Wstęp do końca świata

„Zmieniła się skóra świata”[i] – diagnozował w 1922 roku Tadeusz Peiper, ogłaszając nadejście epoki „uścisku z teraźniejszością”, w której przedefiniowaniu ulegają dotychczasowe formy życia jednostkowego i zbiorowego. Społeczeństwo odtąd będzie odnajdować „piękno” w odnowieniu egalitarnych relacji wspólnotowych, zdeponowanych w ciele „masy”, a owa „komunia dusz” stanie się źródłem najwyższej rangi przeżycia estetycznego. Zapowiedź, wbrew pozorom, nie brzmi niczym niesprawdzalna prognoza nieforemnej przyszłości albo tekst na politycznym sztandarze oświetlający drogę. „Posłuszny instynktowi życia i przetwarzając instynkt na ideę, człowiek dzisiejszy wstępuje na drogę pojednania i zbratania z tym nowym wydaniem świata, które dawno tworzyć rozpoczął […]. Przytakuje nowoczesnym formom współbytowania ludzi i w ten sposób masa staje się dla niego szukanym współpracownikiem nowego piękna”. Peiper, namawiając do odrzucenia tradycji, przesłaniającej wszelką przemianę świata, nie próbuje jednocześnie przekonać do istnienia punktu zerowego historii. Zwraca uwagę na proces, który został zainicjowany w bliżej nieokreślonym „wcześniej”, a który do tej pory był wypierany i fałszowany przez główny nurt obiegu idei.

„Zbliża się koniec/ naszego świata – kto poukłada następny?” – pyta dziś w wierszu „Nieuzasadnione” Seweryn Górczak[ii], przyklejając naszej krnąbrnej współczesności wiele mówiącą etykietę. Z jednej strony bowiem rozpleniające się narracje finalne (zarówno apokaliptyczne, jak i rewolucyjne; historiozoficzne, gospodarcze, ekologiczne, religijne) zaświadczają o swojej mocy organizowania zbiorowej wyobraźni. Z drugiej jednak – pozostawiają ową wyobraźnię najczęściej z jej „brakiem widoków na przyszłość”, osamotnioną przy kawiarnianym stoliku. W innym tekście Górczaka przeczytamy:

Obietnice, wypowiedziane kiedyś cicho
sobie nawzajem z okazji błyskawic, które
przekazane w bajce trwają do dzisiaj,
zaczynają się spełniać akurat w chwili
ogłoszenia tymczasowej mgły przez władze,
co jak zwykle sprzyja mitologiom pocieszającym,
że koniec jest na horyzoncie, że koniec
jest w zasięgu naszego tuszu.

I trudno odebrać te słowa inaczej niż jako wyraz poniechanej performatywności: siła sprawcza pisania przynależy wszak do porządku „mitologii pocieszających”. Tym samym jednak w wątpliwość poddana zostaje wszelka skuteczność konstruowania przez społeczeństwo narracji o sobie samym, czy raczej stwierdzona po prostu pusta konwencjonalność i fikcjonalność tych opowieści, obracających się – przywołując Jeana Baudrillarda – w znakowej przestrzeni niezróżnicowania i wytwarzających efekt bierności. U Górczaka neoliberalny porządek zatem tryumfuje: państwo okazuje się po raz kolejny dyspozytorem praw dziejowych, a władza ucieka w alienację, oddzielając się od społeczeństwa i przedstawiając pod postacią fetyszu, siedliska tajemnych mocy. Dopiero ich naturalizowane działanie („ogłoszenie tymczasowej mgły”) wywołuje rezonans w świadomości masowej, i tak przecież niezdolnej do przekroczenia schematu kontinuum. Pozostają przepowiednie i rozmowy przy piwie o końcu świata, „a dokładniej – jego braku”. I przepełnione nadzieją (obietnicą?) wyczekiwanie.

Ściślej rzecz biorąc, to nie świat się, oczywiście, kończy, ale „wszystko, czego nie/ można już nazywać światem”, podpowiada Tomasz Dalasiński w wierszu „Podkoszulek”[iii]. Skąd biją te łuny płonącego starego gmachu? Do jakich przestrzeni mentalnych należały artefakty, których nie można już zrecyklingować, aby utrzymać zamkniętą, harmonijną cyrkulację systemu?

Byle sięgnąć po-

czątek domu albo zwrotki, gdzie pamięć edytora
podkreśla pomyłkę / Tam wyobrażam stancję
jako wymię gwiazdy, puste łóżko w pokoju,
pokoik w łóżeczku, rozmowę prowadzoną

na smyczy, ku gościom – wszystko, czego nie
można już nazywać światem.

Dalasiński z pozoru zamyka sytuację liryczną tego wiersza w nadeksploatowanej przez młodą poezję ostatnich lat przestrzeni utraty kinderystycznego raju i wszelkich złudzeń, jakie ów egzystencjalny azyl generował. Gdy jednak spojrzymy na tekst, abstrahując od dominujących dziś stylów lektury, możemy potraktować go zupełnie inaczej niż jako głos narcystycznego podmiotu, który z braku innego obiektu bez końca obłaskawia i celebruje własny smutek. Dalasiński dokonuje wyraźnego zerwania z arkadyjską fantasmagorią dzieciństwa, którą można by skwitować kolokwialną sentencją: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Zauważa kulturowe, paternalistyczne podłoże traumy, powstającej na skutek odbierania prawa (lub nieprzyznawania go) jednostkom, które uznaje się za niezdolne do samostanowienia. Fałszywa autarkia rodziny, zamykająca się w figurze społecznego pars pro toto („pokoik w łóżeczku”), zinternalizowane mechanizmy kontroli („rozmowa prowadzona na smyczy, ku gościom”), wyobrażenie domu jako systemu stabilnych znaczeń – wszystkie te czynniki powodują, że „zewnętrze” symboliczne wydaje się pozbawione zdolności sensotwórczych, a wymyślanie alternatywnej rzeczywistości niemożliwe. W instytucji rodziny, wykoncypowanej przez Dalasińskiego, przegląda się niepostrzeżenie cała ambiwalencja liberalnej utopii od samego jej zarania: awersem wolności jest przyzwolenie na społeczną niedojrzałość, rewersem – rozbudowywany zespół praktyk nadzoru. W tym dialektycznym uścisku władzy „dorastanie” społeczeństwa, swoiste działanie na rzecz empowermentu byłoby równoznaczne z zamachem na konstytutywne zasady sprawowania rządów. Tymczasem nie można zajrzeć za horyzont, nie wychodząc z domu. Autor „Podkoszulka” nakłania zatem, „by obrać/ kurs na pożegnanie” i „udawać/ się w stronę potrzeby”. Albowiem, jak stwierdzają autorzy książki Koniec świata, jaki znaliśmy, Claus Leggewie i Harald Welzer[iv]: „Koniec świata? Nie, to nie świat się rozpada […]. Rozpadają się natomiast struktury i instytucje, które nadają charakter i stanowią oparcie świata, jakim go dotąd znaliśmy: rynki kapitalistyczne, normy cywilizacyjne, autonomiczne jednostki, formy globalnej współpracy i procedury demokratyczne”.

Powróćmy na moment od retoryki spraw finalnych do zarysowanej na początku, nieco mimochodem, paraleli między Peiperem a twórcami najnowszymi, paraleli, zasadzającej się wyłącznie na kontyngencji. Pomny bowiem Marksowskiego ostrzeżenia, aby zbyt pochopnie nie aplikować kategorii opisowych danego okresu historycznego do oceny zjawisk zachodzących w innym czasie i warunkach, nie mam zamiaru przywoływać krytycznych homologii pomiędzy dwudziestoleciem międzywojennym a specyfiką ostatnich dwóch dekad. Podobne podejście, popularne wśród komentatorów literatury i kultury w latach dziewięćdziesiątych, grozi bowiem niemożliwością uwolnienia się od odczuwanego wciąż na plecach ciężkiego oddechu historii porażek i podążających za nią przestróg: przed awangardową naiwnością, uzurpatorskimi projektami naprawy świata, totalitarnym obliczem każdej utopii, w końcu – przed wszelką krytyczną interwencją. Po drugie zaś, uznanie, że oto kolejny obrót wykonuje koło zamachowe świata, wraz z którym historia powraca do swego (właściwego lub nie) koryta, prowadzi albo do skonstatowania jej mesjanicznego lub materialistycznego wypełnienia, albo do – wspartego na doksie – przekonania, że sinusoida dziejów niczym giełdowy indeks zawsze odbije się od swych wartości niepożądanych. Co na jedno wychodzi. W neoliberalnej euchronii bowiem, zarówno po triumfalnym końcu historii, jak i w toku cyklicznego jej ewoluowaniu ku doskonałości (in progress), wszelkie kryzysy fingowane są jako lokalne i przejściowe, niezdolne do destabilizacji porządku świata, który przedstawia się niczym odwieczny i naturalny błogostan. Obydwa zaś warianty pojmowania cyrkulacji dziejowej skłonne byłyby przyznać, że z kryzysów „wychodzi się” za pomocą tych samych co zawsze narracji: politycznych, ekonomicznych, narodowościowych itp.

Poważnych komplikacji doświadczamy z chwilą, kiedy dopuścimy do siebie myśl, że, jak pisze i wykonuje Szczepan Kopyt, „nie ma żadnego kryzysu/ to jest normalny stan kapitalizmu”[v]. Wówczas poważnej korekcie ulec musi nie tylko idealistyczna teza o liberalnej demokracji jako najwyższym stadium rozwoju i najdoskonalszym wcieleniu ducha dziejów (który jako byt racjonalny nie podlega wykolejeniu), ale i pseudocykliczne pojmowanie czasu historycznego w kategoriach trefnej wstęgi Möbiusa, nieco na wzór kapitalistycznego czasu produkcji: połączenia linearności dążeń do pomnażania zysku, zgodnie z liberalną obietnicą szczęścia, na którą trudno znaleźć pokrycie, oraz powtarzalności pewnych działań i zrutynizowanego trybu życia[vi]. Autorzy Końca świata… piszą zresztą o dość podobnej figurze:

Jako ludzie nowocześni jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia w kategoriach postępu liniowego, którego kresu nie znamy. Na drodze wzrostu i rozwoju zdarzały się z pewnością cezury i porażki, ale w sumie posuwaliśmy się stale naprzód. Takie konstrukcje myślowe jak zastój czy regres trafiły do lamusa, skończoność stała się nie do pomyślenia.[vii]

Można by zaryzykować stwierdzenie, że Claus Leggewie i Harald Welzer swoją książką przypieczętowują tylko upadek nowoczesności po… jej końcu. A jednak złożoność problemu polega, po pierwsze, na pogrzebaniu tej formacji narzędziami nauki, które sama wytworzyła z roszczeniową wiarą w ich niezawodność (nieusuwalne skutki ekologiczne i nieodwracalne dane gospodarcze). Po drugie, co istotniejsze, na ostatecznym pożegnaniu mitów, które neoliberalizm wraz z kapitalizmem kultywowały w jej łonie i wedle których składały aż dotąd nowoczesności swe ofiary. Nie da się dalej symulować wydajności dotychczasowych sposobów uprawiania polityki – mówią niemieccy autorzy. Wypaliły się dominujące modele zarządzania rzeczywistością, skończyły się możliwości i środki doraźnego reagowania antykryzysowego na wielu płaszczyznach: choćby ekonomicznej i mentalnej. Wskaźniki, generowane dotąd przez hurraoptymistyczne algorytmy planistów niczym liczby w okresie, dążące do nieskończoności, zderzają się nagle z własną puentą, która wyrasta przed nimi jak deus ex machina w wierszu Rafała Krausego (określającego siebie mianem twórcy „poe-konomii”) „333”[viii]:

Sześćdziesiąt siedem razy wolność
w odjęciach drzew w nie maniu nic do dodania
równościach i nierównościach terenów
potęgach komisji i instytucji. Dzieleniach
partycypacji dzielnic gmin regionów i stolic
frakcji grup partii części zbiorów podzbiorów
zespołów do spraw do liczb całkowitych.
Sześćdziesiąt siedem razy liczenie ujęć
problemów procentów stóp łydek mnożenia
początków i nieskończonych
braków

(Deus ex machina)

puenty.

Permanentny wzrost gospodarczy zmierza więc do swego kresu, pustosząc inne sfery życia, i nie może dłużej stanowić centralnej narracji współczesnych logistyków. Zautonomizowany system, który za pomocą brzytwy Ockhama niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki postanowił wyłączyć ze swojego nawiasu wszystkie czynniki, jakich nie dało się poddać konwersji na język maksymalizacji zysków – obnaża własną wyczerpywalność i kapituluje. W dodatku natura, pojmowana wciąż jako niezawisły obszar i odnawialne zaplecze dla technokratycznego pochodu, okazała się racjonalistyczną wydmuszką i odmówiła dalszej samoreprodukcji. Wobec tego efektu domina, czy raczej entropijnego efektu implozji, zdają się mówić niemieccy autorzy, przeobrażeniu muszą również ulec (naraz!) pewne style i priorytety hegemonicznego myślenia o tożsamości i historii, etyce i duchowości, a także udziale społeczeństwa w podejmowaniu kluczowych dla kształtu współczesnego świata decyzji. Tylko doszczętna wymiana instytucji i radykalna zmiana na miarę rewolucji kulturalnej mają szansę zrównoważyć ekosystem, rozumiany szerzej jako społeczny byt ekolektywny. Nie ma żadnego kryzysu, to metakryzys, czyli – normalny stan kapitalizmu oraz antropocentrycznego, późnonowoczesnego rozumu.

Megakryzysy […] nie są kryzysami w potocznym sensie tego słowa, to znaczy wstrząsami wytrącającymi system z równowagi, do której powraca on po udanym procesie adaptacji, odnawiając się na wyższym poziomie rozwoju. Sygnalizują one istnienie metakryzysu, w którym koszty systemów cząstkowych, wynikające ze złożoności całego układu, wskutek nakładania się na siebie różnych negatywnych czynników przestają rosnąć linearnie i nie można ich obniżyć, stosując dotychczasowe metody działania, czyli podnosząc poziom złożoności. […] W momencie wieńczącego ten triumfalny pochód spełnienia kapitalistyczny system gospodarki staje wszelako, o ironio historii, u progu katastrofy, gdyż nie jest w stanie funkcjonować jako uniwersalny wzorzec i jako taki nigdy nie był pomyślany.[ix]

Zmieniła się skóra istnień…

cdn…

[i] Tadeusz Peiper, Punkt wyjścia, [w:] Tegoż, Tędy. Nowe usta, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1972, s. 27–28
[ii] Seweryn Górczak, „Nieuzasadnione”, [w:] Tegoż, Konstytucja, Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 2013
[iii] Tomasz Dalasiński, „Podkoszulek”, [w:] „Wakat”, nr 3(18)/2012
[iv] Claus Leggewie, Harald Welzer, Koniec świata, jaki znaliśmy. Klimat, przyszłość i szanse demokracji, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012, s. 9
[v] Szczepan Kopyt, „Kryzys”, [w:] Tegoż, Buch, Wydawnictwo Wielkopolskiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2011, s. 29
[vi] Por. Guy Debord, Społeczeństwo spektaklu oraz Rozważania o społeczeństwie spektaklu, PIW, Warszawa 2006
[vii] Claus Leggewie, Harald Welzer, op.cit.
[viii] Rafał Krause, „333”, [w:] Tegoż, Pamiętnik z powstania, Dom Literatury w Łodzi, SPP Oddział w Łodzi, Łódź 2013
[ix] Claus Leggewie, Harald Welzer, op.cit., s. 49

Michał Kasprzak

(1981) poeta, krytyk literacki, studiował polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Sygnatariusz Manifestu Neolingwistycznego, autor tomiku poetyckiego Bo on to zgubi (Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 2003). Szkice krytyczne publikował m.in. w "Lampie", "Studium", "Ha!arcie", "Toposie", "Odrze", "Witrynie Czasopism", antologiiTekstylia. O "rocznikach siedemdziesiątych" (Krakowska Alternatywa & Rabid, Kraków, 2002) oraz przewodnikuLiteratura polska 1989–2009 (Korporacja Ha!art, Kraków 2010). Od 2014 prowadzi przegląd poetycki w magazynie "Lampa". Współredaktor serii poetyckich wydawanych przez SDK. Stypendysta Miasta Warszawy oraz MKiDN w roku 2012. Członek grupy roboczej ds. priorytetu "Czasopisma" przy MKiDN z ramienia Koalicji Czasopism.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!