[Tysiąc plateau. Kapitalizm i schizofrenia 2]


2. 1914 – Jeden czy wiele wilków?

[…]

Owego dnia człowiek-wilk wstał z kozetki szczególnie zmęczony. Wiedział, że Freud ma dar ocierania się o prawdę i omijania jej, by następnie skojarzeniami wypełnić pustkę. Wiedział, że Freud zupełnie nie zna się na wilkach, zresztą na anusie też nie. Freud rozumiał tylko, czym jest pies – i ogon psa. To nie wystarczało; to nie mogło wystarczyć. Człowiek od wilków wiedział, że Freud ogłosi jego rychłe wyleczenie, ale wiedział też, że wcale nie jest wyleczony i że będzie już wiecznie badany przez Ruth [1], przez Lacana, przez Leclaire’a. Wiedział wreszcie, że oto zyskuje prawdziwe imię własne: człowiek od wilków – imię bardziej własne niż to, które nosił, ponieważ osiągnął najwyższy stopień osobliwości w momentalnym ujęciu [2] rodzajowej (generique) wielości: wilków – ale wiedział też, że to nowe, prawdziwe imię własne zostanie zniekształcone, błędnie zapisane, przepisane jako patronim.

Tymczasem jeśli idzie o Freuda, wkrótce spod jego pióra wyjdzie kilka nadzwyczajnych stron. Stron doskonale praktycznych, traktujących – w artykule z 1915 roku pt. Nieświadomość – o różnicy między neurozą a psychozą. Freud powiada, że histeryk lub obsesjonat to ludzie zdolni porównać całościowo skarpetkę do waginy, bliznę – do kastracji itd. Bez wątpienia pojmują oni obiekt jednocześnie jako całkowity i utracony. Ale ująć erotycznie skórę jako wielość porów, drobnych punktów, drobnych blizn lub drobnych dziurek, ująć erotycznie skarpetkę jako wielość oczek, oto coś, o czym nie pomyśli neurotyk – podczas gdy psychotyk jest do tego zdolny: „Uważamy również, że fakt, iż bruzd owych jest tak wiele, powstrzymywałby neurotyka przed wykorzystaniem ich jako substytutu kobiecych genitaliów” [3]. Porównywać skarpetkę do waginy – to jeszcze ujdzie, robi się to codziennie, ale porównać czysty zbiór (ensemble) oczek do pola wagin – do tego trzeba być szalonym: oto, co mówi Freud. To bardzo istotne odkrycie kliniczne – stąd cała różnica stylu między neurozą a psychozą. Na przykład, gdy Salvador Dali stara się ze wszystkich sił odtworzyć swe majaczenia, potrafi długo prawić o Rogu Nosorożca; nie wychodzi on w tym wypadku poza dyskurs neuropatyczny. Ale kiedy zaczyna porównywać gęsią skórkę, pobudzenie skóry, do pola drobniutkich rogów nosorożców, czujemy silnie, że atmosfera się zmienia i że wkroczyliśmy w szaleństwo. I czyż chodzi jeszcze o porównanie? To raczej czysta wielość, która przemienia części składowe albo się staje. Na poziomie mikrologicznym małe pęcherzyki „stają się” rogami, a rogi – małymi penisami.

Ledwie odkrywszy najwyższą sztukę nieświadomego, ową sztukę molekularnych wielości, Freud nieustannie powraca do jednostek molowych i przypomina sobie dobrze znane tematy: Ojciec, Penis, Wagina, Kastracja… – wszystkie wielkimi literami – itd. (Tak bliski odkrycia kłącza, Freud wraca zawsze do zwykłych korzeni). Procedura redukcji w artykule z 1915 roku jest bardzo interesująca: Freud powiada, że neurotyk w swych porównaniach lub identyfikacjach kieruje się przedstawieniami rzeczy, podczas gdy psychotyk ma do dyspozycji jedynie przedstawienia słowne (na przykład słowo dziura). „Zastępstwo przepisane zostało więc przez podobieństwo formy językowej, nie przez podobieństwo określanych rzeczy” [4]. W ten sposób, gdy nie ma jedności rzeczy, pozostaje przynajmniej jedność i tożsamość słowa. Jak zobaczymy, imiona są tu dobierane i wykorzystywane ekstensywnie, to znaczy funkcjonują jako nazwy pospolite, zapewniające unifikację zespołu (ensemble), którego subsumcji dokonują. Imię własne może być tylko przypadkiem skrajnym nazwy pospolitej, ujmując w sobie jej już udomowioną wielość i odnosząc ją do bytu lub obiektu ustanowionego jako jedyny. Zagrożony – tak ze strony słów, jak i rzeczy – jest tu związek imienia własnego jako intensywności z wielością, którą momentalnie ujmuje. Dla Freuda, gdy rzecz wybucha i traci swą tożsamość, słowo już tam jest, by jej ją przywrócić lub wynaleźć. Freud liczy na słowo, by odbudować jedność, której nie było już w rzeczach. Czyż nie jesteśmy świadkami narodzin następnego ryzyka: zagrożenia Znaczącym – podstępną, despotyczną instancją, która sama podstawia się w miejsce nie-znaczących imion własnych i zastępuje wielości ponurą jednością obiektu ogłoszonego utraconym?

Nie oddaliliśmy się od wilków. Bo człowiek-wilk to także ktoś, kto – podczas drugiego epizodu, zwanego psychotycznym – stale będzie obserwował przemiany, ruchomą trajektorię małych dziurek lub małych blizn na skórze swego nosa. Ale w trakcie pierwszego epizodu, który Freud ogłasza neurotycznym, człowiek-wilk opowiada, że śnił o sześciu lub siedmiu wilkach na drzewie i rysuje pięć z nich. Któż zatem ignoruje fakt, że wilki przychodzą sforą? Nikt poza Freudem. Freud nie wie tego, co wie każde dziecko, i pyta z fałszywymi skrupułami: jak wyjaśnić, że we śnie było pięć, sześć czy siedem wilków? Zdecydowawszy już, że ma do czynienia z neurozą, Freud zaprzęga do pracy inną procedurę redukcji: to już nie subsumcja werbalna na poziomie przedstawienia słownego, lecz wolne skojarzenie na poziomie przedstawień rzeczowych. Wynik jest ten sam, bo zawsze chodzi o powrót do jedności, do tożsamości osoby lub rzekomo utraconego obiektu. Tak oto wilki muszą się oczyścić ze swej wielości. Operacja dokonuje się przez skojarzenie snu z bajką o Wilku i siedmiu kózkach (z których tylko sześć zostanie zjedzonych). Jesteśmy świadkami radosnej redukcji, widzimy czarno na białym, jak wielość opuszcza wilki i przechodzi na kózki, które nie mają w tej historii absolutnie nic do roboty. Siedem wilków to nic innego, jak tylko kózki, sześć wilków – ponieważ siódma kózka (sam człowiek-wilk) chowa się w zegarze, pięć wilków – ponieważ być może o piątej zobaczył rodziców w trakcie stosunku i ponieważ rzymska cyfra V zostaje skojarzona z erotycznym rozwarciem kobiecych ud, trzy wilki – ponieważ rodzice kochali się, być może, trzy razy, dwa wilki – bo to dwoje rodziców more ferarum, lub nawet dwa psy, które dziecko miało wcześniej widzieć w trakcie kopulacji, i wreszcie jeden wilk – bo wilk to ojciec, wiadomo to od początku, w końcu zero wilków, albowiem wilk zgubił ogon, będąc tyleż wykastrowanym, co kastrującym. To jakiś żart? Wilki nie mają żadnej szansy, by się uratować, ocalić swoją sforę: od początku jest już przesądzone, że zwierzęta służyć mogą jedynie jako reprezentacja kopulacji rodziców lub odwrotnie – mogą być przez kopulację reprezentowane. Najwidoczniej Freud nic nie wie o fascynacji wywoływanej przez wilki, o tym, co znaczy niemy zew wilków, wezwanie do stawania-się-wilkiem. Wilki obserwują, wpatrują się w śniące dziecko; o wiele bezpieczniej powiedzieć sobie, że sen wytworzył odwrócenie i że to dziecko patrzy na psy lub na rodziców w trakcie stosunku. Freud zna jedynie zedypalizowanego wilka lub psa, wykastrowanego kastrującego wilka-tatę, psa w budzie, hau-hau psychoanalityka.

Franny słucha audycji o wilkach. Mówię jej: chciałabyś być wilkiem? Odpowiada z wyższością – co za głupota, nie można być wilkiem, jest się zawsze ośmioma lub dziesięcioma wilkami, sześcioma lub siedmioma wilkami. Nie sześcioma czy siedmioma wilkami na raz, w sobie samym, lecz wilkiem pośród innych, z pięcioma czy sześcioma innymi wilkami. W stawaniu-się-wilkiem istotna jest pozycja masy i przede wszystkim pozycja samego podmiotu w stosunku do sfory, w stosunku do wielości-wilków. To, jak podmiot włącza się w nią lub nie, dystans, jaki zachowuje, sposób, w jaki utrzymuje się lub nie w wielości. Żeby złagodzić swoją surową odpowiedź, Franny opowiada sen: „Jest sobie pustynia. Znów, nie miałoby sensu powiedzieć, że jestem na pustyni. To panoramiczny widok pustyni – pustyni, która nie jest ani tragiczna, ani niezamieszkana, pustyni, która jest pustynią jedynie przez swój kolor ochry, i swoje światło, gorące i bez cienia. Pośród niej wrzący tłum, rój pszczół, kocioł futbolistów czy grupa Tuaregów. Jestem na skraju tego tłumu, na peryferiach, ale do niego należę, jestem z nim złączona kończynami mojego ciała, dłonią, stopą. Wiem, że te peryferia są dla mnie jedynym możliwym miejscem, umarłabym, gdybym pozwoliła się zaciągnąć w środek tłumu, lecz z równą pewnością – gdybym go zostawiła. Niełatwo zachować moją pozycję, wręcz bardzo trudno ją utrzymać, ponieważ byty te mieszają się bez ustanku, ich ruchy są nieprzewidywalne i nie odpowiadają żadnemu rytmowi. Raz wirują, innym razem idą na północ, potem nagle na wschód, żadna z jednostek składających się na tłum nie pozostaje w tym samym miejscu w stosunku do innych. A zatem i ja również jestem stale w ruchu; wszystko to wymaga wielkiego napięcia, ale daje mi uczucie gwałtownego, niemal zapierającego dech szczęścia”. To bardzo dobry schizo-sen. Być w samym środku tłumu i jednocześnie całkowicie na zewnątrz, bardzo daleko: skraj, spacer à la Virginia Woolf („nigdy już nie powiem jestem tym, jestem tamtym[5]).

Problemy zaludniania nieświadomego: wszystko, co przenika pory schizola, żyły narkomana, roje, wirowania, pobudzenia, intensywności, rasy i plemiona. Czy to w opowiadaniu Jeana Raya, który wiedział, jak związać przerażenie z fenomenami mikro-wielości, biała skóra wydyma się tyloma pęcherzami i bąblami, a karłowate czarne głowy przechodzą przez pory, głowy wykrzywione, odrażające, które trzeba golić brzytwą każdego ranka? A także „omamy lilipucie” po eterze. Jeden, dwóch, trzech schizoli: „W każdym porze skóry rosną mi niemowlęta” – „Ach, nie w porach, lecz w moich żyłach rosną małe sztabki żelaza” – „Nie chcę, żeby mi robili jakiekolwiek zastrzyki poza spirytusem kamforowym. Inaczej w każdym porze rosną mi piersi”. Freud próbował podejść do fenomenów tłumu z punktu widzenia nieświadomego, ale nie dostrzegł, nie dostrzegał, że samo nieświadome jest przede wszystkim tłumem. Był krótkowzroczny i głuchy; wziął tłumy za pojedynczą osobę. Schizole, odwrotnie, mają wyostrzony wzrok i słuch. Nie biorą pomruków i naporów tłumu za głos taty. Pewnego razu Jung śnił o kościach i czaszkach. Kość, czaszka nigdy nie istnieją samotnie. Ossuarium jest wielością. Ale Freud chciał, żeby oznaczało to śmierć kogoś. „Jung, zdziwiony, zwrócił mu uwagę, że było tam wiele czaszek, nie tylko jedna. Ale Freud w dalszym ciągu…” [6].

Wielość porów, czarnych punktów, drobnych blizn lub oczek materiału. Piersi, niemowląt, sztabek. Wielość pszczół, futbolistów, Tuaregów. Wielość wilków, szakali… Wszystko to nie daje się zredukować, lecz odsyła nas do pewnego stanu (statut) formacji nieświadomego. Spróbujmy określić czynniki, które mają tu swój udział: przede wszystkim coś, co odgrywa rolę pełnego ciała – ciało bez organów. To pustynia z poprzedniego snu. To drzewo bez liści, na którym we śnie człowieka-wilka siedzą wilki. To skóra jako powłoka lub pierścień, skarpetka jako powierzchnia odwracalna. To może być dom, pomieszczenie w domu i jeszcze wiele rzeczy, cokolwiek. Nikt nie kocha się z miłością, jeśli nie ustanowi w sobie samym, z innym lub innymi, ciała bez organów. Ciało bez organów nie jest ciałem pustym i pozbawionym organów, ale ciałem, na którym to, co służy za organy (wilki, oczy wilków, szczęki wilków?) rozkłada się na wzór fenomenów tłumu, wedle ruchów Browna, na kształt wielości molekularnych. Pustynia jest zaludniona. Nie tyle zatem przeciwstawia się organom, ile organizacji organów w tej mierze, w jakiej organizacja tworzyłaby organizm. Ciało bez organów nie jest ciałem martwym, lecz ciałem żyjącym, tym bardziej żyjącym, tym bardziej się rojącym, że rozsadziło organizm i jego organizację. Pchły skaczą po nadmorskiej plaży. Kolonie skóry. Pełne ciało bez organów jest ciałem zaludnionym przez wielości. A problem nieświadomego z pewnością nie ma nic wspólnego z rodzeniem (génération), lecz z zaludnianiem, z populacją. To sprawa światowej populacji na pełnym ciele Ziemi, a nie organicznego rodzenia w ramach rodziny. „Uwielbiam wynajdywać szczepy, plemiona, początki rasy… Powracam od moich plemion. Na dzisiaj jestem adoptowanym synem piętnastu plemion, ani jednego więcej, ani jednego mniej. Są to moje plemiona adoptowane, bo kocham każde bardziej i lepiej, niż gdybym się w nim urodził”. Mówi się nam: ale jednak schizofrenik ma ojca i matkę? Z żalem oświadczamy – nie, nie ma nikogo takiego. Ma jedynie pustynię i plemiona, które ją zamieszkują, pełne ciało i wielości, które się w nie wczepiają.

Stąd, po drugie, natura tych wielości i ich elementów. KŁĄCZE. Jedną z istotnych cech śnienia wielości jest to, że każdy element nieustannie zmienia się i modyfikuje swoją odległość wobec innych. Elementy wielości na nosie człowieka-wilka, określone jako pory skóry, jako drobne blizny w porach, malutkie rowki w zabliźnionej tkance, nie przestają tańczyć, powiększać się i zmniejszać. Tak więc te zmienne odległości nie są jakościami ekstensywnymi, które dzielą się jedne na drugie, lecz raczej są każdorazowo niepodzielne, „względnie niepodzielne”, to znaczy nie dzielą się z tej lub tamtej strony jakiegoś progu, nie rosną i nie maleją inaczej niż wtedy, gdy ich elementy zmieniają swą naturę. Rój pszczół, a tu oto kocioł futbolistów w prążkowanych podkoszulkach lub też banda Tuaregów. Albo jeszcze: klan wilków, który za sprawą bieżącego zawsze po skraju Mowgliego podwaja się przez rój pszczół – przeciwko bandzie dholi [7] (o tak, Kipling lepiej niż Freud rozumiał zew wilków, ich libidinalne znaczenie, a ponadto u człowieka-wilka pojawia się również historia os i motyli następująca po wilkach, przechodzimy od wilków do os). Ale co to ma znaczyć, owe niepodzielne odległości, które nieustannie się przekształcają, które dzielą się czy też przekształcają jedynie gdy ich elementy każdorazowo zmieniają swą naturę? Czy nie jest to już intensywność cechująca elementy i ich wzajemne stosunki w tym rodzaju wielości? Dokładnie tak, jak prędkość czy temperatura nie składają się z innych prędkości lub temperatur, lecz obejmują je albo są przez nie obejmowane, co oznacza za każdym razem zmianę natury. Jest tak, ponieważ wielości te nie mają zasady swej miary w homogenicznym środowisku, lecz gdzie indziej – w siłach, które na nie działają, w fenomenach fizycznych, które je biorą w posiadanie, dokładniej w libido, które wytwarza je od środka, dzieląc się zawsze na zmienne i jakościowo odrębne przepływy (flux). Sam Freud rozpoznał wielość „prądów” libidinalnych, które współistnieją w człowieku-wilku. Tym bardziej zadziwia nas sposób, w jaki traktuje on wielości nieświadomego. U Freuda bowiem zawsze musi nastąpić redukcja do Jednego: drobne blizny, małe dziurki będą poddziałami wielkiej blizny lub większej dziury nazwanej kastracją, wilki będą substytutami jednego i tego samego Ojca, którego odnajdujemy wszędzie, skoro zostanie tam umieszczony (jak mówi Ruth Mack Brunswick, ruszamy, wilki to „wszyscy ojcowie i lekarze”, ale człowiek-wilk myśli: a mój tyłek to nie wilk?).

Należałoby zrobić rzecz odwrotną, należałoby pojmować w intensywności: wilk to sfora, to znaczy wielość uchwycona jako taka, w jednej chwili, poprzez jej przybliżanie i oddalanie się od zera – odległości za każdym razem nierozkładalne. Zero to ciało bez organów człowieka-wilka. Nieświadome nie zna negacji dlatego, że nie ma w nieświadomym nic negatywnego, a tylko nieokreślone przybliżenia i oddalenia od punktu zero, który w żadnym razie nie wyraża braku, lecz pozytywność pełnego ciała jako wspornika i wspólnika (ponieważ „napływ [afflux] jest niezbędny o tyle tylko, o ile znaczy brak intensywności”). Wilki wyznaczają intensywność, grupę intensywności, próg intensywności na ciele bez organów człowieka-wilka. Człowiek-wilk słyszy od dentysty: „zaciska pan szczękę tak, że wypadną panu zęby, zbyt silnie pan zagryza” – a jednocześnie jego dziąsła pokrywają się wrzodami i małymi dziurkami [8]. Szczęka jako najwyższa intensywność, zęby jako intensywność niższego rzędu i owrzodzone dziąsła jako przybliżenie do zera. Wilk, jako momentalne ujęcie wielości w tej sferze, to nie reprezentant, substytut – to ja czuję. Czuję, że staję się wilkiem, wilkiem pośród wilków, na skraju wilków. I okrzyk trwogi (angoisse), jedyny, jaki słyszy Freud: pomóżcie mi nie stać się wilkiem (lub na odwrót: nie zawieść w tym stawaniu się). Nie chodzi tu o reprezentację: w żadnym razie nie o wiarę, że jest się wilkiem, o przedstawienie siebie jako wilka. Wilk, wilki, są intensywnościami, prędkościami, temperaturami, zmiennymi i nierozkładalnymi odległościami. Rojeniem się, rozwilczeniem. Jak można sądzić, że maszyna analna nie ma nic wspólnego z maszyną wilków, lub że obie są połączone tylko aparatem edypalnym, arcyludzką figurą Ojca? Bo ostatecznie anus także wyraża intensywność, tu – przybliżenie do zerowej odległości, która rozkłada się jedynie gdy jej elementy zmieniają naturę. Pole anusa, zupełnie jak sfora wilków. I czy to nie przez anus dziecko trzyma się wilków, na peryferiach? Opadanie szczęki ku anusowi. Trzymanie się wilków – szczęką i anusem. Szczęka nie jest szczęką wilka, to nie takie proste, ale szczęka i wilk tworzą wielość, która przekształca się w oko i wilka, w anus i wilka, wedle innych odległości, podług innych prędkości, z innymi wielościami, w granicach wyznaczonych przez progi. Linie ujścia czy deterytorializacji, stawanie-się-wilkiem, stawanie-się-nieludzkim zdeterytorializowanych intensywności, to właśnie jest – wielość. Stawać się wilkiem, stawać się dziurą, to deterytorializować się wedle odrębnych, splątanych linii. Dziura nie jest niczym bardziej negatywnym niż wilk. Kastracja, brak, substytut, cóż to za historia opowiadana przez nadświadomego idiotę, który nie rozumie nic z wielości jako formacji nieświadomego. Wilk, lecz także dziura, to cząstki (particules) nieświadomego, nic więcej, jak tylko cząstki, produkcje cząstek, trajektorie cząstek jako elementów molekularnych wielości. Nie wystarczy tylko powiedzieć, że intensywne, poruszające się cząstki przechodzą przez dziury, dziura jest cząstką w stopniu nie mniejszym niż to, co przez nią przechodzi. Fizycy mówią: dziury nie są nieobecnością cząstek, lecz cząstkami poruszającymi się szybciej niż światło. Latające anusy, chyże waginy – kastracja nie istnieje. […]


Fragment w tłumaczeniu Sławomira Królaka, Piotra Laskowskiego i Mateusza Janika pochodzi z książki: Gilles Deleuze, Félix Guattari, Tysiąc plateau. Kapitalizm i schizofrenia 2, red. Joanna Bednarek, tłum. Sławomir Królak, Piotr Laskowski, Mateusz Janik, wydawca Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana, Warszawa 2015. Projekt dofinansowany przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

 

[1] Chodzi o psychoanalityczkę Ruth Mack Brunswick [przyp. red.].
[2] „Momentalne ujęcie” to termin pochodzący od Kanta; za tłum. R. Ingardena – Immanuel Kant, Krytyka czystego rozumu, t. 1, PWN 1957, s. 327. Jak wyjaśnia Kant, wrażenie, czyli zjawisko ujmowane momentalnie (od razu jako jedność, a nie na drodze syntezy wielu wrażeń), posiada wielkość – jednak nie wielkość ekstensywną (czyli mierzalność, jaką posiadają przedmioty czasoprzestrzenne, rozciągłe), a intensywną – „pewien stopień wpływania na zmysł” (I. Kant, Krytyka czystego rozumu, s. 325) [przyp. tłum].
[3] Sigmund Freud, Nieświadomość, w: tegoż, Psychologia nieświadomości, tłum. R. Reszke, KR 2007, s. 126. [W tłumaczeniu polskim zamiast „neurotyka” (névrosé), występującego w Tysiącu wzniesień, pojawia się „histeryk”. W oryginale niemieckim w tym zdaniu użyty został zaimek odnoszący się do pojawiającego się w poprzednim zdaniu „histeryka” – przyp. tłum.].
[4] Sigmund Freud, Nieświadomość, s. 127 [przyp. tłum].
[5] „(…) nie powiedziałaby o sobie, że jest taka czy taka” – Virginia Woolf, Pani Dalloway, tłum. K. Tarnowska, PIW 1997, s. 11. Deleuze i Guattari są tu bliżsi oryginału: „she would not say of herself, I am this, I am that” [przyp. tłum].
[6] Edward A. Bennet, What Jung Really Said, Schocken Books 1967, s. 74.
[7] Dhole – rude (dzikie) psy; zob. Rudyard Kipling, Druga księga dżungli, tłum. J. Birkenmajer, Książka i Wiedza 1988, s. 157 i nast. [przyp. tłum].
[8] Ruth Mack Brunswick, En supplément à l’Histoire d’une névrose infantile de Freud, „Revue française de psychanalyse”, nr 4, 1936.

Gilles Deleuze, Félix Guattari

Gilles Deleuze (1925–1995) Jeden z najbardziej wpływowych filozofów drugiej połowy XX wieku. Profesor Uniwersytetu Paris VIII. Do najważniejszych jego publikacji należą: Logika sensu (1969), Francis Bacon. Logika wrażenia (1984), Kapitalizm i schizofrenia. T. I: Anty-Edyp (1972), Proust i znaki (1964), Co to jest filozofia (1991), Różnica i powtórzenie (1997), a także prace o Nietzschem, Bergsonie, Spinozie i Kancie. Félix Guattari (1930–1992) Francuski psychoterapeuta i filozof. Współtwórca pojęcia „schizoanaliza” i jednego ze znaczeń terminu „ekozofia”. Sławę przyniosła mu współpraca z Gilles’em Deleuzem nad dwoma tomami francuskiego dzieła, przetłumaczonego na angielski: Capitalism and Schizophrenia: Anti-Oedipus (1972) i A Thousand Plateaus (1980).

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!