Wiersze

metanoja

Suwerenny jest ten, kto sam decyduje,
na co chce się dać nabrać

P. Sloterdijk

starasz się o wyrzucenie z roboty, już któryś miesiąc
niedostrzegalnie starasz się o wyrzucenie z roboty,
tymczasem wciąż się kręci. co dzień przychodzi
ktoś na skargę, że to jest; reguły pracują jak noże
w maszynie do żniw. i wychodzimy równi, i wychodzimy
złupieni. łóżko-miasto – krążymy – łóżko-miasto –
te brzegi zajmują tyle, że nie ma miejsca na pomiędzy,
a jednak wciąż wierzysz, że wymyślisz (ucieczkę?)
i powstanie mit, a z mitu zrodzi się potrzeba,
by gdzieś dotrzeć, doprowadzić swój ślad, dlatego
codziennie wstajesz i praktykujesz w języku
jak w zakonie, w którym pijesz za dużo, więc cię wyrzucą.

 

kiwanie na sen

z powodu licznych zacięć Wersalu już tu nie będzie.
odwołane spotkania, niezrobione pochody.
zbieg zdarzeń wzdycha i czerwonym autobusem

odjeżdża dokądś. po ekranach gna widmo, twierdzą
osoby trzecie. Zły Frank strzela do nas na dobrej ulicy.
suicidum jak valium, nieźle wpływa na krew.

 

kokardki

z ciemnych podwórek, trzepaków, klatek schodowych
baczność spocznij naprzód marsz. panowie z klubu garnizonowego
zanoszący się boże coś polskę, zanoszący się papierosem, zanoszący się
skórzanym pasem, drgający lekko gdy się przechodzi z nogą zaostrzoną.
chcesz chodzić kanałami, pragniesz udawać strażaków, a gdzie twoja
kościelna uprasowana sukienka, dziewczynko, różowe kokardki?
spójrz, tu wszystko niedozwolone. opatrzeni jesteśmy znakiem zakazu
i drut kolczasty nawet nad przedszkolem, odgradzając nas czy ich?

 

postukać w postscriptum

nasze kości niewiele różne od kamieni leżały na brzegu.
uwiły twarde gniazda w mięśniach jak osy pod dachem.
rozmawiały ze sobą: jakie powinowactwa, jakie przeciwieństwa,
jak się w tej trawie lepiej przy sobie umościć. pod pokrywkami drzew,
w nalocie akacji, porzucone na trasie przemarszu ludów
w chitynowych pancerzykach, szukały na oślep: podkoszulka,
dwóch par trampek, bokserek z napisem: eternally wild
i kilku innych drobnych produktów ubocznych. Poprad kipiał,
kawałek zwędzonego życia dymił nad coraz dalszą plażą.
pozew o nowe mieszał się z żółtawą pianą.

 

Twór F

Zdawało mi się jakiś czas,
że nie mam ciała pod skórą,
że we mnie jest coś innego,
że jestem tylko, tylko powierzchnią

Harey („Solaris”)

traci umiejętność przyciągania słów
z każdym kolejnym obowiązkiem
obsuwa się w kształt matki siostry kobiety.
już tylko pisarki w pośmiertnych sukienkach
szepcą jej: musisz w niewymuszony sposób
zrzucić z siebie to spięcie wyrwać się frazą
ponad wszystko bo tylko tak ocalisz czego
nie możesz ocalić jeżeli wyjdziesz na śmieszność
zamiast trwać trefna w niepewności więc zmyślaj
niech twoje palce klawiaturzystki wchodzą
w nieobrodzone wieczory hoduj w głowie
własny pokój rwij na nić czerwoną sukienkę
i snuj siebie, bądź niewierna, idź –

Wybrane wiersze (za wyjątkiem Tworu F) pochodzą z tomu Klaustrofobia na wynos, który ukaże się w maju 2012 w wydawnictwie WBPiCAK w Poznaniu

Kamila Pawluś

(1979) Poetka, prozatorka, tłumaczka, krytyczka, animatorka kultury. Absolwentka Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na UW. Współredagowała kwartalnik Tekstualia. Przetłumaczyła Antropologię religii Fiony Bowie (WUJ, 2009)i fragmenty Społeczeństwa sieci Manuella Castellsa (PWN, 2009). Laureatka nagrody głównej w Ogólnopolskim Konkursie na Debiutancką Książkę Poetycką organizowanym przez Kwartalnik Kulturalny Opcje (tom Rybarium, 2008). Teksty literackie i krytycznoliterackie publikowała m.in. w Zeszytach Literackich, Kwartalniku Artystycznym, Czasie Kultury, Wyspie, Portrecie, Opcjach. Stypendystka MKiDN w dziedzinie literatury (2011). W 2012 roku wydała drugi tom wierszy – "Klaustrofobia na wynos" (WBPiCAK, Poznań)

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!