Słuchając „Harnasi”

Muszę chyba niestety zacząć od cytatu, a brzmi on tak: „Gdybym wcześniej wrócił do rodzinnej wioski,/ miast włóczyć się po tej krainie […] niby wiejski/ filozof, znów usiadłbym z ojcem przy stole, suto zastawionym […], i jak niegdyś jedlibyśmy/ to w skupieniu, z wdzięcznością, niepewni swego,/ w przeciągającym się z chwili na chwilę milczeniu/ […] aż do chwili, w której/ ojciec, chrząknąwszy, zapytałby: »No to jak tam było?«/ I wtedy po raz pierwszy nie wiedziałbym od czego/ by tu zacząć i na czym skończyć swoje wynurzenia”. W ten oto sposób Krzysztof Bieleń opowiada nie opowiadając o wydarzeniu sprzed bodajże już trzech lat, kiedy to ściągnąłem ich tu wszystkich trzech na ostatnie już chyba (niestety!) Manifestacje, udało się to, było to wydarzenie udane. Piszę „ściągnąłem”, tak się wyrażam, bo w Warszawie bywają rzadko, nieomal wcale nie bywają, chociaż skądinąd śmigają po świecie (wątkiem wspólnym książek Bielenia i Sobola jest los gastarbeitera), aczkolwiek zwykle siedzą u siebie, w Zabierzowie Bocheńskim, w Sanoku, w Siepietnicy, tam piszą te swoje wiersze, jak gdyby odwróceni od spraw, którymi tutaj żyjemy, podniecamy się. Ściągnąłem ich zatem, aby pokazać, że tacy też są, mali mistrzowie pracujący gdzieś poza kadrem, w którego środku widzimy wciąż te same kochane gęby, trochę już opatrzone. Pomimo swojej ucieczki ze wsi (nazywam to ucieczką, wciąż jestem uciekinierem) wciąż czuję się gospodarzem poezji, chciałbym, żeby ta gospodarka była równomierna. Nazwałem ich sobie „wiejskimi filozofami”, co jest oczywiście rodzajem pobłażliwej obelgi, stosowanej wobec osób, próbujących „po swojemu” ogarnąć kwestie, które uważamy za już gdzie indziej ogarnięte. Pojawia się tu kwestia centrum i peryferii (dorobku myślowego ludzkości), takie określenie wydało mi się zatem trafnym ustaleniem pozycji, jaką ci poeci zajmują. Z pozoru ważne jest, co się mówi, nie mniej jednak (a nawet: bardziej) ważne jest, skąd ten głos dobiega. Oni mówią z obrzeży, z prowincji, cicho i jakby do siebie, wszyscy trzej wydali jednak ostatnio swoje nowe książki, więc trochę jakby przemówili do nas.

Książkę Bielenia Błystki wahadłowe znalazłem w antykwariacie, nie mając pojęcia, że w ogóle istnieje (gdybym wiedział, napisałbym do Apolonii Maliszewskiej, która ją wydała); książka Jacka Mączki Brudy prać zatryumfowała podczas Tyskiej Zimy Poetyckiej (ostatniej już, niestety); książka Michała Sobola „Schrony” wyszła zaś w renomowanym wydawnictwie Nisza, od razu przyczyniając się do przyznania poecie Nagrody im. Larsa Gustafssona. Widzimy więc, w jak różnych „punktach kariery” autorzy ci się obecnie znajdują, niemniej wciąż wiele ich łączy, spójrzmy choćby na te trzy wiersze, które zacytuję tym razem w całości.

Pierwszy:

W mokrych słomianych
sandałach, wprost z werandy,
ścieżką w dół rzeki;
skądś zapach spalenizny,
staruszek z laską, mostek.

Drugi:

Ruda łania
po prawej stronie
kamienistej drogi.

Smak migdałów
i czarnych czereśni.

Trzeci:

Ognisko rozpalone na piachu
z gałązek z sosen z wydm

zimna noc i zimny piach
wokół ogniska

i w świetle pełni księżyca popiół
tak bardzo podobny do piachu.

Konia z rzędem i kobyłkę u płota temu, kto zgadnie, który z nich jest czyj. Oczywiście, możemy wnioskować, pamiętając, który z poetów uwielbia chodzić w sandałach i nawet je kolekcjonuje, któremu bliższe metafory kulinarne, który woli wiersze stychiczne, a który dystychy, niemniej wierszami tymi mogliby się powymieniać. (Nie mogliby oczywiście, bo każdy z nich odtwarza jakieś osobiste, jednorazowe doznanie.) Są to tzw. wiersze krótkie, spotykane w tych książkach z rzadka, a jednak stanowiące ich znak rozpoznawczy, bo przecież przyglądając się jakiemuś tomikowi, zwykle te krótkie wyławiamy najpierw i nawet czytamy, wszystkie pozostałe tylko omiatając wzrokiem. We wszystkich trzech króluje czysta opisowość, z której jednak coś (coś drobnego, niemniej jednak) ma wynikać, różnicę stanowi jedynie poziom i moc (tak czy owak nader delikatnej) sugestii. Są to przykłady skrajne, z reguły opis (niekiedy bardzo drobiazgowy, innym razem zamaszysty) stanowi punkt wyjścia albo pretekst dla wypowiedzianej lub ukrytej myśli, niekoniecznie z tym opisem związanej, raczej wywołanej, umysł poety jest rodzajem wrzątku, sprawiającego, że z ususzonych listków wydobywa się napar, jest to działanie kulturowe, niezgodne jakby z przeznaczeniem widoku, który by wolał zapewne być zjedzony na surowo, tak jak te listki. U Mączki „krajobraz” jest słowem wręcz kluczowym, pojawia się wielokrotnie i w najrozmaitszych konfiguracjach, często zestawiany ze szczegółami typu „wróble”, widzenie bliskie i dalekie, ich interferencja, czy też wypunktowane już w pierwszym wierszu „obluzowanie”, trzeszczenie w szwach, świat jest jak odzież podlegająca nieustannym przeróbkom, przypomina się Carlyle i jego Sartor resartus, rzeczywistość jako „odzienie” i „jakaś szczelina”, dopuszczająca, że „ciebie / i tego w czarnym dresie […] wiążą niewidzialne nici”, tak jak u Sobola, „gdy// po opadnięciu porannych/ mgieł, w oczyszczonym// z pyłu powietrzu/ roziskrzają się tysiące// rozgałęzień pajęczych/ nici spajających// każdą rzecz z sobą”, acz u tego drugiego dostrzegamy raczej obsesję na punkcie drugiego planu, tła, które poeta (wykreowany przez niego bohater) uznaje za „prawdę, którą warto znać”. Jedynie Bieleń skłonny jest uznać krajobraz za wartość samoistną: „Jakże wyniosłe widoki są teraz częścią mojej wsi”, stwierdza, a potem leci, leci tymi pięknościami, porównaniami, a jednak robi to tak, że jest to zajmujące (dając zarazem do zrozumienia, że to tylko taki ekstatyczny wyłom w strukturze całości).

A skoro już o strukturze mowa, wszystkie trzy książki są ustrukturyzowane, acz w różnym stopniu, najsilniej chyba tom Bielenia, składający się z trzydziestu siedmiu czternastowersowych sonetów „borgesowskich” (takich, jakie pamiętamy w przekładach Edwarda Stachury) i dwunastu Listów do brata, liczących z kolei po dwadzieścia osiem wersów, którym towarzyszą trzy wiersze krótkie w charakterze rozdzielaczy (specjalny wiersz o rozdzielaczu znajdujemy u Mączki). Sobol z kolei pięćdziesiąt dziewięć wierszy „zwykłych” (tak czy owak ustrukturyzowanych; jedynie kilka z nich przybiera postać „wiersza wolnego”) przedziela regularnie oktostychami należącymi do tytułowego cyklu, opisującego i problematyzującego najróżniejsze metody „chronienia się”, jakie wytworzyła ludzkość (ze znaczącym pominięciem „domów”). Mączka jako jedyny dba o efekt „luzu”, aczkolwiek i tak większości wierszy narzuca taki czy inny schemat stroficzny, często jednak narusza go, zamykając wiersz jakby przedwcześnie, w połowie ostatniej zwrotki, jak gdyby nagle skończył mu się wątek. Tak czy owak widzimy tu więc trzy odsłony tego, co niegdyś nazywane bywało „klasycyzmem”; ci poeci przychodzą „znikąd”, lecz nie są bynajmniej „barbarzyńcami”, zawstydzają nas swoją kulturą. Swoją, a raczej „naszą”, tyle że w mainstreamowej poezji doszczętnie zapomnianą, nieaktywną, odesłaną do lamusa nieciekawych ciekawostek, u nich tymczasem ona wciąż jest w fazie rozruchu, na chodzie, jako stary być może samochód, ale jeżdżący i zdolny zawieźć, gdzie byśmy się nie spodziewali. Najlepiej to widać chyba u Bielenia, poświęcającego swoje sonety pamięci a to Andrzejewskiego, a to Frosta, a to nawet Herberta, przy czym są to dedykacje nad wyraz sensowne, nie tyle hołdownicze, co zapraszające owe wzniosłe cienie do rzeczowej dyskusji. Mączka z kolei przywołuje postaci nieoczywiste (i to zawsze z błędem w nazwisku, co wygląda na jakiś podstęp), słynny niegdyś seryjny morderca-kanibal sąsiaduje tu z dziwną latynoską boginią, ujeżdżającą tapira, a przy tym uznawaną za inkarnację Matki Boskiej; Sobol zaś potrafi skomasować osoby Bolesława Leśmiana i Wiktora Zina, i to w wierszu będącym tyleż objet trouvé, co i autonawiązaniem, odsyłającym do debiutanckich Lamentacji. Takich autonawiązań jest zresztą u nich wszystkich sporo, każdy z nich tworzy własną, osobistą mitologię, każącą wracać do ich wcześniejszych książek, o ile ma się je w swojej biblioteczce bądź pamięci.

Tak piszę „wszyscy”, aczkolwiek każdy podkreśla swoją jednostkowość i wręcz samotność, nie w smak im poetyckie „my”, element kobiecy reprezentowany jest słabo, jeśli jeszcze u Mączki natykamy się parokrotnie na zwrot do osoby ubranej w sukienkę, to u Sobola da się wynaleźć jedno skromne „powiedziałaś”, w tomie Bielenia natomiast dopiero z przedostatniego sonetu dowiadujemy się, że podmiot ma żonę, z którą łączą go chyba nie najlepsze relacje („Dziś urodziny żony. Skromny prezent […] mógł się podobać”), z bratem pozostaje zaś w stosunkach intensywnych co prawda, ale korespondencyjnych (ponawiane parokroć zaproszenie pozostaje chyba bez odzewu). Są to poeci łażący swoimi ścieżkami, osobniki bez stada, nie tyle wykluczeni, co samo-się-wykluczający, żyjący po to, aby zrealizować przedsięwzięcie życia i nic ponadto, taka jest w każdym razie ich autokreacja.

Czy są nam zatem do czegoś potrzebni? Muszę tu chyba odpowiadać sam za siebie, mnie są potrzebni, coś mnie do nich ciągnie, choć nawet jako czytający czuję, że się im narzucam z tą swoją sympatią, jako istota z gruntu bardziej towarzyska i powierzchowna, nie tak celebrująca swoją doskonałą samotność. Oni są jak Herbertowskie kamyki patrzące na mnie „okiem spokojnym bardzo jasnym” ze swoich książek, nie zawsze to jest przyjemne. Czytając, czuć się obserwowanym, jak krajobraz. Ale dość już tych fantazji, spytajmy raczej, o czym są te ich książki, bo teraz takie pytania przytomnie się stawia. Książka Bielenia, to dość proste, wydaje mi się książką o porządku, o porządkowaniu sobie wszystkiego, która to czynność jest oczywiście czynnością nieskończoną, aczkolwiek można na tym polu odnosić też pewne sukcesy. Załatwione? No to idziemy dalej. Mączkę, jak mówi nam biała okładka jego książki, zdaje się interesować czystość, acz jako efekt kontemplacji rzeczywistości dość zabałaganionej, rytuał porządkowania dokonuje się w oku i umyśle. Przypomina mi się moja mama i jej rozróżnienie między bałaganem i brudem, obaj ci poeci by jej się podobali, choć chyba Bieleń bardziej, z tą jego ascezą, Mączka potrafi czasem „gwizdać sobie na wszystko”, a to niedopuszczalne. Pozostaje nam Sobol, najbardziej z tego wszystkiego skomplikowany. Zasadniczo ta jego książka jest o tytułowych schronach, acz o to mam też do niej główną pretensję, te oktostychy pojawiające się regularnie co czwarty wiersz, często rewelacyjne (jak choćby ten o szpitalach i ten o koszarach), robią się stopniowo zbyt przewidywalne, wadą tej książki jest więc jej wykonawczość, żelazna konsekwencja, z jaką wszystko zostało przeprowadzone. Choć oczywiście można to uznać za zaletę, Rafał Wawrzyńczyk nazwał Sobola „naszym Heaneyem”, ja poszedłbym nawet dalej i stwierdził, że jest to „nowy, lepszy Heaney”, gdyż jego wiersze są po prostu ciekawsze, intelektualnie bardziej wyrafinowane od dość taśmowej produkcji irlandzkiego noblisty. Już raczej jako punkt odniesienia (i to dla wszystkich trzech poetów) istotny wydaje mi się Słoweniec Edvard Kocbek, zwłaszcza z jego debiutanckiego, wspaniałego tomu Ziemia.

Niewiele to wszystko mówi, co tu powiedziałem. Taki był też mój zamiar. Pisałem te słowa, słuchając na okrągło Harnasi Szymanowskiego, który też w pewnym okresie życia postanowił zostać kompozytorem „wiejskim” i słuchać tylko górali grających na swoich skrzypkach. W związku z czym przyszło mi do głowy, że twórczość Sobola, Mączki i Bielenia to po prostu poezja pisana w skali lidyjskiej, w odróżnieniu od skali dur-moll, z jaką mamy do czynienia w wierszach innych poetów współczesnych. Może to jest najlepszy (co by nie mówić: starogrecki) wyróżnik.

 

Krzysztof Bieleń, Błystki wahadłowe, Mamiko, Nowa Ruda 2015
Jacek Mączka, Brudy prać, Teatr Mały, Tychy 2016
Michał Sobol, Schrony, Nisza, Warszawa 2016

Adam Wiedemann

(1967) Poeta, prozaik, krytyk literacki i muzyczny, tłumacz z języka ukraińskiego oraz angielskiego, malarz i rysownik W latach 1998 – 2001 redaktor pisma literacko-artystycznego Studium. Autor kilkunastu książek poetyckich i prozatorskich. Jego utwory tłumaczone były m.in. na angielski, bułgarski, chorwacki, czeski, francuski, hiszpański, niderlandzki, niemiecki, norweski, serbski, słowacki i słoweński. Jego twórczości poświęcona została książka Widoki są niejadalne (Warszawa 2007, red. Dawid Skrabek). Laureat Nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (1998), Nagrody Fundacji im. Kościelskich (1999), Nagrody Literackiej Gdynia (2008). Nominowany do Paszportu Polityki, Nagrody Poetyckiej Silesius (2008), Nagrody Mediów Publicznych COGITO (2008) i trzykrotnie do Nagrody Literackiej NIKE (1998, 1999, 2005). Urodzony w Krotoszynie, obecnie mieszka w Warszawie, wcześniej w Krakowie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!