Stara Słaboniowa i Spiekładuchy (fragment powieści)

Słaboniowa wstała rano, zrobiła obrządki i już miała szykować śniadanie, gdy okazało się, że w kredensie wala się tylko sucha piętka od chleba, a z wczorajszego obiadu nic nie zostało. Zjadła więc twarogu ze śmietaną i popiła herbatą. Ku wielkiemu niezadowoleniu Słaboniowej herbata była gorzka, bo cukier również wyszedł – na babkę, co ją w ostatnią niedzielę napiekła.

Rada nie rada musiała Słaboniowa wybrać się do sklepu, który niedawno w Capówce otwarto. Wzięła swoją laskę i powędrowała w stronę Nowej Wsi. Minęła stary krzyż, transformator, dom Anetki i Samoszuków, a dalej po lewej jeszcze dwa krzyże ogrodzone płotkiem. Krzyże były okazałe, metalowe i pomalowane na szaro, a to Romaniuk je ufundował, jak mu najmłodszego synka w szpitalu od śmierci uratowano. Dalej jeszcze po prawej znowuż krzyż drewniany stał przy lasku brzozowym. Za laskiem droga zakręcała w lewo, a za zakrętem stała kapliczka drewniana, gdzie baby i dzieciaki chodziły modlić się i pieśni święte śpiewać wpierw na majowe, a potem na czerwcowe. Kapliczka owa była na skobel tylko zamknięta tak, aby każdy spragniony modlitwy mógł wejść do środka. Tak i Słaboniowa zaszła do kapliczki na chwilę.

Usiadła na ławce pod ścianą i z lubością wdychała powietrze, które przesiąknięte było zapachem drewna, kurzu, spalonych świec i słodkawym aromatem kwiatów, które od wiosny do późnego lata baby zawsze znosiły tu naręczami. Z małego ołtarzyka umieszczonego naprzeciw wejścia spoglądała na Słaboniową swoim migdałowym okiem Matka Boska z Dzieciątkiem na ręku. Oboje mieli czarne twarze, okolone kutymi w metalu aureolami, a na głowy nasadzone mieli korony, podtrzymywane przez aniołki. Na białej serwetce leżał śpiewnik w czarnej okładce, o brzegach kartek czerwonych jak roztarte płatki malwy.

Po obu stronach obrazu stały inne, mniejsze, przedstawiające Jezusa w białej szacie ze świetlistymi promieniami wychodzącymi z gorejącego serca opasanego cierniowym wieńcem lub Jana Chrzciciela odzianego w skórę dzikiego zwierza, a okrytego długą siwą brodą i włosami, wspartego na wysokim, smukłym krzyżu. Za ramy obrazków powtykane były kartki z wizerunkami św. Maksymiliana Kolbego, św. Weroniki i innych jeszcze pomniejszych świętych. Była też gipsowa figurka Maryjki okrytej niebieskim płaszczem, rozkładającej ręce w opiekuńczym i zapraszającym geście, a na jej piersi również gorzało umęczone cierniem serce.

Po całej kapliczce porozstawiane były bukiety sztucznych kwiatów powtykanych w wazony gliniane, fajansowe i kryształowe, co która kobita z domu przyniosła. A kwiaty były rozmaite. A to plastikowe goździki o płatkach zębatych niczym piłka do metalu, a to róże żółte, czerwone, brudnobiałe i niebieskie, a to pomarańczowe gerbery na grubych, kosmatych nóżkach i moc innych jeszcze kwiatków – sztywnych, postawionych na baczność w swoich wazonach.

Siedziała tak Słaboniowa długą chwilę, patrząc na drobinki kurzu wirujące w smudze światła padającej z małego okienka. Wreszcie niechętnie opuściła to ciche, zastygłe w czasie miejsce i poszła dalej, minęła dom sołtysa i dotarła do sklepu.
Sklep w Capówce wyglądał jak i inne wiejskie sklepiki. Nieduży, nakryty skośnym dachem z blachy falistej, z okratowanymi dla bezpieczeństwa, dużymi oknami na froncie. Przed sklepem stała grupka mężczyzn popijających piwo z brązowych butelek. Widząc Słaboniową, jeden uchylił czapki, inny rzucił w jej stronę „Pochwalony”. Słaboniowa skinęła głową w ich stronę i weszła do sklepu. W środku stał Romaniuk i popijając piwo, gadał coś z cicha do nachylonego ku niemu Dominika, który słuchał go w wielkim skupieniu. Baby zaś, zebrane przy ladzie, plotkowały ze sklepową, kręcąc przy tym głowami lub potakując, zależnie od poruszanego tematu. Rej wiodła wśród nich oczywiście Adelka, która widząc Słaboniową, powiedziała z dumą:

– Widzieliście, jaki to sklep tera we wsi mamy? – potoczyła ręką dokoła. – Wszystko je. I chleb je, i dżem, i cukier, i mąka, i ocet…
– I musztarda – wyrwało się cichej i niepozornej sołtysowej, która z czasem zrobiła się jeszcze mniejsza, za to jej wielkie oczy zrobiły się jeszcze okrąglejsze i bardziej wilgotne niż kiedyś. – Mój to tak lubi musztardę do kiełbasy.
– I musztarda tyż je – przytaknęła łaskawie Adelka.
– I do Chmielowa nie trza jeździć po byle gówno – dorzuciła któraś z kobiet.
– No, no, no… – zmitygowała ją sklepowa. Odpowiedzialną tę funkcję pełniła Jaśka Romaniukowa, bardzo z siebie zadowolona, bo do sklepu miała od chałupy blisko i była na państwowej posadzie, co sprawiało, że wobec innych bab wiejskich czuła pewnego rodzaju wyższość.
– My tu gówna nie sprzedajem, jak gówno chcesz kupić, to se idź na własne pole. Tam gówien pod dostatkiem! – I zaśmiała się, a kobiety, kiwając głowami, chóralnie jej zawtórowały.

Słaboniowa stanęła przy ladzie i przyjrzała się asortymentowi. Na półkach wyłożonych ceratą w biało-czerwoną kratkę stały pieczołowicie poukładane w piramidki dżemy truskawkowe i z czarnej porzeczki, obok cukier i ocet, zapałki zawinięte w szary papier, piwo w brązowych i zielonych butelkach, tanie wina i kilka buteleczek spirytusu. Na podłodze, w plastikowych skrzynkach leżały świeże, błyszczące chleby o popękanej skórce.

– No, to czego sobie życzycie? – zapytała Jaśka ze wszelkimi rewerencjami.
– Ja to kciała dwa chleby i dwa kila cukru.
Jaśka zapisała ceny na wytłuszczonym skrawku pakowego papieru i z namaszczeniem dokonała obliczeń:
– To będzie cztery złote trzydzieści groszy.
– Wiela? – spytała Słaboniowa, wysoko unosząc brwi.
– Cztery trzydzieści – powtórzyła cierpliwie Jaśka.
– To na stare to wiela bedzie? – spytała Słaboniowa bezradnie.
– Czterdzieści trzy tysiące – westchnęła sklepowa i przeliczyła kilka zgniecionych banknotów, które Słaboniowa wygrzebała z portmonetki. – Taki tera bałagan z tymi nowymi i starymi piniendzmi, a stare ludzie to nauczyć się nie mogą…
– No, stary człowiek przyzwyczaja się, tyla czasu tysiące byli, to trudno tak tera spamiętać – odparła Słaboniowa, chowając do siatki chleb i cukier.
– To i młodemu czasem trudno – powiedziała cicho sołtysowa, a kobiety pokiwały głowami.


1_www

2_www

3_www

4_MiąoėÜ_www

5_Matka-Noc-www

6_Dzika-Kobieta_www

[Grafiki: Autorka]

Joanna Łańcucka

(1978) Urodzona w Skierniewicach. Studiowała na ASP im. W. Strzemińskiego w Łodzi, na Wydziale Edukacji Wizualnej. Rysuje, haftuje, maluje, pisze. Teraz żyje i tworzy w Warszawie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!