Z Apocalipsixtlán

5. Oznaki końca świata

Właściwa ścieżka. Te słowa odbijają się echem w naszych głowach,
     gdy zmierzamy na zachód, oddalając się od szczeliny w ziemi.
Nie sposób jej obejść. Niektórzy mówią, że łączy Tierra del Fuego
     z Biegunem Północnym i sięga aż do jądra planety – rana,
która każdej minuty, każdego dnia, pozwala gorącu wydostawać się
     na powierzchnię. Kiedy już wszystkie Américas
zmieniły się w pustynię, oddzielając wybrzeże od wybrzeża,
     ci, co zostali pośrodku, utonęli w tej szparze albo
w rozpaczy. Właściwa ścieżka. Właśnie to próbowali
     wcisnąć nam Ci, Którzy Przyszli Wcześniej, jeszcze zanim
piekło wyrosło z wnętrzności planety, żeby wypalić powietrze
     we wszystkich płucach. Kiedy zwierzęta zaczęły uciekać,
a ptaki odleciały na wschód, mogliśmy się domyślić, że
     nadchodzi zagłada. Ale właściwą ścieżką nie była panika,
tylko badanie tych zmian, omawianie strategii,
     organizowanie rad miasta – negocjowanie. Katastrofa
była kolejnym balonikiem, z którego należało spuścić powietrze.
     Zanim ziemia zaczęła trząść się pod naszymi nogami, było
już za późno, żeby uratować nasze miasta – zmienione w ciecz,
     której nie mogliśmy się napić. Potem przyszło pragnienie.
Jakie to śmieszne – patrzeć, jak ludzie myślą, że jeszcze mają
     nad czymś kontrolę. Nowe kolegia starców były tak samo
irytujące i niepotrzebne, jak wszystkie poprzednie. Ich
     błędne decyzje i nietrafione porady okazały się
przyczyną naszej zguby. Po co to wszystko powtarzać? Dlaczego
     pozwoliliśmy przeszłości wtoczyć swoje antyczne
kółka w naszą teraźniejszość? Wy głosiciele obłudy,
     uciszaliśmy was. Wy, nauczyciele bzdur, skreśliliśmy was.
Przyszłość jest nasza, mówiliście wszyscy, ale przyszłość
     nadeszła, posępna, czarna, tylko dla nas było coraz
mniej miejsca. Przyszłość bez okien i drzwi, i z jedną paskudną
     dziurą w ziemi, przez którą nie można uciec.
Co to za przyszłość? Pytaliśmy. A Ci, Którzy Przyszli Wcześniej
     po prostu wzruszali ramionami i kręcili głowami.
Kiedy gaz wypłynął z otworu, wywąchaliśmy
     odpowiedź – kwaśną woń zbrodni przeciwko
ziemi i setki lat naszego umierania, które było tam zakopane.
     Na wierzch wypłynęły całe wieki krzywd i pogrzebanych ciał,
które unosiły się nad nami jak kraczące sroki: Szczelina
     w ziemi, to my. Szczelina w ziemi, to nasze.

 

12. Druga szczelina w ziemi

Staw pełen kości zaczyna grzechotać. Nawet tron
     Matki zawala się, a jej ciało – rozmontowuje. Ziemia
zmienia się w ruchome piaski, drży i pożera
     każde gniazdo, każdy cierń, każdy kamyk. Jeden
haust i łóżko Tych Mniejszych spływa wirem w dół
     leja. Ziemia kiedyś już tak jęczała.
Wiemy, czego się spodziewać, choć nie pomaga nam
     to odgadnąć, która płyta uniesie swoją skorupę, a która
się rozkruszy. Kurz oślepia. Oddziela nas, gdy próbujemy
     po omacku przeć na czworakach. Niektórzy z nas
bezwiednie wbiegają prosto w otwór i lecą w dół. Nie
     słyszymy żadnych krzyków. Nie słyszymy kaszlnięć,
chociaż plujemy tuszem – ulatniający się gaz ugotował
     nasze płuca. Kolegium powoli zbiera się w cieniu
chmur. Musimy prowadzić nasze rozbite dusze
     do schronienia, zanim mgły wypuszczą swój kwas.
W uszach nie przestaje nam dzwonić. Minie tydzień,
     a niektórzy z nas zachorują – ta wściekła
potrzeba, żeby zabić i rozedrzeć na strzępy wszystko, co
     żywe i całe. Nie boimy się drugiej szczeliny. Boimy się
kolejnej czystki. Oplatamy nasze ciała ramionami, bujamy
     się w tył i w przód – my, kołyski bez matki, ogarki
wypalone przez płomień aż do rogowizny. Jesteśmy
     cicho, tylko ten ostry pisk w naszych głowach.
Oprzędzeni smutkiem – mogliśmy przegapić tę
     iskrę światła, ale jest, podnosi z piersi ciężkie
głowy: robaczek świętojański – prawdziwy świetlik,
     piękny robaczek z naszych gier wyobraźni,
rzeczywistość pomiędzy resztkami świata, unosząca
     się znad osadu, mgnienie, rozbłysk, mrugnięcie
żywego oddechu. Próbujemy złapać tę małą gwiazdkę,
     ale wymyka nam się z rąk. Zostawiamy ją, przysiada
odpocząć na kolanie. Wolno nam spytać, czy planeta
     kręci się teraz w drugą stronę? Zakleja pęknięcia,
udrażnia rzeczne przepływy? Robaczek znika, ale jego duch
     zostaje. Już żadnych snów, żadnych pytań. Śpij, mała
nadziejo, nie wiemy, jakie zagrożenia i jakie smutki nadejdą
     teraz. Jutro jest opowieścią dla tych, którym uda się
przebrnąć przez obecną kronikę – niepewność, niedostatek –
     my, emeferydzi, odziedziczyliśmy tę ziemię.

                                                                        Przeł. Maciej Libich

Rigoberto González, “Signs of the Ends of the World” and “A Second Crack in the Earth” from The Book of Ruin. Copyright © 2019 by Rigoberto Gonzalez. Reprinted with the permission of The Permissions Company, LLC on behalf of Four Way Books, www.fourwaybooks.com.

Rigoberto González

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!