W zielonkawym lustrze

Byliśmy kiedyś z Arturem Grabowskim w Słowenii, gdzie pośród innych przygód zdarzyła się nam i taka: ostatni dzień przed powrotem do domu mieliśmy wolny i spędziliśmy go, łażąc po Lublanie we trójkę, bo jeszcze z Michaelem Farrellem, który też nie miał co z sobą zrobić i zamęczał nas swoją australijską angielszczyzną. Kiedy wieczorem usiedliśmy w knajpie Le Petit na jakimś piwie, znużony Artur udał się do toalety i długo coś stamtąd nie wracał, a wrócił w stanie dziwnego podekscytowania i dalejże nam opowiadać. Siedziałem, mówi, na tym kibelku, i tak na chwilę zamknąłem oczy, a kiedy je otwarłem, świat zniknął, po prostu przestałem widzieć. Poczułem się jak sparaliżowany, dopiero po jakimś czasie dostrzegłem pod drzwiami nikłą smugę światła.

Ten „metafizyczny incydent”, wywołany przez lampę na fotokomórkę, przypomniał mi się przy czytaniu nowej książki Grabowskiego Jaśnienie, zaczyna się ona bowiem od bardzo podobnej historii: mały Artur budzi się, ale tuż przed otwarciem oczu przyłapuje się na byciu „wciąż po tej stronie, tylko ze sobą”, w ciemności, która się nie śni*, co prowadzi go do wniosku, „że to,/ co jest, jest/ daleko; a tego,/ co blisko, może// nie być”. Ten swoisty solipsyzm jest dla Grabowskiego konstytutywny: poeta nie potrafi wyrzec się swojego „ja” („Mistrzowie uczą, że medytacja powinna prowadzić do zniknięcia „ja”,/ żeby został sam przedmiot. Ale kiedy myślę „nie-ja”, zostaje mi „nie”, mogę z nim zrobić cokolwiek”), ciągle przebywa jednak na samej krawędzi istnienia, a żeby istnieć, musi widzieć („Widzialność, ta natrętnie oczywista kusicielka,/ włazi przez okno, świadomość wychodzi/ jej na spotkanie, niebaczna, w bieliźnie”). Jednocześnie widzialne przedmioty są (jako „rzeczy same w sobie”) absolutnie niedostępne. Nie tylko zresztą one, istoty żywe również, a wśród nich zwłaszcza ludzie.

„Dotykamy się twarzami/ jak przeciwne strony globu” – tak opisuje poeta sytuację, bądź co bądź, miłosną. W ogóle ta nieprzeniknioność Drugiego w połączeniu z preferowaniem wrażeń wizualnych sprawia, że erotyzm Grabowskiego (a jest go w tej książce sporo) ma wymiar wciąż jak gdyby pornograficzny, jest przyglądaniem się, podglądaniem, tam, gdzie powinna zaistnieć jakaś (w końcu) autentyczna bliskość, ciało opalonej żony zmienia się w półmroku w (emanującą „bladym blaskiem”) kombinację figur geometrycznych, a jej „dwie białe piersi wpatrują się w ścianę/ za mną” (jest ciemno, zatem podmiot znów powątpiewa o swoim istnieniu). Zresztą, od opalenizny tylko krok do „spalenizny”, eschatologii, która jest jedyną ucieczką, nadzieją na ostateczne spotkanie, podczas kiedy tymczasem można rozebrać się tylko do „gołych głosek”, z których i tak natychmiast powstają „ściany słów”. Swoją wzrokowość porzuca Grabowski bodaj tylko raz, w wierszu Traktat lingwistyczny, opisującym ssanie „tofika z nadzieniem” i mającym na celu dotarcie (oczywiście, językiem, w obu znaczeniach) do istoty słodyczy. I można powiedzieć, że w pewnym momencie autor nawiązuje z tym cukierkiem więź nieomal erotyczną.

Do eskalacji voueuryzmu dochodzi w (bardzo ciekawym, ale też na swój sposób okropnym) wierszu Ćwiczenia z poetyki występku, gdzie kobieta, tuż po zdjęciu stanika, zostaje zaskoczona przez dzwoniący telefon. Dla opisania tej zwykłej, z pozoru prostej, ale też jakże podniecającej i de facto skomplikowanej sytuacji poeta ucieka się do niesłychanych słownych łamańców: „lewa ręka, poddana niejasnej pokusie, próbuje/ Wcisnąć miseczkę na prawe kolano, drugą na drugie; po chwili, ostrożnie/ Rozchyla uda, sprawdza wytrzymałość czarnej pajęczyny między/ Koronkowymi górotworami z zastygłej lawy” – itd. Sposobem na oswojenie obcości i dziwności świata jest dla Grabowskiego dziwność wysłowienia, stąd jego wiersze robią często wrażenie przekombinowanych, kiedy „przerzedzone rzędy drzew werblują w oczodołach/ jak seria patykiem po płocie; łopot policzkuje blachę mgły w przeciągach, a po chwili spomiędzy drzew prześwituje brudny bandaż/ nieba, płaskie dziury w płótnie pod pogiętymi kręgosłupami/ zastygłych nacieków”, czujemy się wciągnięci do jakiejś gry w kalambury, ale, niestety, nie udziela nam się sensualizm, który miał być tu efektem głównym. Grabowski prowadzi nieustanną, samotną kłótnię z krajobrazem, usiłuje go sobie podporządkować, spętać za pomocą sensu, oczywiście bez skutku, i zresztą tak jest dobrze, świat musi pozostawać niedokończony i niejasny. Skutek zjawia się raz i nagle, pod postacią zbudowanego wspólnie z córką miasteczka z klocków Lego, w którym objawia się (po wykorzystaniu wszystkich elementów) „przerażająca radość spełnienia”, a raczej spełnienie o dwu twarzach: dla Julki radosne, dla Artura przerażające.

W ogóle ta dziewczynka to chyba jedyna postać, jedyny byt, z którym autor Jaśnienia czasami się utożsamia, traktuje jako swą porte parole, a to na tej zasadzie, że co dla niego jest myślą poetycką, dla niej stanowi realistyczny projekt, najzupełniej ziszczalny, jak w przypadku całowania ryb: gdzie Artur widzi esencjonalną niemożność, dla Julki istnieje jedynie zakaz. Skądinąd również i ona opisywana bywa behawioralnie, jak zwierzątko: „Obserwuję/ jej jaszczurcze zrywy”. Wiersz ten kończy się jednak ufnym „pozwala mi patrzeć”, a „patrzenie” jest tu czymś istotowo odmiennym od potocznej „obserwacji”. Julka patrzy na nas zresztą (spogląda?) razem z Arturem z tylnej strony okładki, i jak nie lubię poetów fotografujących się z dziećmi, tak tutaj ma to pewien sens, podobnie zresztą jak zdjęcie samego Artura na okładce przedniej, zrobione najwyraźniej w Stanach (gdzie też powstało sporo wierszy z tej książki). W tle widzimy bowiem znak drogowy ze strzałką i napisem ONE WAY; Artur demonstracyjnie patrzy w przeciwnym kierunku, co trzeba uznać za swoisty autokomentarz: poezja to jazda pod prąd, w związku z czym grożą nam niemal wyłącznie kolizje i mandaty, ale co za przyjemność jechać tam, gdzie wszyscy? Wierszy Grabowskiego nie czyta się dla przyjemności, jest w nich suchość i cierpkość („nasze owoce […] kurczą się/ do rozmiarów pestki”, pisał w debiutanckim tomiku), jednak ten panujący w nich duch skrupulanctwa, w połączeniu z nieustannie wystawianą na próbę miłością do pięknego widoku, ma w sobie coś poruszającego. Dla mnie zwłaszcza w pierwszej części Tryptyku, gdzie poeta, usadowiwszy się nad brzegiem morza, zapisuje swoje wrażenia, wzrokowe oczywiście, ale ponieważ trochę głupio rozglądać się specjalnie w celu otrzymania bądź sprawdzenia kolejnych doznań, pisze tak: „za mną (trochę pamięć, trochę wyobraźnia) niebo/ w zielonkawym lustrze, ściana lasu”. Ten gest pozostania nad kartką, na przekór łatwej oczywistości, to cały Artur Gr..

Artur Grabowski, Jaśnienie, Sopot 2011.
 
* Nie mogę sobie odmówić. Natrafiłem bowiem właśnie u innego pisarza na bardzo podobny opis takiego „sam na sam z ciemnością”, więc go tu zacytuję: „Wokół panowała przerażająco idealna ciemność. Nie mogłem w niej dostrzec żadnych kształtów. Nie widziałem nawet własnego ciała. Nie czułem, co może się w niej kryć. Była tylko czarna nicość. W takiej prawdziwej ciemności własne istnienie staje się jedynie pojęciowe. Ciało roztapia się w ciemności, a w powietrzu jak ektoplazma unosi się pozbawione substancji pojęcie »mnie«. Zostaję wyzwolony z ciała, a nie jest mi dane nowe miejsce pobytu i błądzę po tym kosmosie nicości. Po dziwnej granicy między koszmarem sennym a rzeczywistością”. To fragment powieści popularnej z 1988 roku (wiadomo wszak nie od dziś, że o czym piszą poeci, o tym już dawno pisali autorzy brukowców, tyle że nie tak). Na pięciu Czytelników, którzy pierwsi odgadną autorstwo, czekają nagrody książkowe.

Adam Wiedemann

(1967) Poeta, prozaik, krytyk literacki i muzyczny, tłumacz z języka ukraińskiego oraz angielskiego, malarz i rysownik W latach 1998 – 2001 redaktor pisma literacko-artystycznego Studium. Autor kilkunastu książek poetyckich i prozatorskich. Jego utwory tłumaczone były m.in. na angielski, bułgarski, chorwacki, czeski, francuski, hiszpański, niderlandzki, niemiecki, norweski, serbski, słowacki i słoweński. Jego twórczości poświęcona została książka Widoki są niejadalne (Warszawa 2007, red. Dawid Skrabek). Laureat Nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek (1998), Nagrody Fundacji im. Kościelskich (1999), Nagrody Literackiej Gdynia (2008). Nominowany do Paszportu Polityki, Nagrody Poetyckiej Silesius (2008), Nagrody Mediów Publicznych COGITO (2008) i trzykrotnie do Nagrody Literackiej NIKE (1998, 1999, 2005). Urodzony w Krotoszynie, obecnie mieszka w Warszawie, wcześniej w Krakowie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!