Trójeczka trzecia

1.

Ostatnio Eda Ostrowska narzekała (albo chwaliła się), że nikt poza nią nie pisze echolalii. Tymczasem, proszę bardzo!, nie mniej ciekawe echolalie pisze Samantha Kitsch (czym nas trochę zaskakuje, bo od tej strony jej nie znaliśmy, lecz nie zaskakuje nas samym zaskakiwaniem, do tego bowiem jesteśmy już przyzwyczajeni). Przyznajmy jednak, że płyną one z całkiem innych źródeł, nie radosnej obserwacji zjawisk socjolingwistycznych, lecz raczej wykruszania się desygnatu, żegnania się z językiem, który przestaje czemukolwiek służyć poza służeniem własnemu bogactwu. Kitsch, rzecz jasna, całą sobą sprzeciwia się idei służby, jej wiersze nie ważą się służyć niczemu, choć dostarczają mnóstwa wymiernych korzyści, niebędących wszak tylko i wyłącznie przyjemnościami, bo też czytelnicza satysfakcja niekoniecznie przyjemną być musi. Na przykład wiersz o zadomowieniu się w przeprowadzce musi okropnie drażnić tych, co niedawno się przeprowadzali (lub których niebawem to czeka), a jednak jest to doskonały wiersz. Albo wspomniane już echolalie, jakże są potencjalnie trudne do zaakceptowania przez kogoś, kto jest zwolennikiem porządku i logiki, choćby to była logika wolnych skojarzeń i porządek bez-sensu. Jednak uroda tych wierszy polega na przekroczeniu, nie jednym wielkim, lecz małym i nieustannym forsowaniu wszelkich reguł, dzięki czemu reguły te cały czas są i przeświecają; robi się z tego melanż absolutnie niepowtarzalny, acz brzmiący może zbyt szorstko dla delikatnego ucha, a zbyt subtelnie dla ucha zarośniętego chwastem wulgarności.

Kitsch swobodnie korzysta z przywilejów, jakie daje bycie poetką kobiecą, stąd też w większości wierszy pojawia się podmiot męski, gdyż zbytnie epatowanie swoją kobiecością byłoby już rodzajem służby na etacie u pensjonarki, podobnie jak w przypadku bycia poetką emigracyjną, co wydaje się już zjawiskiem stosunkowo rzadkim; jednak i w tym przypadku Samantha daleka jest od ostentacji, co najwyżej uwodzi egzotyzmem, który stanowi wszak atrakcję. Tu zbliżamy się do jej tekstów onirycznych – rzadko kiedy sen w tekście bywa tak sensualny, jak u niej, a przy tym są to sny, których nie podejrzewałbym o jakąkolwiek oszukańczość. Co innego z wierszami tzw. zwykłymi, których zwodnicza opisowość wcale nie jest tak prosta, jak by się zdawało, choć pewnie bywa czasami prostsza, niż się zdaje. Najwybitniejszy utwór w tej książce jest zaledwie pastiszem, i piszę o nim „zaledwie”, gdyż chciałoby się, by autorka wymyśliła go sama, od zera, ale to najwyraźniej niemożliwe, niekiedy wspaniałość wymaga dwóch (lub więcej) źródeł, aby się ostatecznie spełniła, choć zresztą nigdy nie wiadomo, czy naprawdę ostatecznie (acz w wierszu mowa jest o tym, co „na końcu umysłu”).

Poetka kończy swój tomik (tudzież zaczyna) niefrasobliwie, od niechcenia, jakby nie zależało jej na byciu poważną figurą; skądinąd na tym chyba nikomu nie powinno zależeć, gdyż jest to wikłanie się w zależność nie do wywikłania. Aczkolwiek nie da się ukryć, że Kitsch wwikłała się już poważnie w ten „niełatwy las”, jakim jest literatura polska, i może jeszcze nie wyszła poza stadium „poszycia”, ale wszak szycie, podszywanie, zszywka – wszystko to teraz jest bardzo interesujące, zwłaszcza dla kobiet, i ja nie mówię wcale, że to kobiet nie powinno dotyczyć. Tylko niech robią to tak dobrze jak Samantha Kitsch.

2.

Tomanka odkrył Kuczok, tak się akurat stało, że zastępował mnie jako juror w konkursie o Jaszczurowy Laur, musiałem być wtedy na wyjeździe, wracam, a Kuczok mówi, że trafił mu się Tomanek, wspaniały, genialny, rozpływał się po prostu w superlatywach i zadowoleniu z siebie, że kogoś takiego rozpoznał. No i słusznie, bo pokazany mi wiersz dowiódł, że istotnie trafił się Kuczokowi ktoś nawet nie z wielkimi szansami na przyszłość, ale po prostu gotowy, poeta, jak to się mówi, pełną gębą i nawet z kościami, które to kości kojarzą się natychmiast z tytułem jego debiutanckiego tomiku. Lecz na ten tomik przyszło nam jeszcze sporo poczekać; sam nagrodziłem Tomanka jeszcze z raz czy dwa, choć to nie było już to, co dać mu pierwszą nagrodę po raz pierwszy, kiedy zaś pojawiła się możliwość wydania tomiku upamiętniającego iluśtamlecie Jaszczurowego Lauru, nie miałem wątpliwości, że winien to być właśnie tomik Tomanka; ale niestety, nagroda doznała finansowej zapaści i tomik się nie ukazał, po czym nie ukazywał się przez następne dziesięciolecie. Wprawdzie spotykaliśmy się w tym okresie co jakiś czas, Tomanek przeprowadził się do Warszawy, ja przeprowadziłem się do Warszawy, widywałem go przy okazji różnych literackich imprez, ale jakoś tak stało się niemal pewne, że ten jego tomik nigdy się już nie ukaże.

Aż nagle gruchnęła wieść, że Tomanek wygrał Bierezina. I znów to samo, nagrodził go Dehnel, nagrodził go Suska, nagrodziła go nawet Julka Szychowiak. Dlaczego nie nagrodziłem go ja, gdy byłem jurorem Bierezina? Czy on go wtedy specjalnie nie wysłał? A może wysłał, tylko jury przedwstępne złożone ze Strąka i Jaskuły nie dopuściło go wtedy do finału? Przecież nie mogłem go nie zauważyć, przeglądam tomik i jestem jak zwykle zachwycony, chociaż wiersz tytułowy niepokoi mnie, jest jakby starym zamkiem do czegoś już otwartego i nawet splądrowanego, a ja niby mam klucz, ale nie ma już czego otwierać. Więc może zamknąć? Też nie, zamek już zardzewiały, klucz w nim nie chodzi, po co zamykać puste miejsce? „Miałeś mi aportować/ pałąk pierwszego snu, a teraz chodzisz/ w moich wytartych butach?” – czytam w tym wierszu, natychmiast biorę to do siebie. Miałem być psem niewidomego, stałem się ślepym psem, a na dodatek w ludzkiej skórze. Tomanek obchodzi się ze mną w sposób okrutny, choć wie, jak bardzo go cenię.

Najważniejszym utworem w tomiku Tomanka wydaje się „Szczęście”, pewnie dlatego, że zawiera refren. Wiersz jest o zbieraniu jagód, a refren ten brzmi: „To się nazywa szczęście./ Uśmiech zajączka losu w ciemnym lesie”. Wiadomo, że zające nie mieszkają w lesie, że ktoś puszcza zwodnicze zajączki lusterkiem, jest to Tomanek. A do lasu zaprowadził nas „demon/ przybrawszy dla niepoznaki kształt/ jelonka”. Dotychczas kształt jelonka przybierał Jezus Chrystus, o czym mówią legendy potwierdzone przez autorytet Kościoła. Tomanek szydzi sobie z nas, opowiadając zwykłą historyjkę ze swego życia, nawiązując do narodowej Balladyny i odwracając kompletnie jej sens: „tyle masz dobrego, ile sobie sama/ zbierzesz” – zwraca się ktoś do kogoś, choć wcześniej zapewnia: „gdyby// były tam trzy jagody na krzyż,/ przyniósłbym ci je w zębach, moja mała”. Trzy na krzyż? Trzy jagody? Wiadomo wszak od wieków, że hojność nie płynie z obfitości, jagoda przyniesiona w zębach smakuje tylko w sytuacji głodu. Cóż jednak zdziała jagoda na krzyżu?

Wobec wierszy Tomanka czuję się tak bezsilny, że umiem tylko fantazjować, wydrążać te puste sezamy, którymi one są. W ich labiryncie jestem głuchym psem, złym przewodnikiem, czuję się osobiście zaangażowany i jednocześnie wyrzucony hen za orbitę, „bujaj się, bujaj”.

3.

Mogłem przynajmniej odkryć Rasia, ale niestety odkrył go już Maciek Woźniak, bardziej wciągnięty w sprawę młodej poezji polskiej. To dzięki Woźniakowi Raś dostał wyróżnienie w konkursie Autoportret Jesienny, nie dzięki mnie. Po czym wręczył mi swoją książkę Pasmo i od tej pory, kiedy myślę o młodej poezji polskiej, nie myślę: Domagała-Jakuć, nie myślę: Stańczyk i nie myślę: Słomczyński, tylko myślę: Raś. Pasmo dostało nagrodę w Strzelinie, u Mirki Szychowiak, i tam się też ukazało, co bardzo dobrze świadczy o poziomie konkursu oraz kompetencji jury, lecz bardzo źle przysłużyło się samej książce, o której nawet pies z kulawą nogą się nie zająknął, podczas gdy jest to książka, od której nie sposób wręcz się oderwać, tak okazuje się ciekawa i wyborna.

Kilka słów wyjaśnienia. W zasadzie jest to autobiografia, lecz nie taka, jakiej byśmy się spodziewali, mając w pamięci choćby debiut Siwczyka. Tutaj relacja stroni od wydarzeń, ograniczając się do formuł, które po tych wydarzeniach pozostają. A jednocześnie, to jest druga strona zagadnienia, zachowując zmysłową stronę sprawy, jej czysto wrażeniową atrakcyjność. Stąd zajebistość takich fraz jak: „Pogubili chłopcy/ rozpuszczone włosy” albo „Ślepniemy w kinie, gdy na naszą prośbę/ wyświetlają film raz jeszcze”. W pierwszym przypadku wieloznaczność słowa „rozpuścić” skonfrontowana zostaje z równie istotną wieloznacznością słowa „pogubić [się]”, w związku z czym otrzymujemy formułę wieloznaczną do potęgi szóstej, acz jednocześnie nader trafnie opisującą dobrze każdemu znanych niegdysiejszych chłopców. W drugim przypadku odzywa się oczywiście Strzemińskiego teoria powidoku w zestawieniu z Gertrudy Stein teorią „niemożliwego powtórzenia”. Raś zresztą niekoniecznie to wszystko przywołuje, raczej stwarza sytuację możliwości przywołania czegoś, co on być może tylko przeczuwa bądź przewiduje; jest to jeden z tych niezwykłych osobników mających nadzieję odkryć kompleksową teorię na swój temat, i ja mu w tym zresztą kibicuję, bo jeśli już mam być kibicem czegokolwiek, to właśnie tego.

Czymże jest tytułowe pasmo? Autorka okładki, jedna z pań Szychowiak, wprowadza nas w pomieszanie, sugerując, że pasmem włosów. (Skądinąd nie czepiam się okładki, jest bardzo ładna.) Pasmo kojarzyć nam się może też z czymś telewizyjnym albo radiowym, jak pasmo kulturalne bądź sportowe; w ten sposób tytułowe pojęcie staje się czymś wyjętym z całościowego przebiegu, wyizolowanym, specjalnym, a zarazem funkcjonującym w ramach jakiegoś „programu” bądź „kanału”. O tym świadczy pewne formalne natręctwo (niemające zresztą nic wspólnego z natrętnym formalizmem np. Żuchowskiego) polegające zarówno na zaczynaniu każdego wiersza „w środku zdania”, jak i na kończeniu go w ten sam sposób. Rzadko zdarza się w poezji najnowszej podobna konsekwencja (ostatnio tak chyba robił Kazimierz Hoffman?), a jednocześnie jest ona niewymuszona, można by nie zauważyć jej, zwłaszcza że bez niej wiersze nie brzmiałyby całkiem inaczej, brzmiałyby tylko nieco inaczej, toteż należy podejrzewać, że stoi za nią jeszcze inna premedytacja, potrzeba złączenia w jedną całość tego, co fragmentaryczne, niezbyt płynne; jest to materiał egzystencji, ale (jak zauważyliśmy wcześniej) podzielony na formuły, przypisany formułom bądź też na nie przepisany. Sam autor definiuje pasmo w jednym z wierszy (skądinąd nie wiadomo, czy rzeczywiście definiuje): „miejsce wymyślone/ na wzór innej historii”. Jest to definicja jak gdyby chybiona, ale właśnie dlatego piękna, definicja ruchoma: miejsce nie może być na wzór historii, pasmo nie może być miejscem, logika tego zdania tak migocze, że aż zdajemy się ślepnąć.

Debiut Rasia oceniam jak najwyżej, na równi z debiutami Foksa i Kierca (jeżeli brać pod uwagę niegdysiejszych debiutantów o nazwiskach jednosylabowych). Niewielu jest poetów od razu tak „wyklarowanych i czystych”.

Adam Wiedemann

(1967) Poeta, prozaik, krytyk literacki i muzyczny, tłumacz z języka ukraińskiego oraz angielskiego, malarz i rysownik W latach 1998 – 2001 redaktor pisma literacko-artystycznego Studium. Autor kilkunastu książek poetyckich i prozatorskich. Jego utwory tłumaczone były m.in. na angielski, bułgarski, chorwacki, czeski, francuski, hiszpański, niderlandzki, niemiecki, norweski, serbski, słowacki i słoweński. Jego twórczości poświęcona została książka Widoki są niejadalne (Warszawa 2007, red. Dawid Skrabek). Laureat Nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (1998), Nagrody Fundacji im. Kościelskich (1999), Nagrody Literackiej Gdynia (2008). Nominowany do Paszportu Polityki, Nagrody Poetyckiej Silesius (2008), Nagrody Mediów Publicznych COGITO (2008) i trzykrotnie do Nagrody Literackiej NIKE (1998, 1999, 2005). Urodzony w Krotoszynie, obecnie mieszka w Warszawie, wcześniej w Krakowie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!