Jetinsynem będąc, udawać, że się go dostało udać

I <<małpa>> zawsze prawie zwycięża.

Edward Abramowski

Polecam średniowieczne Bractwo Wolnego Ducha, w ramach którego wyrabiamy absorpcję samoabsorpcji, bo Żadna z emanacji nie pozostanie w odłączeniu, nic nie będzie istnieć odrębnie. Nie będzie też niczego, co byłoby zdolne poznawać, pragnąć czy działać. Trwać będzie tylko jedna, prosta Istota, niezmienna i bezczynna – wszystko ogarniająca <<szczęśliwość>> (cytuję za Normanem Cohnem i jego „W pogoni za milenium. Milenarystyczni buntownicy i mistyczni anarchiści średniowiecza). Robotne podobieństwo chłonie raciczki (donosicielstwo odniesienia nosów); robotny całkiem a w bezrobociu puszczający tropikalne buzie, puszczone szmaciaki puszczające: duch jest nieruchomy, paćkaj!
(Booombox: nawet do WC
dawał z boomboxem
jak ja byłem raz
tu i te-
raz)
(Dalej Cohn, z którym nawet sam Debord wdał się w polemiczny stan plecków) Początkujący adept bractwa najpierw praktykował różnorodne ćwiczenia, od zaparcia się siebie i dręczenia własnego ciała aż po trwanie w całkowitej bierności i obojętności, mające na celu osiągnięcie pożądanego stanu psychicznego. Następnie po owym wstępnym okresie ćwiczeń, który mógł trwać nawet lata, przychodziła kolej na nagrodę.
(czy czegoś nam to nie przypomina? Coś w deseń:
adapter babe-kostiumator:
obpotancjalnośćność:
wylizywać się mega-jęzorem
na tle ostatniego warzywniaka
zrobionego w foto-szopie:
bufon-patefon) <<Ducha wolności bądź wolnego ducha – mówi jeden z uczniów – osiąga się wówczas, gdy całkowicie przemieniamy się w Boga. […] >>
Jeden pan (człowieniu!) […]<<całkowicie rozpuścił się w wieczności>>, jednocząc się z Bogiem do tego stopnia, że aniołowie nie mogli rozróżnić Boga od niego.
I to to jest chyba super.
Ale ciekawi nas, co mówią panie, tzw. mieszkanki domu w Świdnicy, bo są kobietami oraz są ze Świdnicy.
Jedna mówi, że jest Bogiem w taki sam sposób, jak sam Bóg jest Bogiem.
(słowem: mamy to my-sposoby)
Razem kobiety ze Świdnicy powiedziały (nieprawdaż – plecione) (mamy najtańsze pieniądze na całym gumowym ruchu kucania, w całym -wzwyż i wszerz- globie bimbała: każda cena żyje własnym życiem, bo ma gdzie), a powiedziały: że ich dusze własnymi siłami osiągnęły stan doskonałości, który przewyższa ten, którym Bóg chciał je kiedykolwiek obdarzyć. Głosiły też, że mają taką władzę na trójcą Świętą, że mogły <<jeździć na niej jakby w siodle>>.

szpindlerC_1

(!!) –króliczek-czułek cytata wciąga japę na właz.
Nie powiem – anarchicznie się puszczają te zajączki palcami, odznaczając w powietrzu umowność, przytupną – mać – cudzysłowność. Coś w stylu nomadycznego czytania. Lecisz na pokładzie spojrzenia rzuconego ukradkiem przez roboPAtYK.

Już Jan Kott zauważył, w swoim nieziemskim (jak chyba każdy Jego) eseju „BACHANTKI albo ZJADANIE BOGA”, zauważył:
<<Czarność>> jest spojrzeniem.

Albo (zauważa wcześniej): Rozpłynięcie się w kosmosie jest czasem zadziwiająco bliskie obłąkańczej afirmacji własnego <<ja>>. Dionizos obiecuje uwolnienie ze wszystkich więzów, ale prawdziwa wolność, wolność ostateczna, jest tylko jedna: jest nią wolność zabijania. Dziewczęta w kwiatach zamieniają się wtedy w piękne morderczynie. Mistrz Kott pije w tym miejscu do bandy Mansona (swoją drogą, ciekawie byłoby prześledzić polską recepcję masakry dokonanej w domu Polańskiego; Jan Józef Szczepański poświęcił gruby esej zjawisku, które wywróżył z Mansona, analizował doszczętnie jego sylwetkę, koncentrując spojrzenie na śpiewaczych ekscesach, przeglądając oddanie, z jakim przyszły guru uwypuklał kształt swojej roli, bo misję poprzedził odsiadką, podczas której kształcił się w transowym muzykowaniu [wedle Barthesa misja to słowo – mana białasów – pamiętajmy, że Manson chciał uderzyć w czarnych]; podobnie Maria Kuncewiczowa, pisząc o Przybyszewskim, przywołuje łaciate wymiary młodzieżowości, japiszona subkultur i dziwaczną mańką zwraca uwagę na muzykowanie:
[…] podczas kiedy obecni magowie subkultury, wykarmieni na jazzowych balladach i songach, często nieźle obeznani z instrumentami muzycznymi, z pędzlem i poezją, przemienili się z ofiar w mścicieli. Nie bawią się w śmierć, tylko ją zadają <<tatusiom>>, bez dramatu i bez wyrzutów sumienia.
Co pisze o szatanizmie?
I nie trzeba się pocieszać, że są kraje w Europie, gdzie na skutek <<zdrowej atmosfery>> satanizm nie zapuścił korzeni. Raczej należy pamiętać, że w różnych krajach różnie działają środki masowego przekazu. Hmm, tak więc „zdrowa atmosfera”, hmm. Atmosfera jest, gdzie się w takim razie podział szatanizm [w twarzy? w lustereczku przytkniętym do słuchawki mocnej?]? Jeszcze w latach 90. spotykany często w leśnych bunkrach, w chodzących lasach, w wieczornych Panoramach, wystarczyło oglądać youtube’y.
[Posłuchajcie, bracia miła!] […] „I kto jest mega ciapą, jak nie taki satanista po setkach znojów. W jednym życiu. Jedna, drobna sataniczna sugestia wywołana od strony pamięci i włamywacz objęty jej rycerstwem gotowy będzie zarażać tym gorączkowaniem bardzo niecodzienne maszyny.
Ale on się nie spieszy. Wie sobie, że mądrość w całkowitości przysposobi się tylko w okolicach twarzy.
A sobie to przynosi też różne mazaki, żeby rysować korzenie, w które wpaść można jak w siano.

Ktoś nie jest głupi. O proszę! Pięknie, to jest naprawdę wspaniałe.”
Jakiegoś szatanizmu obawiał się też Tymoteusz Karpowicz [pamiętajmy: miał protezę ręki], projektując dramatyzację zagadkowej kabiny o rojowisku kabli, przełączanej na dziewczyńskie kąpiele w jamie. A wszystko to z gitarowymi pasażami w tle [wielki – jak całość wrestlingu – festiwal], mowa o dramacie pt. „Dźwiękowy zapis doliny”, tam też:
Pierwszy: Mądrość nie zawsze polega na zadawaniu pytań. Trzeba nauczyć się czasem zwijać język w trąbkę i zatykać tym ucho – cytuję za książką „Teatr radio-logiczny Tymoteusza Karpowicza” Eweliny Godlewskiej-Byliniak, nie miałem w łapkach utworu, ponieważ bałem się wstąpić do Biblioteki Akademii Teatralnej, gdzie znajduje się dostępny (nie dla mnie) maszynopis. Strach przed anarchizmem cytowania czułków przestrzeni [można umieć nie czytać nigdy cytowanych rzeczy].
Znowu Kott:
Dionizos obiecuje apokalipsę natychmiast, w której zmieszane są ze sobą wszystkie czasy i w której <<ja>> i <<nie-ja>>, człowiek, natura i bóg są jednością.
Pośród niezwykłej (czyt. widzącej) urody uwag, znajduje się też przypomnienie, że […] morderstwo dokonane jest za sceną, a więc według konwencji teatru jest <<prawdziwe>>. Jest poza teatrem i poza czasem teatralnym. Istnieje w czasie widzów, jakby zostało przerzucone w czas teraźniejszy.
Czas widzów – pamiętajmy, morderstwo jako głos z offu, które urąbuje ze ściany głosów ten jeden jedyny: czas widzów.
E n t u z j a s t ą w greckim rodowodzie jest ten, kto ma boga w środku – w dosłownym sensie: ten, kto go zjadł (człowieniu!). To teraz (obraźnia-wy): spojrzenie jako entuzjasta, na którego pokładzie ktoś cytuje syntezator głosu, który trawestuje -uje-uje-uje: Pierwszy: Mądrość nie zawsze polega na zadawaniu pytań. Trzeba nauczyć się czasem zwijać język w trąbkę i zatykać tym ucho.
Po czym wkleja ilustrację (zwierzę lubi):

szpindlerC_2

(Ilustracja przedstawia: poznajcie się, liczę, że ssę to polubicie)
Oglądamy „rycinę” Stanisława Szukalskiego.
(mam pytanie: mamy rok Lutosławskiego, czy jeżeli Lutosławski czytał przed spaniem swojej żonie na głos wszystko, co sam chciał przeczytać, bo dzielił z nią wszystko, wszystko, co najlepsze, czy jeżeli żona syna jego żony powiedziała o tym w telewizji, a zobaczyłem to, to teraz [nawet bez czytania obcującego] właśnie wchodzę na pokład?)

Stanisław Szukalski był tzw. artystą niepokornym, założył Szczep Rogate Serce, zaprojektował specjalną bluzę ze znaczkiem (rogatym serduszkiem) i złotawymi mikro-skrzydełkami odstającymi (ledwo) od ramion. Bluza utrzymana była w klimacie stalker startrek.
Był przerażająco (smacznym) rzeźbiarzem. Nurtującym bezdzień stereotrupola, słowiańskość przewlekle niewinnościową (tu realna ilustracja biegunów nieziemskiej naiwności, prośz – chodzi o napisy markerem [jeden ludek] i poprawkę [drugi] długopisem [róż mój])

szpindlerC_3

Ale też Stach Szukalski wyjechał do Stanów, gdzie ostatecznie wylądował jako guwerner, domowy naimaniec ducha w rodzinie DiCaprio. Serialnie!
Szukalski uczył małego DiCaprio. A pisał, zaprojektował nieziemski krój (stroik) pisma i pisał, jak gdyby władał mańką wszystkiej chimery.
Wymyślił, że każdy język pochodzi od jednego, który był macimową, w istocie: mową polskiej gadki, gwarowanym językiem polskim. Przeprowadził długonose dowodzenie (dla przykładu: Babilon = starej baby łono; chyba każde obce słowo potrafił tak zrobić).
Cóż.
Może nie trzeba od razu odpowiadać, w miejscu pytania wpychając trąbkę językową do ucha, można odpowiedzieć profesorem Rutkowskim, jego znawstwem na Towiańską modłę:
[…] język polski, bo w tym języku rozkazy nieba przychodzą, postawił nad mistycznym <<i>> uduchowioną kropę.
Tu okładka odpowiedniej książki obok Szukalskiego prezentującego dzieło:

szpindlerC_4

szpindlerC_5

Szukalski, jak sam to określił, nadał dziełu bojaźliwie nadęty tytuł „Należy mi się cały świat”, a oprócz problematyk macimowy w rozległe (co widać) obszarnictwo swojego pisania wprowadził także (nie lada) problemat jetinsynów.

Jetinsyn jest regularnym małpoludem wpisanym w ludzkie ciało. (wielkopańskość to pomysł debila) Jetinsynami bywają najczęściej wielcy panowie, którzy sterują nielotem (profesor Rutkowski w zupełnie innym swoim utworze: Zapominając o mowie, człowiek coraz częściej naśladuje głuszca, chociaż nie potrafi latać i nie wie, czym jest telękowanie) i knują przeciwko ludzkiej wewnętrzności dziobów. To oni uprawiają geniusz i w kompetycji wygrywa genialna bieda – włochata z łysą główką w chrupiącej skórce. Szukalski prowadził studia fizjonomiczne i potrafił z niejednych bazarowych flaczków wysupłać (mówisz do mnie, po co masz wąsy) jetinsynowską formułę sprawczą.

szpindlerC_6

(bliziutko, och boj! jak bliziutko omfalogii do omofagii)
Być może na jako tako podobną mackę zorientował się Aleksander Wat w swoim dziennikowym zapisku (z 08.11.1963) o przepostaciowaniu Homunkulusa:
Poza lekturą dzień jałowy kompletnie. Senność. Grzebanie w papierach. Próba uporządkowania Śmietnika jak zawsze beznadziejna. Narastanie Śmietnika, poczucie, że mózg mój jest coraz bardziej rozregulowany, że może <<homunculusy>> mózgowe nabierają coraz większej mocy, to oni, z wyolbrzymionymi rękami (które piszą, piszą i piszą) i organami mowy. I bez mózgu. <<Homunculus>> i <<megantropus>> nie tylko w projekcji mitycznej. Cała praca artysty oscyluje między jednym a drugim jak między biegunami. Raz jestem demiurgiem, zaraz potem jestem małe nic, Tomcio Paluch.

Innym zupełnie bohaterem, ale podobnym do takiego wewnętrznego politykiera (gumowej ruchawki wielkości podskoków i kucnięć), będzie małpa Abramowskiego.
Bodajże jednego mamy klasyka w piśmiennictwie polskim, którego bez kozery traktuje się określeniem „anarchista” (raczej nie mamy Tołstoja). Edward Abramowski przewidywał, że w przyszłości człowiek nie zmieni się z wyglądu (ważne!), a jednak obdarzony będzie dobrodziejstwem telepatii. W swoim widzeniu nie odbiegał zanadto od serdeczności produkowanych później przez ks. Teilharda de Chardina i jego dobrotliwej noosfery. Ale być może Abramowski więcej zawierzał ciałkom, u niego cały myk szedł poprzez dreszcz od tzw. „ideoplastii”, „idioplazmy” czyli plazmy twórczej. Myśliciel podkreślał wagę intuicji sięgającej do jamochłonów i doceniał intuicję Słowackiego wyrażaną w „Genesis z ducha”, gdzie odznacza się pełnokrwista inteligencja roślin. Tak więc zoom na „idioplazmę” (wspólne wszystkim to, że każdy jest w posiadaniu własnej – co daje niezły beret pod odbicie) wkłada sobie do buzi „wzruszeniowo-bezimienne redukcje odwiecznych zdarzeń”. I tego – uważał uczony – chciejmy od sztuki: prezentowania sposobności do osiągania „stanów bezimiennych” udrażniających super-komunikację.

Dlatego zacytuję teraz kresową wielkość, Zygmunt Haupt w swojej „Nietocie”: Zaczęło się od imienia, które miało pójść na tytuł: <<Nietota>>. Wyszukałem w etymologicznym słowniku Brücknera, że <<Nietota znaczy „nie to ta”, bo to Lycopodium, roślina czarownicza, a roślin czarowniczych nie nazywa się po imieniu>>. I tamże uzupełniłem Brücknera, że nie wymienia się po imieniu i istot potężnych, budzących w nas trwogę, strasznych, a także i osób nam drogich, by uszły uwagi tamtych zazdrosnych potęg (phtonos theon – zawiść bogów).

W życiu z chybą bezodwłokim istotowa jest właściwie obrażalskość. Jeżeli mamy olbrzymi koncert, pod samym, we własnej osobie pałacem kultury. Scena większa od (tu zaskoczenie) ucha prawdziwszej dziejby. I ludzie stoją pod samą sceną, a stoją plecami, bo oglądają ją z telebimu, w porównaniu do którego widzenie oryginału przypomina rzucanie lalką w kąt. To mamy małpę Abramowskiego.
Małpa, która zawsze prawie zwycięża pośredniczy i małpuje. Podczas wystąpienia – Abramowski opisuje obrazek – Chrystusa, u jego stóp śmieszny małpiszon przekłada słowa zbawiciela na błazeńskie podrygi i w kompetycji na lepszego performera wygrywa przekład małpiszona. Pośrednictwo ma fisia na swoim punkcie, a co nam lubi pośredniczyć najlepiej, najlepiej smakuje, jak nam pośredniczy nasz (chyba) narcyzm.

Jest też zupełnie inna małpa – jakby co – w pomocy. Co prawda, niepolska, ale jakże nam bliska, ponieważ dochodzi od środkowoeuropejskiego konturu (głąb-oka nie-eureka).
Elias Canetii „Auto da fe”, tłum. Edyta Sicińska: Chcąc uchronić się przed jej obleśną uprzejmością poprosił, by pokazała mu dzieła sztuki zgromadzone w willi. Ociężale, ale chętnie dźwignęła się z łoża boleści. Miała nadzieję, że obrazy nagich, lecz pięknych kobiet – bo tylko takie kolekcjonował jej mąż – nastręczą lepszą okazję do nawiązania kontaktu. Entuzjazmowała się Rubensem i Renoirem. – W tych kobietach – powtarzała ulubione zdanie swego męża – dyszy Wschód. – Mąż handlował dawniej dywanami. Wszelką bujność w sztuce uważał za cechę Wschodu. Madame obserwowała doktora Georges’a wzrokiem pełnym współczucia. Nazywała go po imieniu, ponieważ mógł być jej „małym braciszkiem”. Gdzie zatrzymywały się jego oczy, tam przystawała ona. Niebawem wydało jej się, że odkryła, czego mu brak.
Pan cierpi! – stwierdziła jak na scenie i spuściła wzrok na swój biust. Dr Georges nie rozumiał. Był taki subtelny. – Największe dzieło wisi u mojego szwagra!
Po tym istotnie bezwstydnym obrazie obiecywała sobie więcej. […]
Drzwi wiodące do szwagra były zamknięte. Dr Georges zadzwonił. W judaszu zjawiło się czarne oko. Madame przyłożyła palec do ust i uśmiechnęła się czule. Oko trwało bez ruchu. Czekali cierpliwie. Lekarz zaczął żałować swej uprzejmości i dotkliwej straty czasu. Nagle drzwi otworzyły się bezszelestnie. Wyszedł z nich ubrany goryl. Wyciągnął długie ręce, położył je na barkach lekarza i przywitał go w nieznanym języku. Na kobietę nie zwrócił uwagi. Goście udali się za nim. Kazał im usiąść przy okrągłym stole. Jego ruchy były nieokrzesane, ale zrozumiałe i zapraszające. Lekarz głowił się nad jego językiem. Najbardziej przypominał mu jakieś narzecze murzyńskie. Goryl przyprowadził swoją sekretarkę. Była skąpo odziana i najwyraźniej zmieszana. Kiedy usiadła, jej pan wskazał obraz na ścianie i huknął ją w plecy. Bezczelnie przytuliła się do niego. Onieśmielenie kobiety zniknęło. Obraz przedstawiał zespolenie dwojga ludzi o wyglądzie małp.
Lekarza – nie ma w tym nic dziwnego, prócz czyjegoś zdziwienia – zafascynowała ekspresja goryla.
[…] Żeby tylko goryl znowu przemówił! Wobec tego jedynego pragnienia znikały wszystkie myśli o braku czasu, zobowiązaniach, kobietach, sukcesach, jak gdyby od urodzenia szukał człowieka czy goryla, który posiadał własny język.

Tak się składa, byłem wczoraj (tak, wczoraj) na występie podczas konferencji, który występował. Znaczy, ślicznie przepraszam, dotyczył Canettiego. Z największą rozkoszą podzielę się notatkami:

szpindlerC_7

A czy ten goryl to nie jest spełniony – proszę że ja Ciebie – Gujsztwak?
Gujsztwak?
Zgadza się, Gujsztwak.
Posłuchajcie, bracia miła! Nasz pisarz, Juliusz Kaden-Bandrowski, wedle Berezy, drugi obok (niedoszły) Witkacego odmieńca polszczyzny literackiej, posłuchajmy go:
Wtedy nagle odsunęła się wewnątrz mego ciała ukryta, cicha, niewidzialna zasuwka. Wytrysnęły spod niej od razu inne od zwykłych, moje własne, kuse i długie, cienkie i okrągłe, dziwaczne słowa, którymi mówiłem bardzo długo do powyginanych sprężyn starego karła.
W języku ludzi dorosłych rzecz taka nazywa się n a t c h n i e n i e m. (…) W moim języku nazywało się to – Gujsztwakiem.

Mamy więc przebojowość małpy, przebój goryla i świetnego Gujsztwaka. Jest bycio! Co robi bycio? Bycio: ponoć chimera jest wszystkim, co najlepsze w zwierzętach, zlepionym w jednym byciu (nie psujący się obrażalski Chryst z niepsującym się jajkiem w środku?).
„Chimera jako zwierzę pociągowe” Jerzego Stempowskiego jako polski odpowiednik „Bankiera anarchisty” F. Pessoi.
Jerzego Stempowskiego uznawał Jan Kott za swojego mistrza (ciekawe, że mamy w eseistyce polskiej też drugiego Kota, Jeleńskiego, ale…) (za brak pamięci: kara-puszczam swoją dłoń, i nic).
(Jest jedna rzecz anarchiczna u Kotta, napisał o dwóch swoich zawałach, należycie oddając „rogate serce”, pisze np.: Nad wielkim stołem w ośmiu małych ekranach biły świetlnym zygzakiem serca. Wszyscy chorzy na reanimacji mają serca podłączone do tych ekraników. Mógłbym, gdyby mnie nie wypędzano, wpatrywać się godzinami w te bijące serca. Każde serce biło inaczej, zygzaki świetlnych linii rysowały zęby spiczaste lub rozwarte, szły drobnym, szybkim ściegiem maszyny do szycia albo zamaszystymi krechami pióra. Ale wszystkie serca pulsowały. Byłem zafascynowany tym świetlnym pulsem. Podglądałem nocą cudze serca. W tym doświadczeniu było coś niepokojąco erotycznego. Puls serca w tych szpitalnych nocach wydał mi się pulsem seksu. – Tymczasowa Strefa Autonomiczna osiągnięta w szpitalnej [ale kanał!] rurze)

W „Chimerze jako zwierzęciu pociągowym” pisze Stempowski, jak to najwyraziściej bieżącymi czytelnikami futurystów i w ogóle odbiorcami awangardy są bankierzy i giełdowi spekulanci. Zauważa odpowiadanie temperamentów artystycznych radykałów i ryzykantów operujących, strzelających szmalem na wielkiej rozciągłości (gumowy szmal?), wybierających muł i modelunek ekonomicznego zakalca, słowem: igrających z dupą. U jednych i drugich ich ojcowie nie śmieliby pozwolić sobie na choćby jedno zachowanie spośród tych, idących tu ogromnymi seriami, ustawiającymi żyłki pod słomki horrendalnej atmosfery.

Jak wyglądać zacznie współczesna sztuka w naszych (naszych!) kalanych oczętach, jeżeli odtworzymy model paraleli zastosowany przez Stempowskiego i uznamy, że jej kształt musi odpowiadać zachowaniom naszych (naszych!) dzisiejszych bankierów?

szpindlerC_8

Przypomnijmy sobie co?
„Stany bezimienne”. Jan Strzelecki pod datą 1 XII 1951 zapisał (w „Śladach Tożsamości”) „przestrogi personalisty”, m.in.:
Udział w życiu politycznym i publicznym może stać się narzędziem odczłowieczenia: oto fragment dialektyki współczesności, nie dostrzegany przez Inżynierów dusz ludzkich lub dostrzegany z aplauzem.
Chimera może być nad-tajną personalistką.
Kilka dni wcześniej Strzelecki notuje (niejako ważne w wyglądzie na temat telepatii; uprzedzając wycieczki możliwe, że zaliczymy internetowy debiut słowa telestenicznego):
Krzywicki, śladem modnego w swoim czasie prądu, również zagłębiał się w psychologiczną typologię ludzi i analizował ich role w różnych społecznych środowiskach. Przy okazji uwag nad typem t e l e s t e n i c z n y m, które to piękne słowo oznacza ludzi, mających dar głębokich uczuciowych powiązań, zdolność długotrwałości uczuć tkliwych i sympatycznych, wypowiada uwagę, tchnącą swoistym marzeniem owych pełnych nadziei czasów:
<<Doniosłość ich wzrasta i musi wzrastać w miarę tego, jak wszelkie więzi natury przymusowej rozluźniają się, rozpryskują, aż w końcu w owej przyszłej „kooperacji swobodnej”, jak wyraża się Herbert Spencer, staną się podstawowymi, pierwszorzędnego znaczenia spoidłami gromad. Typ bowiem rozpatrywany jest wyłącznie i całkowicie typem wolnego i nieprzymuszonego związku, typem uspołecznionym, umiejącym poświęcić się, wczuć się w innych, a traktującym innych jak równych sobie. Jednemu tylko nie może podołać: rządzeniu innymi, przynajmniej w swoich najdoskonalszych wcieleniach>> (Studia Socjologiczne)
Hu – dobry kawałek „idioplazmy”; w takim oglądzie dobry byłby „telesteniczny” „personalistyczny pluralizm”. Czym jest drugi człon zbitki, którą poczyniłem kalanie (mać!)?

Mianem „pluralizmu personalistycznego” odznaczyła Alicja Kępińska procesy zachodzące w sztuce polskiej drugiej poły lat 70. po przebyciu (przebycio!) wyśmienitości konceptualnych. Określenie sprytnie obchodzi się z pewnym rozproszeniem, które nastąpiło. Spróbuję pokrótce zaprowadzić klimat, żeby móc i móc chuchnąć z atencją (i chuchnąć i zdmuchnąć obraza).

Zacznijmy może od strony Henryka Stażewskiego, nie tylko dlatego, że jego słodka łysina jest personą centralną (wraz z jego sławetną pracownią). Łyse są jego obrazy. Już przed wojną wybija się na czoło i już przed wojną Stażewski uważał się za anarchistę. Uważał też, że tylko abstrakcje wyrażają stan maszynowych sytuacji i sytuacjonizmu maszyn, zachowując sympatyczny związek z rzeczywistością („równa się” = abstrakcji). Sam wyrażał troskę. Piotr Piotrowski pisze w swoim „Znaczeniu modernizmu”, parafrazując artystę: Odrzucenie <<literackości>> w nowej sztuce jest wydobywaniem jej uniwersalnych harmonii, skrywanych uprzednio pod powłoką indywidualizmu, który Stażewski nazywał <<zarodkiem anarchii>>.

I tu właśnie czai się coś niecoś istotowego. Chciałoby się powiedzieć (kto wie, czy się nie powie), że Stażewski był typem telestenicznym i jako taki przechodził na pozycje trans-indywidualności, rozbrajając tym sposobem „zarodek anarchii”. A przy tym uważał się za anarchistę (pomagał bratu – bodajże bankierowi [!] – w jego byciu [bycio] anarchistą). I z jednej strony nie pochwalał wszelakości działań sztuki bezprzedmiotowej, pojęciowej, czy konceptualnej, bo uznawał, że artysta, udając naukowca, naraża wszystkich na partactwo (pomijał w tej opinii samo mocowanie udawania [nie ma udawania, sam jesteś nie ma]), ale choć oficjalnie zachował dystans, chodził i pokazywał, jak to się robi. Ciepło, którym emanował, jest dobrem wspólnym.
Pracownia, w której zostawił po sobie Edwarda Krasińskiego, mieszkającego tam, ogłuszona jego odejściem musiała (tak uważał Krasiński) zachować osobliwą resztkę obecności swojego pana: łyse ślady po obrazach, ramki kurzu i łyse luki, czyste dziury (po obrazach).

I to jest właśnie ten personalizm, który osiąga pluralizm (lub na odwrót). Stażewski był nestorem awangardy, może nie był entuzjastą konceptualizmu, ale coś tam kibicował. Inaczej rzecz się miała z jego młodszymi kolegami, którzy zdołali przeżyć śluzę fantazmy, przechodzili różne stadia i odrobinę pogryźli się z konceptualizmem, od którego odbijali, kiedy pałeczkę przejęli urodzeni konceptualiści, jajcarze, rozkręcający cały ten kram pod tytułem lata 70., żeby szykować glebę na zderzenie z dzikim (bo), trzecim policzkiem lat 80.

To, czego nie trawili awangardowi wyjadacze, można teraz zobaczyć jako rykoszet i zarazem transmutację „literackości” (w temacie rykoszetu polecam artykuł Bohdana Zadury „Daj mu tam, gdzie go nie ma”). Ale raz, że była to już „literackość” spod znaku „życiopisania”. A dwa: plemiennemu rozpleniaczowi młodzieżowo-przygodowej (klawej!) miarodajności towarzyszyć musiała naturalna irytacja faciów z głęboko rzeźbionymi twarzami (wcale nie mam na myśli przesadnej twarzy Kantora).

Po roku 70. (co zauważył J.S. Wojciechowski) robienie sztuki nierozerwalnie wiąże się z pisaniem (słowem: jest widokiem na takich, co lubią robić pisanie). A trochę wcześniej… czy ja wiem?

O! w 1966 roku zostało zorganizowane wiekopomne Sympozjum Artystów i Naukowców w Puławach, tak do otwarcia „ogromnych” zakładów azotowych, podczas którego Włodzimierz Borowski ofiarował zakładom ich własne piece:
IV Pokaz Synkretyczny pt. Ofiarowanie pieca. Happening, w czasie którego ubrany w smoking autor przemawiał z galeryjki umieszczonej na piecu, w którym wytwarzał się mocznik. Artystę oświetlały pulsujące w rytm uderzeń serca reflektory. W swoim przemówieniu „zachwycony pięknem krajobrazu przemysłowego” Borowski odśpiewał skomponowaną przez siebie pieśń do słów „mocznik, mocznik”, która przerodziła się w hymn państwowy – jak podaje katalog do jego wystawy „ślady” (GALERIA STARA • 1993 BWA • LUBLIN. UL. GRODZKA 5A • POLSKA).
Włodzimierz Borowski wcześnie zorientował się na potężne sążnie „czasu widzów”. W 1969 roku zrobił anty-happenning Fubki Tarb. Publiczność zaproszona do galerii pod Mona Lisą we Wrocławiu została obfotografowana, a nie spotkała żadnego eksponatu, ani artysty, ten był poza, ucięty – błądził ulicami. To widzowie byli tytułowymi farbami (tarbami), wyciskanymi namiętnie ze swoich tubek (fubek), rozpaćkanymi o anty-wydarzenie, sytuacyjną czarną dziurę.

Ale wracając jeszcze na chwilkę do Puław. Te zakłady Azotowe to jest dziwna rzecz. Coś tam jest. Np. Piotr Cieplak, który obecnie zachwyca publikatory, wystawiając wierszyki Tuwima, robił przy tych samych azotach teatr, mający (wg Puzyny) zadatki na znaczącą alternatywę dla krajobrazu po Grotowskim. A na tym samym Sympozjum („Sztuka w zmieniającym się świecie”) , które rozfajnił Borowski, trójka rozentuzjazmowanych krytyków Anka Ptaszkowska, Mariusz Tchorek oraz Wiesław Borowski (ostatni wsławił się pojęciem „pseudoawangardy”, którym próbował wygrzmocić mocniejszych od siebie) ogłosiła swoją „Teorię miejsca”, enigmatyczny manifest inaugurujący działalność galerii Foksal. Po ich wystąpieniu Kantor wdrapał się w te urosłe malowniczo karczki, żeby przejąć kontrolę nad ich mózgowiczami (wiadomo: mistrz ceremonii), nawmawiał im, że kradną jego pomysły, za co każdego spotka jetinsynowska zemsta. W związku z czym byli kornikowymi osobnikami kuternogi u swojego długu i Kantor śpiewał odtąd pod ich sklepieniami, bo gitara i w ogóle wszystko – to była jego domena. Tak więc, kiedy pleniły się czupryny i każdy jeden mógł być anonimowym Indiańcem do wywoływania duszków-majteczków, wpadł waleczny Kantor do galerii Foksal i co napisał na ścianie? Że koniec tak zwanej partycypacji.
Bohdan Zadura pochodzi z Puław, może zapytajmy go o te „Azoty”, co jest grane.
W wierszu „Nigdy tak nie mówiła” z legendarnego tomu „Starzy znajomi” poeta pisze:
To co nas dzieli Mamo to ten wykrzyknik O boy
którym ostatnio zaczęłaś wyrażać zdumienie

O „ofiarowaniu pieca” Włodzimierz Borowski notował: Czuję swoje i ich zażenowanie, oburzenie ich, pogardę za tak nieudany spektakl. Dyrekcja <<Azotów>> obrażona. W ogóle: notował. Bo przekonfigurował wdzięk. Zbiór notowania pt. „Est-etyka. Autoporterty” (Lublin 1970) poprzedza następująca naguska:
Zapisane te kartki – jak każda notacja, są tylko—pamiętnikiem. Tylko <<żywy przekaz>> , jakim jest osobisty kontakt—może dać portret bliższy prawdzie. A świadomość, że nigdy nie poznamy prawdy – mieści się – w bezinteresowności sztuki.
Uosobienie „personalistycznego pluralizmu”. Tyle, że wcześniejszy (trawestując zawałowego Kotta: „zanim był, już jest”).
Borowski pisał w duchu Cage’owskiego projektowania anarchistycznej wspólnoty przyszłości (patrz: „Przeludnienie i sztuka” Cage’a) o tym, że przeznaczeniem człowieka nie jest praca, dlatego też o wartości nie decyduje to, ile pracy w coś zostało włożone.
W ostatnim ujęciu „Autoportretów” (które przechodzą przez informel, strukturalizm, sztukę organiczną i kinetyczną, pop-art, environment, happening, w końcu konceptualizm [tu: Za bardzo przejąłem się tą farsą.]) pisze:
Moja mała postać wychodzi z oczyszczającej kąpieli.
Zmniejszyłem swoje wymiary – powiększyłem swój świat.
„Idioplazmatyczny” balans przekroczenia.

Oczywiście walecznych makatek (czyt. przykładów postawy) jest o przynajmniej 100% więcej. Ale powiem jeszcze tylko dwie rzeczy.
Jerzy Rosołowicz i jego wkład w „stany bezimienne” (czyli „mimikra neutrdromu” – jak określił rzecz Jerzy Ludiwński), Grzegorz Dziamski pisze:
Z 1967 roku pochodzi projekt Neutrdromu zbudowanego z odwróconego stożka i kuli. Odwrócony stożek o wysokości 100 metrów, z wewnętrzną windą pozwalająca wywozić widzów na szczyt, czyli podstawę stożka, by tam, w zamkniętym pomieszczeniu mogli doświadczać „zawiśnięcia w przestrzeni”. Wydrążona kula o średnicy 35 metrów, tocząca się pod naciskiem przemieszczających się wewnątrz niej ludzi i uruchamiająca pod wpływem ruchu rozmaite urządzenia elektroniczne wytwarzające efekty świetlno-wizualno-dźwiękowe, zmieniające ciśnienie wewnątrz kuli i siłę grawitacji.
Druga rzecz, którą chciałbym powiedzieć, to, że chciałbym powiedzieć o Anastazym Wiśniewskim, a potem chwilę o Andrzeju Partumie i Jacku Kryszkowskim.
Anastazy Wiśniewski założył przytakującą a nieistniejącą Galerię Tak. Wiśniewski sporządzał na urzędowym blankiecie notatki informujące o sytuacjach i rozsyłał je do wybranych adresatów.
Grzegorz Dziamski daje świadectwo jednej z notatek (b. ważnej!):
[…] opisywał jak podczas pleneru w Opolnie Zdroju położył na szosie jednego pieroga ruskiego, którego przejechał Fiat 125p Konrada Jarodzkiego z Wrocławia; <<Organizatorzy byli bardzo niezadowoleni i udawali nieorganizatorów.>>

Kryszkowski zrobił Bakuninowi pogański grób, przez który trzeba było przejść, żeby wejść na teren wystawy. Potem ktoś ten grób zgubił. Kryszkowski pojechał wykopać gnaty Witkacego. Przemycił przez wschodnią granicę jego zmieloną kość udową. A dawkę proszku dodawał do każdego egzemplarza swojego zina „Halo Haloo”. Założył Osobisty Punkt Obserwacji Fauny i Flory Twórczej, który przesuwał się zawsze razem z nim i razem z nim zszedł. Jeżeli widać Kryszkowskiego na zdjęciu – lepiej widać punkt. W końcu wyprzedał wszystkie swoje prace na specjalnie zorganizowanej aukcji, każdą w cenie kieliszka wódki. Sprawozdawał też, np. (1986 r., „Pierdolnik Mandżurski”, Stodoła, pisał w „Hali Gali”):
Niedbała publiczność siedzi między muzyką już graną, ostro, a obrazem, który dopiero powstanie […].
Był stróżem Kultury Zrzuty (jak Mauss w „Eseju o darze”). Tajemnicza postać, która wprowadza ducha Kryszkowskiego w efemeryczny katalog wystawy zorganizowanej ostatnio w Goldex Poldex (ostatniej tam, zamykającej go), pisze ta postać tak:
I w ten sposób zaczyna, że tytułuje siebie literatem.
Prawda to, bo co by nie zrobił, w pisaniu się zaczynało
i tam kończyło.
Teraz mamy Kryszkowskiego w stałej ekspozycji Muzeum Narodowego (start za pomocą oklasków).

Teraz („pozytywny nihilizm”) Partum!

szpindlerC_9

Ale samo tylko jego pisanie, bo to pisanie to nieustanne przepinanie konsytuacji, wykidajło personalizmu, na żywca wyjmuje czaszkę i robi z niej boję dla dzikiej wynalazczości. Na początek takie „Haloo”:
Lichwa poezji anomalii modyfikujących w sztuce konceptualnej:
Uzasadnienie lichwy poezji nad sztuką konceptualną zakłada stopień czynienia już nie słowem aby dokonać odkrycia w takiej formie teorii która staje się aktem twórczym – tylko godnym podziwu osobistego doboru działania jakoby nikłość filozofii pożytku doszła do takich granic – że wykrywane twórcze prawa są RESZTKAMI ZACHOWANYCH ŚWIATÓW.
To pisanie wymknie się wszystkim instytucjonalnym wytrychom (typu: przysłowie) razem wziętym naraz (biegnijcie za wytrychem!), a wcześniej kurczowo oddanym (Czy zjadanie boga jest higieniczne? Nie, ale za to z wyglądu bardzooo apetyczne).
Oprócz Lichwy jest Krytykosystem: […] Krytykosystem to konflikt intelektualny: twórcy z samym sobą, wymierzony przeciwko własnej sytuacji, doświadczeniu i orientacji. Krytykosystem (Sztuki) neguje granicę pomiędzy teorią a samym aktem twórczym, przekreśla idee zaangażowania w stabilność nurtu sztuki, reprezentując zjawisko p r z e k r a c z a l n o ś c i i wreszcie zastanawiającą zasadą należności pojętych dla celów sprzecznych wobec dowodów ich wartościowania.
Jednak przede wszystkim jest (zdaj sobie sprawę) PRO/LA:
PRO/LA nie ma nic wspólnego z inspiracją. Albowiem inspiracja to nic innego jak stan depresyjno-wtórny do rzeczy tych, które nazywać będziemy sztuką PRO/LA. Zatem tą sztuką terminowania filozoficznego określającego się niebytem eksploatacji, gdy aprioryczny początek tej sztuki równa się automatycznemu końcowi. […] Przykład zasadniczy sztuki PRO/LA: ból fizyczny przed rozpoznaniem […] Informacja konceptualna nie zastąpi piękna ascezy jednoosobowej i nieprzekazywalnej.
I jeszcze wypowiedź Partuma w rozmowie z Ewą Mikinią:
Jeśli istnieje sztuka – muszą istnieć ludzie, skoro nie ma ludzi, może istnieć sztuka każdej sytuacji w przyrodzie, każda sytuacja przypomina kwitnąca jabłoń: kiedy zabraknie sytuacji, drzewo traci owoce, kiedy sytuacja się rozwija, wzbogaca, z jabłoni spada jabłko a kompromitująca wymowa wyrazów legalizm i populizm bezpośrednio dotyczy dzieła człowieka – zatem wniosek ma być odwrotny: to skromność artysty-człowieka upokarza język wyprodukowany przez niego.
I mamy robienie mówienia, a nigdy go nie dostaniemy.

Ale – mówię – w literaturze polskiej najbardziej anarchizuje tekst, który napisał Leo Lipski:
Ludzie to są kobiety; dla mnie.

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!