O pewnym hotelu bez gwiazdek – czyli debiut debiutowi nierówny oraz „Paszport Polityki” a działalność charytatywna

To jak nazywa się hotel bez gwiazdek?
Czytelnicy: „motel?”
Ja: „nie!”
Czytelnicy: „pensjonat!”
Ja: „Tak! Brawo czytelnicy!”

Chodzi oczywiście o powieść zatytułowaną Pensjonat autorstwa literaturoznawcy, eseisty i doktora nauk humanistycznych made in PAN – Piotra Pazińskiego. Krótko mówiąc, jest to beletryzowana refleksja osnuta wokół zagadnień przemijania i pamięci, nie tylko odnośnie wspomnień własnych, ale i tego, co wydarzyło się wcześniej niż sięga pamięć pokolenia. W warstwie literackiej temat ten eksploatowany jest jednak tak nieudolnie, że gdyby „pensjonat” Pana z PAN-u był faktycznie pensjonatem, to nie poleciłbym go na lokum nikomu – a jeśli już, to z premedytacją i nadzieją, że konstrukcja zawali się temu komuś na głowę.

Istotniejszy jednak niż możliwość skrytykowania słabego według mnie, choć nagrodzonego przecież „Paszportem Polityki” literackiego debiutu Pazińskiego jest fakt, że cecha poetyki zastosowanej w Pensjonacie, którą kapituła przyznająca owo wyróżnienie potencjalnie uznać mogła za atut książki, po nawet pobieżnym zaznajomieniu się z aktualną literaturą innych państw europejskich jawi się jako drażniący mankament. Zaistniały, jak sądzę, nie tylko za sprawą artystycznego wyboru samego autora, lecz również swoistego determinizmu, wywołanego kultywowanymi w Polsce wobec rodzimej prozy metodami jej wartościowania (bo w dobie najprzeróżniejszych fluktuacji aksjologicznych o spójnych systemach chyba nie może być mowy).

Mankament ten, to w zasadzie wypaczenie (nadużycie, bądź użycie nieumiejętne) poetyki postulującej zawieszenie powagi i wzniosłości w kontekście zagadnień ogólnoludzkich – żeby nie powiedzieć: ostatecznych (bo to już zbyt patetycznie brzmi).

Ociekać musimy „fajnością”

„Stwarzając na nowo rzeczywistość, która zaginęła w odmętach czasu, Piotr Paziński unika patosu, za to sprawnie operuje ironią i humorem” – orzekła Justyna Sobolewska w recenzji, której fragment nawoływać ma z tylnej okładki Pensjonatu ku jego potencjalnym nabywcom. Powiedzieć, że literatura stwarza na nowo rzeczywistość, podobnie jak stwierdzić, że akcja jakiegoś dzieła rozgrywa się w języku, to właściwie nie powiedzieć nic. Natomiast co do ironii i humoru – wierzę, że zarówno sam Paziński, jak i kapituła, od której otrzymał on nagrodę, na pewno chcieliby, żeby w Pensjonacie rzeczywiście operowano sprawnie tymi kategoriami – niemniej jednak mnie jawią się one jako wprowadzone na siłę, w imię jakiegoś irracjonalnego (choć najwyraźniej zasadnego) poczucia, że tak właśnie wypada. Czytelnik Pensjonatu (ściśle określony, czyli ja) podczas lektury czuje się bowiem tak, jakby ktoś na zmianę pokazywał mu tabliczki: ZAMYŚL SIĘ/ ŚMIEJ SIĘ/ SMUĆ SIĘ. Dopóki nie natrafiamy na tę manipulację, czyli dopóki nie przekroczy się kilku pierwszych stron, książkę czyta się w zasadzie dobrze. Autor, nie wstydząc się jeszcze swojej przeprojektowanej na tekst powagi, wobec nie tylko kreowanej przez siebie rzeczywistości, ale też wobec samego aktu kreacyjnego, poprzez rozpoczynający powieść sugestywny opis krajobrazu ustanawia właściwy jej sposób modelowania czytelnika jako kierujący ku nastrojom melancholijnym, nostalgicznym, sugerującym wobec tekstu potrzebę egzystencjalnej refleksji:

Na początku były tory kolejowe. W zieleni, między niebem a ziemią. Ze stacjami jak korale na rzemyku, nanizanymi tak ciasno, że nim pociąg zdążył się na dobre rozpędzić, już musiał zwalniać przed następnym przystankiem. Betonowe perony, wąskie i chybotliwe, wyposażone w drabinki i strome schodki, wyrastały wprost z piasku, jakby je wzniesiono na wydmach. Pawilony stacyjne miały w sobie coś ze staroświeckich kiosków: wydłużony, wygięty daszek, a na dwóch jego końcach ażurowe litery, które zdawały się unosić w powietrzu. [Paziński, s. 5]

Otwarcie podobne jest do tego z Niepokojów wychowanka Törlessa Roberta Musila. Tutaj również kolej jest swego rodzaju portalem, prowadzącym z funkcjonującego już jedynie w domyśle dotychczasowego świata głównego, ciągnącego za sobą narrację bohatera, do świata nowego, odległego i hermetycznego. O ile jednak u Musila portal ten przekraczał młodzieniec, który u boku rówieśników przekroczyć miał też tym samym granicę między arkadią dzieciństwa, a brutalną dorosłością, o tyle u Pazińskiego przekroczenie jest w istocie powrotem. BohateremPensjonatu jest dorosły, a odwiedzając żydowski dom wypoczynkowy pod Warszawą, poszukuje czasu straconego (niedocenionego?) w dzieciństwie, kiedy przebywał tam wraz ze swoją nieżyjącą już w czasie prowadzenia narracji babcią.

Poszukiwania kończą się powodzeniem. Stracony czas, wraz z urokiem chwil, co do których wcześniej myśleć można było, że wybrzmiały bezpowrotnie, odnajduje w najzwyklejszych elementach życia pensjonariuszy, w ich prywatnych, codziennych rytuałach i niekończących się rozmowach na wciąż te same tematy, ujmujących niekiedy, mimo wieku i bagażu przeżyć, wciąż obecną w rozmówcach naiwnością.

Czytelnik, niestety, nie odnajduje tego razem z nim.

Czytelnikowi ten urokliwy w oczach bohatera świat staruszków po przejściach jawi się jako kraina upierdliwych zgredów, którzy bez końca wloką stereotypowo dziadowskie rozmowy o niczym – narzekając gdzieniegdzie, że kiedyś to było lepiej. Fakt, że są to Żydzi ze wciąż żywymi wspomnieniami holokaustu, uwypukla tylko fiasko autorskich prób wyeksploatowania artystycznego potencjału płynącego z tego tematu. Nie można chyba za sprawne podjęcie problematyki uznać przemycanie jej czytelnikowi w sposób następujący:

Cała ta historia z koszernym, żeby Żydzi i goje się nie mieszali. I na co to wszystko się zdało? Widział kto dzisiaj żydowskiego kucharza?
– Cicho tu, prawda? – kierownik zagaił rozmowę. – Martwo.
Przytaknąłem uprzejmie.
– O tej porze roku nie ma prawie nikogo, nie to co kiedyś. Latem jeszcze, jeszcze. A teraz? Palacz, sprzątaczka. I my.
– Jak to, a… – zaprotestowałem.
– A, ci! – macnął ręką uzbrojoną w widelec. – Ale oni są tutaj zawsze, to jakby ich w ogóle nie było. Kiedyś to był ruch w interesie! Wtedy było jeszcze tych Żydów trochę.
Zapadło milczenie. [Paziński, s. 29]

Ci, którzy byli, zginęli, a ci którzy są, umierają, więc również są, jakby ich nie było.
Sens mi się objawia, zgoda… tylko, że nie zachwyca.

Zresztą, nawet gdyby ta odrobina refleksyjności choć trochę mnie ujęła, to co z tego, skoro kilka linijek dalej pensjonariusze zbierają się w pary i jak na szkolnej wycieczce maszerują wesoło do kuchni napełnić puste brzuszki?

W tym miejscu można zadać pytanie: za co Paziński dostał „Paszport Polityki”?

Wygląda na to, że zadecydowała zasada: „kto pierwszy, ten lepszy” – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Pensjonat wypłynął na szerokie wody jako „pierwszy w Polsce literacki głos trzeciego pokolenia po Holokauście”. Miał być głosem młodych, a tak się składa, że w Polsce młodym prozaikom przyprawia sie gęby tych „fajnych” – tych, którzy najpoważniejszych spraw nie biorą poważnie, a jeżeli cokolwiek dogłębnie przeżywają, to po to tylko, żeby następnie mieć się z czego pośmiać. Ten, kto jest „fajny” musi też „fajnie” pisać. Musi być awangardą, więc niech pisze jak awangarda! Niech gwałci przez uszy albo przynajmniej mówi językiem ulicy i składa zdania, jakby nie skończył podstawówki! (Te uwagi tylko przy okazji, bo ich akurat Pazińskiemu zarzucić nie można). Paziński chyba sam taką gębę sobie przyszył. Jakby nie patrzeć, odniósł sukces, więc może opłacało się.

Grunt, na którym wznoszą się awangardy, zawsze jest bardzo płynny. Łatwo awangardzie stać się ariergardą, a temu, kto bezrefleksyjnie godzi się na panujące w jej obrębie zasady, osiąść twórczo na laurach i osłaniać tyły. Zastanawiam się, czy w sytuacji, w jakiej poprzez krytyczny lobbing szerokorozumianej „fajności” i wynikające z pójścia po najmniejszej linii oporu decyzje niektórych twórców, rzeczywistą awangardą nie byłby u nas estetyczny passeizm (od tego, co jest passe – nie w modzie, nie na czasie). Świadomy, a więc kontrolowany odwrót ku zdeklasowanej powadze wielkich (tj. uniwersalizujących) narracji dziewiętnastowiecznego realizmu mógłby może doprowadzić w przyszłości do popchnięcia rozwoju sztuki prozatorskiej w innym kierunku niż stylistyczne mielizny, w których niekiedy bezproduktywnie ona brodzi.

Pradziadek promiennie młody

Do wytwarzania nowych narracji u schyłku nowoczesności potrzebne okazują się – choćby jako kontekst negowany, prześmiewany, dekonstruowany – wielkie opowieści wykształcone przez nowoczesność, ponieważ zrozumienie nowego społeczeństwa jako nowego porządku narracyjnego rządzącego się nowymi regułami wymaga przemyślenia idei dawnych

– napisał Przemysław Czapliński [s. 16], a ja skłonny mu jestem co do tego przytaknąć. Proponowałbym jednak powstrzymać skłonności negacyjno-prześmiewczo-dekonstrukcyjne na korzyść rzadko podejmowanej przez debiutujących polskich prozaików afirmującej kontekstualizacji tradycji powieści dziewiętnastowiecznej. Krótko mówiąc: chciałbym zastanowić się, co dla twórczych potrzeb można z jeszcze wycisnąć z jej poetyki, a jako obiekt do krytycznej eksploracji posłuży mi jeden z najgłośniejszych europejskich debiutów ostatnich lat, tj. Łaskawe o sześć lat starszego niż Paziński Jonathana Littela (ur. w roku 1967, Paziński w 1973).

Akcja zasadniczej części Łaskawych rozgrywa się w czasach II wojny światowej. Bohaterem i narratorem jest SS-man, doktor prawa Maksymilian Aue. Temat Łaskawych stanowi psychika człowieka, który wplątawszy się w łańcuch zbrodni, osuwa się ku coraz głębszym poziomom obłędu. Wykształca on w sobie niejako dwa oblicza: jedno amoralne, prywatne, drugie moralne, na pokaz. Moralność obowiązująca jest jednak nieludzka, wiąże się bowiem z usankcjonowaniem systematycznie prowadzonego ludobójstwa. Powieść jest jednocześnie wnikliwą analizą fenomenu faszystowskich Niemiec i sytuacji społecznej ich obywateli. W oczywisty sposób narzucającą się paralelą między Łaskawymi a Pensjonatem jest przetwarzanie w obu tekstach zaczerpniętych z trzeciej ręki informacji o holokauście.

Wypowiadając się na temat wykonanej w Łaskawych roboty literackiej, ograniczyć chciałbym się jednak do tego jej aspektu, który choćby wPensjonacie Pazińskiego prezentuje się stosunkowo najsłabiej. Chodzi o wytworzenie przez autora wielowymiarowości opisywanych postaci i sytuacji, a tym samym zmuszenie czytelnika do faktycznego zainteresowania się ich losem. Przykładem może być tu jeden z pobocznych wątków powieści Littela, odnoszący się do problemu tzw. Bergjuden („Żydów górskich”) wynikłego w procesie eksterminacji Żydów kaukaskich.

„Problem” rozpoczyna się wtedy, gdy hitlerowcy przestają mieć pewność, co do żydowskiego pochodzenia tych na pewno Berg-, ale już tylko rzekomo -juden. W momencie zawieszenia eksterminacji, w czytelniku wywołuje się wrażenie, jakby na jego oczach dokonano faktycznego (na ile cokolwiek może być faktyczne w tworze fikcjonalnym) wskrzeszenia kilku tysięcy osób jeszcze wprawdzie żywych w czasie akcji, lecz przeznaczonych do likwidacji, a więc straconych, jak kilka stron wcześniej można by przypuszczać. Do tej pory w książce mieliśmy do czynienia z wystarczającą ilością wstrząsających opisów ludobójstwa, aby tej perspektywie rzeczywiście dać się przerazić, z punktu widzenia manipulacji czytelnikiem najistotniejsze wydaje się jednak to, że Littel aranżując tu „konflikt tragiczny” zmusza wyobraźnię czytelnika do przedstawienia sobie tych postaci jako ludzi „z krwi i kości” (a nie tylko z liter):

Dziewczyna co rusz dolewała nam gorącej herbaty, a robiła to w ciekawy sposób: lała czarną esencję z małego czajnika, a do tego gorącą wodę. […] Szabajew [starszy wioski – przyp. P. R.] wyszedł i wrócił prowadząc kilku mężczyzn z instrumentami , polecił im usiąść pod ścianą, naprzeciw kąta pełnego dzieci. […] Zagrali kilka utworów, dziewczyna, która wcześniej podawała jedzenie, zatańczyła przed nami, dość nieśmiało, ale z niezwykłą gracją i gibkością. Mężczyźni, którzy nie grali, wystukiwali rytm razem z bębniarzami. Zeszli się ludzie, stali pod ścianami, kobiety w długich spódnicach, z dziećmi przy nogach, mężczyźni w góralskich strojach, w starych, wytartych garniturach albo w bluzach i czapkach radzieckich robotników. Jedna z siedzących kobiet karmiła piersią niemowlę i właściwie wcale się nie zasłaniała. Młody mężczyzna zdjął marynarkę i ruszył do tańca. Był piękny, rasowy, elegancki, wyniosły. […] Jeden ze starych muzyków zaśpiewał długą, żałosną pieśń, akompaniując sobie tylko na bandżo o dwóch strunach, które szarpał pod kostką. Jedzenie i herbata rozleniwiły mnie, drzemałem niemal, pozwoliłem się ponieść muzyce i cała ta scena wydała mi się malownicza […]. [s. 329-330]

W efekcie czytelnik nie tylko uzmysławia sobie niebezpieczeństwo, z jakim autor zaczaił się w toku narracji na wymyślone przez siebie postaci, ale najzwyczajniej w świecie boi się razem z nimi, nerwowo śledząc postępy w dotyczącym ich śledztwie. Nawet przeglądanie przy tej okazji przez Haupsturmfuhrera (kapitana) Aue protokołów i dokumentów z „badań” rasowych, które wprowadzone do tekstu bez odpowiednio zarysowanego kontekstu fabularnego powalałoby pewnie nudą, jako narzędzie w grze o najwyższą stawkę pociąga tu za sobą czytelnika wartką akcją, pełną histerycznych wręcz niekiedy zwrotów.

By zabieg pokroju powyższego mógł się pisarzowi powieść, konieczny jest jednak epicki rozmach, a tego nie od wszystkich wolno przecież wymagać. Sam wątek Bergjuden rozpisany został chyba przez Littela większą połacią tekstu niż cały Pensjonat Pazińskiego. Pensjonatnazywam zresztą powieścią dość umownie, gdyż genologicznie bliski jest powiastce filozoficznej, więc nie ma co mu kołków na głowie ciosać za to, że mieszkańcy jego Pensjonatu mają głębię psychologiczną niczym postaci z kabaretu.

Spójrzmy wreszcie prawdzie w oczy – bo nie chce mi się wierzyć, żeby intelektualista z PAN-u tak nie przykładał się do swojej pracy naukowej, jak chyba nie przyłożył się do literackiego debiutu – samo natchnienie to bujda dla pensjonarek!

Pensjonarek już nie ma, a poprzedni śródtytuł zaczerpnąłem z…

powieści Jak żołnierz gramofon reperował – w niemieckojęzycznym oryginale przed czterema laty wydanego debiutu niejakiego Saszy Stanišicia – niegdyś uciekiniera z kotła bałkańskiego, obecnie obywatela Niemiec, któremu w roku polskiej edycji tej książki (2008) stuknęła trzydziestka. W tym samym roku dwudziestosześcioletni wówczas, włoski fizyk Paolo Giordano swoją Samotnością liczb pierwszych (polskie wydanie w roku bieżącym) jako człowiek znikąd zawojował rynek czytelniczy Półwyspu Apenińskiego. Oprócz młodego wieku autorów oba te debiuty łączy w zasadzie tylko jedna cecha: liryzm. Oprócz młodego wieku liryzm łączy ich też z Pazińskim. Oprócz liryzmu i młodego wieku Pazińskigo łączy ze Stanišiciem „fajność”.

Jak żołnierz gramofon reperował to powieść osnuta wokół zagadnienia wojny bałkańskiej z początku lat dziewięćdziesiątych XX w. Typ wrażliwości wymodelowany w powieści każe doszukiwać się Stanišiciowych inspiracji w europejskim nurcie realizmu magicznego, zwłaszcza w twórczości Güntera Grassa i najnowszej literaturze czeskiej (celowałbym tu w Jachyma Topola). Główny przeżywający, wspominający i opowiadający tej powieści zaprojektowany jest jako narracyjny katalizator, który na bieżąco wchłaniając wydarzenia sprzed, z po i z czasu wojny, potęgując wśród nich wrażenia pozytywne i osłabiając negatywne, konstytuuje wokół siebie krainę farsy, ironii i satyry – błogość szczenięcych lat transponując na lata kolejne (smutne i psie).

[Żołnierz] wlecze za sobą gramofon, jak gęś na zarżnięcie trzyma go za tubę, unosi nad progiem. W jego łapie adapter jest mały jak zabawka. Zaraz! Chłopaki! Gramofon […] w lewej ręce, wypolerowany kałasznikow w prawej. Zaraz, zaraz, zaraz, rozlega się na schodach, a uzbrojeni i związani słuchają. Zwycięzca z największą głową świata kładzie ramię gramofonu na płycie, ale nic nie dzieje się zaraz. […] Chłopaki, zaraz będzie! […]
W gramofonie coś trzaska. Tak subtelnie musi brzmieć głos, kiedy jastrząb delikatnie, by go nie zranić, całuje wróbla. Igła wbija się w płytę – cytra, akordeon! Za szybko wiruje melodia, ale zwycięzca zaraz przestawia właściwe pokrętło. To znana wszystkim piosenka – nic cię nie może zatrzymać, zaraz trzeba się uściskać! [Stanisić, 128-129]

Powieść skonstruowana jest jednak tak, że świat, którego bohater/ narrator przynajmniej na gruncie stylistyki językowej i figuratywnej jest faktycznym demiurgiem, dorasta razem z nim. Z biegiem lat (czyli stron) tonacji pogodnej doszukać się jednak coraz trudniej, a w miejsce jej wynurza się tęsknota za rajem utraconym – reprezentowana przez „miłość na odległość” do dziecięcej sympatii z czasów bombardowań, Asiji (a właściwie przez miłość do samego wspomnienia).

Na parterze wystraszył mnie kot, prycha i skacze na mnie, zatrzymuję się, kot się zatrzymuje i odwraca się za mną. Z piwnicy na górę dobiega muzyka, światło rzuca cień balustrady na ścianę. Idę za szarym kotem na dół […] Muzyka staje się głośniejsza, nie schodzę po stopniach pamięci, schodzę do piwnicy, to jest tylko piwnica.
Tutaj kłócili się moi rodzice.
Tutaj byłem najszybszy.
Tutaj siedziała przestraszona Asija.
Tutaj żołnierz przeciągał lufą karabinu po szczeblach balustrady, klak-klak-klak.
To jest tylko piwnica, w ostatnich dnaich zamknąłem wystarczająco dużo kręgów, mam ochotę na gołębie, które robią tylko to, co gołębie zawsze robią. [Stanisić, 310]

Ściana „fajności” zaczyna pękać, a z jej szczelin wydobywają się pogłosy liryzmu, który wraz z nią stanowi zresztą nieodzowną konsekwencję twórczej dominanty widocznej w Jak żołnierz gramofon reperował. Innymi słowy, wykorzystane przez Stašicia zabiegi literackie same się w powieści uzasadniają.

Co do Pazińskiego, to metodologicznego uzasadnienia „fajności” zmuszony jestem szukać sam. Tym bardziej, że tak zwana przeze mnie „fajność” doprowadziła do spłycenia wymowy artystycznej Pensjonatu. Być może Paziński wpadł we własne sidła i obawiając się posądzenia go o naiwność przemyśleń, zdecydował się na uatrakcyjnienie ich tym, co w oczach niektórych jest „sprawnym operowaniem ironią i humorem”? Uciekając przed pretensjonalnością Paziński popadł więc w pretensjonalność własnej ucieczki. Wspomniany zaś wcześniej Giordano, utrzymując się na granicy pretensjonalności, stworzył powieść przykuwającą uwagę odbiorcy i zmuszającą do refleksji.

Samotność liczb pierwszych, z uwagi na zespolenie w niej wnikliwego psychologizmu z egzystencjalnym podejściem do wyobcowania współczesnego człowieka, zestawić można z Reisefieber Mikołaja Łozińskiego. Tym niemniej w kwestii umiejętnego manipulowania czytelnikiem za pomocą schematów fabularnych zaczerpniętych z literatury popularnej nie widzę wśród polskich debiutantów żadnej analogii do piszącego w stu procentach „niefajnie” Giordana. W jego historii genialnego, nieprzystosowanego do życia matematyka i jego również nieprzystosowanej koleżanki ze szkoły niewiele pozostaje miejsca na interpretację – jest ona po prostu o tym, co wyrażono w niej niemalże dosłownie: historią o miłości i wyobcowaniu. Ujmuje mnie jednak subtelność, z jaką autor balansuje pomiędzy dosłownością a niedomówieniem:

Teraz leżeli na łóżku Alice, z głowami po przeciwnych stronach, oboje trzymali nogi zgięte w nienaturalny sposób, tak by nie dotknąć się żadną częścią ciała. Alice pomyślała, że mogłaby się odwrócić i włożyć stopę pod plecy Matii, udając, że tego nie zauważyła. Była jednak pewna, że natychmiast by się odsunął, i wolała zaoszczędzić sobie upokorzenia.

Żadne z dwojga nie zaproponowało, by włączyć jakąś muzykę. Nie mieli zamiaru nic robić, chcieli pozostać tak, jak byli i czekać, aż niedziela sama dotrze do swego końca i znowu przyjdzie czas na działanie – jedzenie kolacji, spanie, rozpoczęcie nowego tygodnia. [Giordano, 126]

Wreszcie meritum: co łączy polskie nagrody literackie i Polski Czerwony Krzyż?

Paziński jest w tym tekście moim chłopcem do bicia. Pod koniec poprzedniego segmentu zamierzałem jeszcze wspomnieć o tandetnej metaforyzacji świata przedstawionego, przeprowadzonej pod koniec Pensjonatu. Sprowadzający się do wypowiedzianego – rzecz jasna, z przymrużeniem oka – zakazu wstąpienia żywego bohatera do świata żywych trupów iście barokowy koncept, którego nie powstydziłyby się czołowe szkolne apele, zestawić chciałem z (na przekór swojej „archaiczności”) owocującą sukcesem artystycznym ascezą formalną Giordana.

Chciałem, ale już nie chcę. Zamiast tego zacytuję ów końcowy fragment i w świetle przywołanych przeze mnie wcześniej najciekawszych debiutów z importu, każdy niech osądzi go tak, jak uważa za stosowne:

– Amen! – zakończyli pensjonariusze. Już nie dało się ich odróżnić od otaczających jałowców. […]
Chciałem uciekać, ale poczułem, że trzyma mnie jakaś siła […]
– Ja idę do was! – krzyknąłem.
– Nie, nie, a czemu to, skąd tobie to przyszło do głowy? Oszalał, po prostu oszalał! Co on za głupstwa mówi!
– To nasz las i nikogo tu nie potrzebujemy!
– To wnuk Bronki. Gdzie on teraz pójdzie?
– A gdzie on był wówczas? A może jego wcale nie było?
Ostatni z łańcucha pokoleń, uczepiony na samym końcu. [Paziński, s. 134]

Pokorne cielę dwie matki ssie, a ostatni będą pierwszymi – nie takie więc to ostatnie ogniwo „łańcucha pokoleń” najsłabsze, skoro znalazłszy się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie (tj. wydawszy swój debiut wtedy, gdy książka o danej tematyce była akurat potrzebna pewnym ośrodkom opiniotwórczym), uzyskało jedno z najważniejszych polskich wyróżnień literackich. A było to tak:

Dawno, dawno temu – jeszcze przed rokiem 2010 – za górami, za lasami zebrało się gremium mędrców i czarowników z kręgu czasopisma „Polityka”, którzy powoławszy do życia ideę o nazwie „koniecznie ambitna powieść produkcyjna”, postanowili pierwszej osobie, która napisze tego typu beletryzowaną rozprawkę na temat „popłuczyny po refleksji o holokauście oczami młodych”, wysypać dziesięć tysięcy złociszy ze skarbca. Jeżeli literacko książka ta nie będzie wiele warta, to nie szkodzi – gdy autor raz zostanie nagrodzony, uwierzy w siebie i następną powieść napisze już lepiej.

Poprzedni akapit to oczywiście bajka, ale morał z niej jest zatrważająco prawdziwy. Kapituły przyznające polskie nagrody literackie, ścigając się co do wysokości honorariów, przyznają pisarzom jednorazowe zapomogi, żeby – na wypadek, gdyby prócz pisania nie mieli innego zajęcia – nie wymarli z głodu przed rozdaniem następnych nagród. Jak się jednak okazuje, nie wszędzie grubość portfela po otrzymaniu nagrody decyduje o jej znaczeniu. Jedna z najważniejszych nagród literackich we Francji (Nagroda Goncourtów) wynosi symboliczne pięć euro. Przywiązanie jednak społeczeństwa francuskiego do idei francuskości jako wyznacznika trendów europejskiej kultury kontynentalnej jest ponoć na tyle duże, aby sprzedaż uhonorowanej tą nagrodą książki zapewniła jej autorowi dobrobyt na kilka następnych lat. W Niemczech natomiast prym wiodą nagrody lokalne – nie wiadomo mi o żadnej liczącej się tam nagrodzie centralizującej, której wręczenie znaczyć by miało, że oto jest ktoś, kto dzierży rząd dusz. Największe znaczenie opiniotwórcze mają tam: nagroda promocyjna miasta Hamburg, nagroda Radia Bawarskiego, berlińska nagroda literacka itp. Wiele z nich przyznawanych jest ponadto w plebiscytach czytelniczych – w efekcie nie ma sposobu, aby przez długi czas uznaniem cieszył się pisarz osiadający na laurach (jeżeli tak postępuje, znika, a imię jego pamiętane jest tylko w literaturoznawczych almanachach).

Tekst swój kieruję głównie do krytyków, aby podjęli wysiłek komparatystyki i przestali nazywać dobrymi książki, które są dobre tylko jak na Polskę. Bo to od nas zaczyna się proces wartościowania, na końcu którego klaruje się skład polskiego parnasu. Przestańmy więc zmuszać młodych pisarzy, żeby pisali „fajnie”! Książki nie powstają po to, aby ich autorom wysyłać zaproszenia na facebooku. Przestańmy na siłę hodować pionierów postępu. Jeżeli ktoś uzna, że warto podjąć próbę wykorzystania ponoć już zdezaktualizowanych artystycznie form powieściowych (jak zrobił to choćby Littel), obserwujmy, jak mu się to udaje.

Póki co jednak sytuacja w młodej polskiej literaturze przypomina tę w polskiej piłce. U nas na podwórku możemy się nią cieszyć, ale pokazać się z nią za granicą – to już trochę wstyd. Dzieje się tak nie dlatego, że nasza literatura jest staroświecka, „niedzisiejsza”, lecz dlatego, że czasem w pożałowania godny sposób, histerycznie od rzekomej staroświeckości czy też „niedzisiejszości” ucieka.

Pełne mądrości słowa wypowiedział kiedyś pewien pseudokibic w wywiadzie dla jednego z telewizyjnych programów śledczych (bodajże była to „Uwaga”): „Nie ma że kogoś boli. Wszystkich trzeba lać”.

 

W tekście wystąpili:
Piotr Paziński, Pensjonat, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2009
Jonathan Littel, Łaskawe, przeł. Magdalena Kamińska-Maurugeon, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008
Saša Stanišić, Jak żołnierz gramofon reperował, przeł. Alicja Rosenau, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008
Paolo Giordano, Samotność liczb pierwszych, przeł. Alina Pawłowska-Zampino, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010
Statyści:
Mikołaj Łoziński, Reisefieber, Wydawnictwo Znak, Kraków 2006.
Robert Musil, Niepokoje wychowanka Törlessa, przeł. Wanda Kragen, Wydawnictwo Książka i Wiedza, Warszawa 1980.
Sufler:
Przemysław Czapliński, Polska do wymiany. Późna nowoczesność i nasze wielkie narracje, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009.

Paweł Rutkiewicz

(1987) Prozaik i krytyk literacki. Absolwent Uniwersytetu Łódzkiego i doktorant na Wydziale Filologicznym tej uczelni. Studiował również, w ramach programów stypendialnych, na uczelniach w Poznaniu (UAM) i Dreźnie (TU Dresden). Stypendysta MNiSW w roku akademickim 2010/2011. Publikował m.in. w Zagadnieniach Rodzajów Literackich, Opcjach, Odrze, artPapierze i E-Splocie. Pochodzi z Kielc.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!