta jak las stapia nam stawy
w koleiny wyra upycha ciekły księżyc

[K. Brewiński, „Rewizja”]

Wiedzą, że poezja to ryzyko. Wiedzą, że sam postmodernizm potrzebuje dekonstrukcji. Wiedzą też jednak, że estetyzacja i posągowość nie pomoże im zgasić pożaru wewnątrz siebie samych. W jednym z wywiadów Konrad Góra powie:

Kamień jest też nagrodą, którą przyznają w Lublinie poetom, dostał to Matywiecki, dostała to Hartwig, dostał to Krynicki. I Krynicki – bo tam za tą nagrodą idzie mural na ścianę – dał wiersz: »niepojęte, coś tam jakieś, niepojęte nieobjęte, jest«. A ten wiersz pierwotnie brzmiał »niepojęte nieobjęte jest, boli«. I on wycofał z tego wiersza słowo »boli«, ponieważ dusza przestała mu doskwierać i sam się ocenzurował. Nie ma cenzury, to wziął za nożyczki. Ale boli, kurwa, boli – nie jestem jeszcze tak stary, żeby mnie nie bolało. Boli kurwa. Żre, wpierdala. Swędzi.[iii]

3.

W tym samym wywiadzie Konrad Góra zapytany, czy poezja ma jeszcze możliwość funkcjonowania w przestrzeni, gdzie królują „różne bardzo mocne dyskursy” i „Czy ma wobec tego potencjał, szansę, by się przebić w magmie języków, zwłaszcza medialnych?”[iv], odpowiada: „Myślę, że najpierw są drożdże – w soku, no i we krwi też. […] Więc można posnuć sobie wizję fermentacji krwi, czynienia win, a nawet destylacji, byle w jednym organizmie. Poza tym to poezja jest tym, co pozostanie, przecież niczego nie wiemy na przykład o Grekach prócz tego, jaką zostawili poezję, niczego nie wiemy o stalinizmie poza tym, co zostawił Mandelsztam z Szałamowem itd.”[v].

Mocne dyskursy zawsze będą wbrew ich pisaniu, bo – jak stwierdzi Przemysław Witkowski: „Jak się komuś wydaje, że Polska wygląda jak w serialu Rodzinka.pl czy Ojciec Mateusz, to czas najwyższy ruszyć dupę sprzed telewizora. To jak daleko dziennikarze i politycy odlecieli od naszej polskiej codzienności to wow”[vi].

Jednak nawet wtedy, gdy majstrują przy języku, gdy psują coś w dyskursie przy pomocy wiersza, trudno ich praktyki nazwać ironicznymi. To raczej odblaski wściekłości w formie drobnych złośliwości:

zauważasz różnicę między ciepłem
wytwarzanym w organizmie
a ciepłem wydzielanym?

nie oczywiście

pr nie ma z tym nic wspólnego
robaczku
zmniejszenie apetytu i przyrostu
masy ciała przynosi oczywiste straty

ale dla kogo?

[K. Pietrek, „Dilbert”]

Czasem, tak jak u Pietrek, to psucie odbywa się we wnętrzu ściśniętej, nasuwającej skojarzenia z późnym Różewiczem, frazy, w poplątaniu języka sukcesu i języka płciowego, które okazują się leżeć o wiele bliżej siebie, niż nam podają reklamy w stylu glamour. Czasem zaś to pisanie z wnętrza, ten Język korzyści, ten Pamiętnik z powstania[vii], pełen upokorzeń i upodleń staje się wprost próbą rozsadzenia rdzenia złożonego systemu językowego stworzonego przez skomplikowane (przez co nad wyraz nieludzkie) struktury korporacji.

Najboleśniej brzmią jednak dopiero wtedy, gdy mówią Ewangelią dla wykluczonych[viii], bo mówią wtedy z miejsc, w których cały system jest w fazie recyklingu, a w których przecież żyją ludzie – na marginesie nie tylko ekonomicznej, ale i językowej akceptacji. I dopiero tam rozmazują się jaskrawe dotąd różnice pomiędzy właściwym a niewłaściwym, krytycznym a ubezwłasnowolnionym. Język przestaje być systemem, który trzeba rozebrać, staje się mową, i to od razu mową świętego szaleńca – żarliwą do granic wytrzymałości, wewnętrznie wypalającą. Obłędną i logiką obłędu się posługującą:

Zstąp Jezu, niegodziwe me pisanie
Zstąp Jezu, dla czarnych, czerwonych, Mefisto rozedrgany
Zstąp Jezu, poezja to pijany kierowca
Zstąp Jezu, Chryste Eleison, koprolalia magikana
Zstąp Jezu, moja twarz to teologia negatywna

Zstąp Jezu, prawica nie wie, że jesteś lewakiem
a lewica nic o Tobie nie wie
Twoje miasto wieczyste pod dłonią z łapówek
Twoje miasto wieczyste zbyt wysokie dla Diabła
Zstąp Jezu, naciskaj waści na pedał

zaprawdę, gdy Ty przychodzisz, pedał odpada
Nie zwlekaj, z Tobą opada biały dym
Zstąp Jezu, łaska to opluta kobieta
Zasłużyłem na Twe przyjście, dlaczego je opóźniasz
Zstąp do mojej przecwelonej Polski

jeśli tego nie zrobisz, znajdę Cię
Za moim oknem, w oddali, powyżej, pedałuje zmierzch.

[Sz. Domagała-Jakuć, „Niekwaszony król (Jak to będzie z przyjściem Syna Człowieczego)”]

4.

Ich słowa pisane są prawie na brudno – na bieżąco, ale nie doraźnie. To już nie są kpiące Niskie pobudki Świetlickiego. A skoro nie jest to też postmodernistyczna gra, jakiś płynny labirynt wersów Sosnowskiego, to skąd bierze się głos, którym mówią?

W eseju Ponowoczesność, czyli o niemożliwości awangardy Zygmunt Bauman posługuje się polityczną metaforą, by wyjaśnić różnicę pomiędzy awangardowymi dążeniami modernizmu a postmodernistycznym eksperymentem. Sztuka modernizmu zmierzała ku autonomii, chcąc za wszelką cenę stanowić o sobie samej, a jednocześnie wyznaczać kierunek marszu. Postmodernizm zamiast autonomii wybiera zupełną niezawisłość sztuki. Powie Bauman: „Sztuka ponowoczesna zdobyła niezależność wobec nieartystycznej rzeczywistości, o jakiej się jej poprzednikom nie śniło. Ale za swobodę bez precedensu wypadło zapłacić, wyrzekając się rojeń o torowaniu drogi światu”[ix]. Niezależność sprawiła także, że samo istnienie sztuki zostało zakwestionowane, uzależnione od obecności w myślach jej odbiorców: „Jak powiada Baudrillard, wielkość sztuki mierzy się dziś rozgłosem (tym dzieło większe, im liczniejsza widownia). Doniosłość zdarzenia artystycznego wyznacza nie siła głosu czy potęga obrazu, lecz moc środków reprodukcji i wydajność kopiarek – zaś ani głośnikami ani kopiarkami artyści nie zarządzają”[x].

Ci, których nazywają zaangażowanymi, zdają sobie sprawę, że ich pozycja nie jest i łatwo nie będzie nawet w ten, tak ograniczony sposób uprzywilejowana. Czy jakaś wrodzona niechęć do wszelkich instytucji, odwiecznie słaba pozycja poezji w społecznym umyśle – naprawdę ich powstrzymuje? Nie.

Głos, którym mówią, którym nauczyli się posługiwać, dochodzi z podziemi, z tego, co nazywa się subkulturą lub undergroundem. Nie chcą autonomii, nie chcą niezawisłości. Chcą głosu alternatywnego do głosów obowiązujących – głosu niekontrolowanego. Mają poczucie, że muszą go wywalczyć, że poezja stała się walką ze społeczeństwem, które przypomina Baudrillardowską masę; że muszą uderzyć w newralgiczne miejsca ugładzonego systemu, uderzyć nawet wtedy, gdy to uderzenie miałoby obrócić się przeciwko nim samym:

jestem tam gdzie plądrują sieciowe sklepy
tam gdzie bojkotują sieciowe krwawe żarcie
tam gdzie butelkami rzucają w czołgi
tam gdzie nielegalnymi wierszami otwierają oczy i usta
usta i uszy

[Sz. Kopyt, „Uderzenie”]

do łez najeść się sobą by zebrać się w sobie
żeby jeść już od wewnątrz to co z nas zostało

[K. Brewiński, „Karaluchy”]

Musi zostać powiedziane sznurując usta
Musi zostać powiedziane tak sobie jak i nam

[K. Góra, „Musi zostać powiedziane słowo”]

słoik pełen małych stworzeń, które powoli się duszą

ktoś się tam czasem
śmieje, w ogóle?

raz typ się wyjebał.
wszyscy się śmiali.

[I. Witkowska, „Słoik pełen małych stworzeń, które powoli się duszą”]

5.

Adam Zagajewski w eseju Obrona żarliwości słusznie zauważa, że ironia stała się w naszej epoce (pomińmy trudności związane z bliższym dookreśleniem owej „naszej epoki”) środkiem dominującym: „Niektórzy autorzy biczują przy pomocy ironii społeczeństwo konsumpcyjne, inni wciąż walczą z religią, inni jeszcze z burżuazją. Niekiedy ironia wyraża jeszcze co innego – zagubienie w pluralistycznym świecie. Czasem pokrywa po prostu ubóstwo myślowe. Bo na pewno, jeśli nie wiadomo co robić, najlepiej być ironicznym. Potem się zobaczy”[xi].

Równie słuszne spostrzeżenia dotyczą religijnych korzeni żarliwości i jej niepewnego statusu: „Żarliwość, metafizyczna powaga, ryzykowne wypowiadanie silnych sądów, są dzisiaj podejrzane; trafiają na ławę podsądnych natychmiast, nie trzeba nawet długiego, skrupulatnego śledztwa”[xii]. To jednak, co Zagajewskiemu wydawało się domeną transcendencji, od dawna nią być przestało. Albo inaczej: nie tylko nią jest[xiii]. Żarliwość ma wiele twarzy, tak jak ironia. Wywodząc się ze świata religijnego, żarliwość stała się szczególnym stosunkiem do świata w ogóle. Zupełnie innym niż ironiczny dystans, ale zdecydowanie nieprzebiegającym po prostych granicach sporu Naphty i Settembriniego, jak chciałby Zagajewski[xiv].

Granica ta, przynajmniej w nowej, polskiej liryce, przebiega tam, gdzie uwewnętrznienie świata i nadwrażliwość na jego dysfunkcje przybierają rozmiary tak duże, że dystans przestaje być możliwy; że pozycje obronne, wszelkie wysunięte placówki, nie wytrzymują, spalają się. Podmiot zlewa się ze swoim przedmiotem w akcie opisu, który to akt dokonuje się jednocześnie w wyznaniu nieomalże religijnym.

6.

„Pisz krwią, a dowiesz się, że krew jest duchem.”[xv]

[i] Stala M., 1989: Dwa dwudziestolecia (jednej epoki). Notatki do nienapisanego artykułu, [w:] „Dwutygodnik”, nr 8, 2009, http://www.dwutygodnik.com/artykul/284-1989-dwa-dwudziestolecia-jednej-epoki.html [dostęp: 10.11.2013].
[ii] To, o wiele bardziej niż aspekty płciowe – jak chciałby Stokfiszewski.
[iii] K. Góra, Sz. Kopyt, K. Pietrek, Żadna reprezentacja, [w:] „Dwutygodnik”, nr 108, 2013, http://www.dwutygodnik.com/artykul/4535-zadna-reprezentacja.html [dostęp: 09.11.2013].
[iv] Tamże.
[v] Tamże.
[vi] P. Witkowski, Czerwony dywan jest pięć metrów od sklepu mięsnego, [w:] „Dworzec Wschodni”, nr 5, 2013 [w przygotowaniu].
[vii] Jedynie dla przypomnienia: Język korzyści (Poznań 2010) to książka Kiry Pietrek, Pamiętnik z powstania (Łódź 2013) to książka Rafała Krause.
[viii] Tym razem mowa jest o rozdziale Hotelu Jahwe (Łódź 2013) Szymona Domagały-Jakucia.
[ix] Z. Bauman, Ponowoczesność, czyli o niemożliwości awangardy, [w:] „Teksty Drugie”, nr 5-6, 1994, s. 178.
[x] Tamże.
[xi] A. Zagajewski, Obrona żarliwości, w: tegoż, Obrona żarliwości, Kraków 2002, s. 13.
[xii] Tamże, s. 25.
[xiii] Być może podziały dokonywane przez Zagajewskiego byłyby trafniejsze, gdyby posłużył się kategorią wzniosłości.
[xiv] Z tego samego powodu termin „zaangażowanie” staje się niewystarczający. Zaangażowanie jest możliwe do zrealizowania w sposób ironiczny, ale pełne zaangażowanie – cechujące opisywaną tu lirykę – nie jest ironiczne, a właśnie żarliwe.
[xv] F. Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra, tłum. Wacław Berent, Warszawa 2002, s. 37.

Grzegorz Jędrek

(1988) Poeta, dwukrotnie nominowany do nagrody im. J. Bierezina, jeden z laureatów projektu "Połów 2011". Zwycięzca licznych turniejów jednego wiersza i slamów, między innymi na festiwalu Manifestacje Poetyckie. Publikuje w czasopismach na terenie całej Polski oraz w czasopismach internetowych w Polsce i poza jej granicami. Laureat Żurawi – Lubelskich Wyróżnień Kulturalnych 2012 w kategorii Słowo. Jeden z założycieli Inicjatywy Dworzec Wschodni, której celem jest tworzenie wspólnych przestrzeni pomiędzy środowiskami uniwersyteckimi a artystycznymi, redaktor pisma "Dworzec Wschodni". Obecnie jest doktorantem KUL i przebywa w Lublinie. Z końcem roku 2012 została wydana jego pierwsza książka poetycka – "Badland" (Biblioteka "Arterii, Łódź 2012). Pochodzi z Lipia k. Częstochowy.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!