Wiersze

Widmowe sieci

I

Chryzor, jasny jak żółtko jajka. Jem tost, patrzę na morze.

Na wczorajszych zajęciach – jabonero de Cortés lub Rypticus bicolor
kiedy jest zaniepokojony
wydziela śluz pieniący się niczym mydło –

Ten gatunek ryb, jak twierdzą naukowcy, sunie spokojnie ku wyginięciu. W nocy
krążąc na skraju mojego półsnu, ociera się płetwami o miejsce całkowitego

zamazania, całkowitego wymazania. „Pozbawione są szyi – powiada Arystoteles – ogon
płaszczek (rai), u których jest on długi i cienki; nie mają rąk, ni stóp…”.

II

Nurkowie sprawdzają powietrze, jak gdyby wciąż byli pod wodą. Cały dzień
poławiali małże, przegrzebki, ślimaki i ośmiornice.

          Przygotowałam różową lemoniadę z workiem lodu
kupionym na stacji benzynowej u wylotu drogi.

W kuchni jeden z nurków zaczyna opowiadać historię
młodości: morskie żółwie napływają

w setkach na brzeg, odgarniają piasek silnymi płetwami i składają jaja.

Oni nadchodzą zaś w nocy. I pod koniec okresu lęgowego
łapią żółwicę, kiedy ta powraca do morza. Podcinają

jej gardło, podstawiają filiżankę, zbierają krew i piją
przed rozłupaniem plastronu i usunięciem mięsa.

                    Nie sama opowieść, lecz sposób,
w jaki ją opowiada, przypomina miłosną grę.

Zielone gąsienice spadają z palmowych liści na werandę, gorzko-słodki
smak taniej lemoniady.

                     I odwieczna dialektyka wnętrze/zewnętrze –

III

Zapytaj ślepca, jak starannie budujemy nasz świat na świetle.

Zapytaj ośmiornicy, jak upodobniły się do siebie ewolucje naszych oczu.

IV

Nie staram wyobrażać sobie życia kobiet doglądających klatek na ostrygi
w estuariach na brzegu Sonory.

Wystarczy podążać za ręcznie malowanym szyldem z syreną,
która zdziera skórę w piasku.

Nieco dalej, na wydmach, kłębią się zdziczałe psy
biesiadujące nad padliną wyrzuconego na brzeg finwala.

Przez szkic sączy się pływ,
poniżej słonorośli jest prosty i płaski. Siedzimy

pod palapas, który szeleści krzaczastymi włosami,
jakby oczyszczał powietrze ze znaczenia.

Mówisz, że wszystko co żyje jest fakturą.

Patrząc na kobiety brodzące w stronę klatek z łódkami ze styropianu,
na ostrygi drżące w muszlach, na limonkę.

V

                       „Nie perfekcja, lecz świeżość”, szumi morze. Wnętrzności

niebieskookiego przegrzebka wrzucane do plastikowej torby Tesco.

Dusza i mięso –

VI

Wspominaliśmy nasz pierwszy
raz, gdy pływaliśmy z papugorybą. Pijąc wino
w kolorze różanego granitu. Jakiś grecki

szczep. Twój szary kot polował
na koniki polne u stóp granatowca.
Powiedziałam: wybudza nas słyszące.

I patrzyliśmy na chmury,
strzępiły się niezdarnie
jak nożyczki dla leworęcznych poruszające się w paluszkach dziecka.

VII

Camarones”, rozpacza rybak
z mola, gdzie krewetki i przegrzebki lśnią

na pokruszonych taflach lodu,
dzieci puszczają celofanowe
latawce póki wiatr nie ustanie, póki chmury nie spłyną

                               w jasny jak papier błękit.
Wczoraj drzewa boojum i szkliste lawy
na Wzgórzach Pinakata.

           Dzisiaj fotografia w sepii Indianki Seri
z odkrytymi piersiami w sukni ze skrzydeł pelikana.

Opada kurz na ulicę, opada na mężczyznę ostrzącego maczetę
przy straganie z Cocos Helados.

                                          I tak każdego dnia.
Wydostajemy się z wyblakłych sieci snu jak Palaemonetes paludosus
w estuariach –
mózg nuci w elektrycznym języku.

Dotyka czegoś, co dopiero się staje.

VIII

Pamiętam jezioro Agassiz i samogłowa. Sen, w którym każdy
oddech jest doskonałą kulą, a jedynym jego wyjaśnieniem
różowe i galwaniczne –

życie! Szczelnie zamknięte w sobie jak niesione przez przypływ wąsonogi.

Uważaj na krawędzie, rzeźbione w pumeksie głowy
zdają się przemawiać z półki zawieszonej w pobliżu pieca.

Opłukiwanie nopali, krojenie w paski, smażenie z jajkami.

I jeszcze wysokie sterty rozkolców –
ich wnętrza jak wnętrza uszu.

Wszystko ciche. Jak gdybyś śnił, że stoisz na wodzie,
choć jej nie słyszysz.

Głowonóg, teraz rozłożony. Linia brzegowa kruszy się jak utleniony cukier.
Piasek prze-twarzany jak cukrowe czaszki
na El Día de los Muertos.

IX

Katherine

heliaster! Całą noc szczekają foki. Budzimy się w świetle gwiazd
wydłużonym w basenach pływowych
w fetorze
gnijącego morskiego lwa, w którego gardle
utknęła plastikowa butelka po coca-coli.

Dzień, kiedy razem z matką odpiłowałeś głowę
martwego delfina,
próbując sprowadzić abstrakcyjność śmierci

do fenomenu umierania. Myślałeś, że głowy
podawano pod szafot dla nauki

zanim ciało nie obróciło się w ten zwyczajny proch,
a echa nie zawróciły pod pustymi sklepieniami –

Bo był czas, kiedy pływając w nocy, wytyczałeś rękoma

szlaki w wodzie. Zapalały się bruzdnice,
przez chwilę ciemność za twoim ciałem była ogonem zielonego światła.

Który potem znikł.

X

Koce były wilgotne, mimo to zaciągnęliśmy je
na wydmy, wypiliśmy tam gorzką kawę

i obraliśmy zimne, ugotowane na twardo jajka. W oddali ogniska.
Gwiazdy otwierały się i zamykały jak malutkie muchołówki

z ich zielonym popiołem, z ich tuszem. Cisza wystarczająca,
żeby usłyszeć trzask krewetek pistoletowych w basenach.

Za każdym razem, gdy brakuje słów, intymność staje się większa.

XI

A dalej jednoręki piekarz w panadería, elegancki w swoim cytrynowo-
żółtym guayabera, jaka stałość motywu w spłoszonym

                                           złocie, i piaszczyste drogi ze sklepami dla turystów,

gdzie za kotarą suszą się w lodzie koniki morskie, rozgwiazdy i rozebrana gęś
jak strony zapisane alfabetem Braille’a.

Pamięć. Odkrycie
                      znaczenia. Nasze umysły i ciemnie,
                      gdzie sięgają tylko symbole.

Mewy zataczają koła, drą się jak wykrochmalone pieluchy.
Na brzegu pieni się od krabów Callinectes. W języku greckim są pięknymi pływakami.

(tłum. Maciej Topolski)

Z niewyjaśnionej kwestii pochodzenia roślin okrytonasiennych

                      – Chicago Cultural Center

                                           Ten hol tak cichy i marmurowy
jak przestrzeń za oczami śpiącej muzy
                      Brâncușiego.
Lampy art déco sączą buduarowe ciepło do smukłych
                      trapezoidów szklanek okrytych szronem.
                                                                Małże – złocone, spętane
u sufitu, gdzie zielone żyłki
                                marmuru ociekają jak mech.

                                Na dworze, kwas lutowego poranka
w kostiumie z szorstkiego zimna.

                     Pamiętasz, że przebudziłeś się
nie mogąc zaczerpnąć tchu –
                                 otoczony w łóżku książkami
                     których strony przemieniały się cicho, choć nieodwołalnie
w proch.
                     Nie mogłeś tego zatrzymać.
          Teraz przyglądasz się drobinkom kurzu zacinającym
na klifie powietrza
          poniżej kopuły Tiffany’ego
                               nabrały charakteru światła
na które, jak myślałeś, są odporne.

                               Dawna wielkość sklepienia przejrzysta
niczym oddech, ofiary w tej krótkiej chwili
ujawnienia,
                     droga, którą twoja dłoń w wodzie może przejść
przez szkło kesonu.

Synapomorfia roślin okrytonasiennych
                               miękkie części usunięte ze skamieliny,
radiant, niema przestrzeń
          która jest ciałem śpiącej muzy.
Kiedy zamykasz oczy

          widzisz breję gwiazdozbiorów
ponad otwierającymi się 140 milionów lat temu pierwszymi kwiatami.

(tłum. Maciej Topolski)

Coriolis

Chore kaktusy zwinęły się w zasłonach grzybów
jak letni domek w zimie
gdy meble milkną pod pokrowcami.

Dach o zdartym goncie, porcelana
wymyta ze stuleci przez odwilż.

Nawet łyżki pochłaniają własne światło jak sen.

Nie jest to twój dom, nie twoja kula
niewyartykułowanych łodyg liliowców,
ani w terrarium zielona fosforescencja mchu
tak sprężystego, że razi cię w oczy.

To nie jest twoje drzewo, nie twój prążkowany
nadrzewny ślimak, ani tlen, którego fale
przechodzą gładko między płucami
tych kilku mięczaków, człowieku.

Gdzie nie spojrzysz, hybrydyczne formy,
lśniące parabole. To nie jest twoja ziemia.

(tłum. Maciej Topolski)

Metamorfoza

                    To zdumiewające, jak rzadko zwykły człowiek dostrzega motyle.
                    – Nabokov

Wydobywamy strumień za pomocą sitka do zupy
oddzielając poczwarki ważek różno- od równoskrzydłych –
ich oczy niczym atramentowe żarówki, szczęki chwytają
zębami światło jak gdyby świat był pełen
malutkich pułapek, każdy mechanizm szpilki do włosów
wywołał zmianę. Taki rykoszet
łaknień domagających się życia, życia, życia przeciw
wodnej ciemni, bulwiastym trzcinom. Wytłumacz mi –
jak wchodząc w życie, udaje im się przeżyć? Opłukuję nasze sztućce
w strumieniu. Upał tak ciężki, że rani skórę.
Bzyczenie dzikich pszczół. Przepływamy przez miasta
pogrzebane w morskiej wodzie, obserwujemy jak butwieją bogowie.
Wydobywamy bogów innych cywilizacji.
Słońce, na przykład. Jeszcze zanim bóstwo stało się
gwiazdą. Skarabeusze z jaspisu wykopane z serc
króli. Niebiesko-zielona woda w świetle dnia stłoczyła się
u stóp wodospadu. Piaskowce, w których kanion rozlewa
swoje zieloności w pnącza. Każde księżycowe
zmartwychwstanie, każda helisa skręcona w komórkach
jesiotra przeznaczonego na tarło –
nic z równowagi, sam rozrost. Korytarz
tysięcy rżniętych w krysztale ludzkich umysłów.
Pryzmaty milczące, zanim uderzy słońce.

(tłum. Maciej Topolski)

Prawie postać

Za każdym razem, kiedy cię widzę, przypomina mi się Achmatowa
opisująca płonący Leningrad. Płomienie kurhanem

rozpalonych maków; ich czerwień requiem dla kości. Wyobrażam sobie
niepewność, subtelne

oczarowanie ogniem i spalony Pałac Zimowy.

                               Ludzie wypychają biżuterią kieszenie płaszczy i usta
                               wszyscy nagle świadomi co znaczy być
                               ciałem.

Zastanawiam się jak wielu z nich
                               schodzić będzie w głąb miasta

wracając do swoich domów. Zamknięci

                               patrzą jak słupy dymu wślizgują
                               się w powietrze
                                                    zwiewne
                                                              ambiwalentne

                               bez smutku, ani nawet potrzeby bycia blisko czegokolwiek lub

                                                                         kogokolwiek.

                     W Belfaście, gdzie położyli cię w szpitalu i
leczyli, wciąż śniłam o lekarzach, którzy gigantycznymi dłońmi
maltretują kwiaty.
                                          I o włókienniczych salach, nikłym świetle
                                          gdzie pojedyncze
                                          długie nicie jedwabników
                                          odwinięte zostały z pustych kokonów
                                          przez maszyny –

Jednego dnia mój profesor od entomologii powiedział:
Na odwłoku pustelnika brunatnego
znajduje się znak w kształcie skrzypiec.

                     Wybacz mi ten stary nawyk. W czynieniu
                     cierpienia pięknym tkwi pewne ryzyko.

Uświadomiłam to sobie tamtej nocy w podzielonym mieście.
Po skończeniu gry na marnym hotelowym pianinie zapisałam:

           Drogi N.,

                     Chciałabym ściąć włosy
                     i zrobić z nich pędzle
                     żeby móc odmalować Belfast
                     w jego prawdziwej godności.

           Cały dzień spędziłam w atelier
           gdzie w oknie wystawiono
           gliniane kobiece dłonie.

           Małe dłonie, żeby utrzymać takie miasto.

           Twoja,
                     K.

(tłum. Maciej Topolski)

„Ghost nets” and „Almost a Figure” reprinted from RADIAL SYMMETRY by Katherine Larson. Copyright © 2011 by Yale University Press, London. Reprinted with permission of the publisher, Yale University Press, London.

Katherine Larson

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!