Śmierć mnie, Davida Carradine’a

To nagranie zaraz się rozpocznie.

Jak na razie wchodzę do pokoju, zmęczony, po planie, za półtorej godziny jestem umówiony w hotelowej restauracji na parterze. W pokoju wszystko jest bezpiecznie obce, nawet moja torba z ubraniami. Wystają z niej ułożone jak w sklepie koszule i t-shirty, ale to nie ja je ułożyłem, tylko moja gosposia, są obce, wstawione tu za moją zgodą, tak, ale tylko pisemną, tak samo zresztą jak ten Tajwan: agent, reżyser, podpisany kontrakt, pisemna zgoda, sześć godzin w samolocie i nagle jestem tutaj. Wchodzę więc do pokoju, idę pod prysznic. Ustawiam wodę, dotykam swojego chropowatego ciała, jest coraz starsze, ale liczę, że tę przykrość będzie się dało jeszcze jakoś odwrócić, kiedyś w przyszłości. Ta myśl pozwala mi zaakceptować moją pomarszczoną skórę, moją wyłysiałą do połowy głowę, moje żylaki.

To nagranie jeszcze się nie rozpoczęło.

Co za żałosny i okropny sposób na śmierć, tak napisze Ashton Kutcher, kiedy wszystko wyjdzie na jaw. Jednak ta śmierć była w istocie jak moja kariera: tania, w złym guście, trochę śmieszna, trochę żałosna, a jednak kultowa, jakże tajemnicza to śmierć, tak odpychająca, że nie możecie przestać na nią patrzeć. Zgarniam ręcznikiem wodę z mojego ciała i wracam do pokoju, ogarnia mnie nuda. Do kolacji pozostaje godzina, co można zrobić w ciągu jednej godziny? Można czekać, ale i tak całe życie się czeka, czy nie lepiej jest coś robić, czekając? Czy jeszcze lepiej nie jest przestać czekać, przestać obserwować i wejść do swojego życia, zamieszkać w nim tak, jak mieszka się w kobiecie albo w dzieciństwie? Jest taka jedna rzecz, która mi to zapewnia, a myśl o niej jest zawsze tak samo ekscytująca, jak uświadomienie sobie, że jutro jest Mikołaj, jak odkrycie, że ma się ekstra środki na koncie. Ta myśl już mnie podnieca, ale to nic, to dopiero początek, to nagranie rozpocznie się już za chwilę. Jedna z moich byłych żon przyzna w wywiadzie, że w Davidzie zawsze była mroczna strona, jednak wiem, że w niej też jest mroczna strona, w was też, ale to mnie mianowaliście na jej ambasadora.

To nagranie właśnie się rozpoczęło.

Na początku trzeba podwiązać fiuta i jądra, mały ból, nie mówcie, że nie znacie przyjemności małego bólu, czy mrowienie po tym jak ktoś zrobił wam pokrzywę, czy ono nie było przyjemne? Och tak, było. Na początku wiążę sobie fiuta, a wy to widzicie, ponieważ kamera mówi REC. Podciągnę sznurek wyżej, au, przestań, nie przestanę, jeśli nie chcę, ale to ja jestem swoim panem i niewolnikiem, więc to nie to samo, co z moimi żonami, gdy byłem skazany na zagadkę ich woli. A teraz pora na przymocowanie szyi, spleciona zasłona zupełnie do tego wystarcza, musi być wystarczająco gruba. Może nie chcecie wiedzieć, jak to jest, ale to uczucie na szyi jest jak przytulenie, szczególnie jeśli wybierze się dobry materiał.

To nagranie trwa.

Jestem już gotowy, patrzę w oko kamery, która jest waszymi oczami, czy odstręcza was ten widok? Nie wątpię, jestem nagim ciałem mężczyzny, losowo owłosionym, szorstkim jak pumeks, domyślacie się jednak, że zwinnym, wszystkie te sztuczki i walki były kręcone bez udziału kaskaderów. Jestem ciałem służącym do pracy i do przyjemności, jednak dotychczas przyjemność była tylko przyjemnością obietnicy przyjemności, teraz następuje wypełnienie. Jedna ręka obsługuje fiuta, druga trzyma linkę i go krępuje, zacisk szyi kontroluję kolanami, zniżam się i prostuję, usztywniam i luzuję. Architektura mojej klatki piersiowej burzy się i buduje, tlen, brak tlenu, chyba wiecie jak smakuje prawdziwe jedzenie po długiej diecie. W małych dawkach tlen jest świetny, jednak gdy go nie ma, jest jeszcze lepiej, głowa traci znaczenie, kurczy się, a ciało staje się większe, coraz większe, głowa jest wielkości piłeczki pingpongowej, ciało jest jak hangar, a podniecenie jest tak wielkie jak ciało.

To nagranie trwa nadal.

Winda płynie z pięćdziesiątego piętra na pierwsze, w tę i z powrotem, w górę, w dół, w górę, w dół, bez zatrzymywania się, wy tego nie widzicie, ale ja to czuję. Mokre krople soku pomarańczowego skapują z wyciskarki w przyspieszonym tempie, pokojówki trzepią poduszki i zostawiają na pościeli słodkie cukierki, podniecenie jest wielkie jak mała jest głowa, a głowa jest coraz mniejsza. Wdech i wydech, wdech i wydech, wdech i wydech, wydech, wydech, nie ma wdechu, nie ma wdechu, nie ma głowy, a fiut jest taki duży, na nic nie czekam, jestem tutaj, jestem teraz, kolana są coraz niżej, tak jest jeszcze lepiej, świat się kurczy, jest nieistotny, moje ciało rośnie jak mrowisko, wypełnia świat, wychodzi przez okna, traci pierwotny kształt, jestem już tylko ciałem i chcę coraz więcej, coraz mniej, nie ma wydechu, już prawie klęczę, i unoszę nogi, unoszę, by zupełnie zawisnąć. Wiszenie w istocie jest jak lewitacja, czy pamiętacie tę radość, gdy rodzice trzymali was za dłonie, a wy huśtaliście się między nimi do przodu i do tyłu? Teraz lewituję i nic mnie tu już nie trzyma, winda się przegrzewa i wypada z szyn, jednak zamiast spadać, wystrzela w górę, przebija się przez budynek, odłamki dachu rozbryzgują się i spadają na ludzi, a winda leci jeszcze wyżej, pomarańcza tryska, głowy już nie ma, mnie już nie ma, leciałem, a teraz lecę, lecę, jestem lekki jak puste pudełko, jak nylonowy woreczek, jak główka lalki Barbie.

To nagranie będzie trwało aż do końca taśmy, ale mnie już na nim nie ma, a wy, wy uczestniczyliście w mojej ostatniej perwersji.

Maciej Marcisz

(1988) Prozaik, studiuje organizację sztuki filmowej w PWSFTviT w Łodzi oraz polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2010 roku prowadzi klub czytelniczy Kolacje Literackie. Mieszka w Warszawie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!