Ból domu. O poezji Michała Kaczyńskiego

Kameralna dystrybucja Szczęśliwic Michała Kaczyńskiego po części tłumaczy, dlaczego książka ta spotkała się z tak skąpym odzewem[1]. Ostatni jak dotąd tomik poetycki kuratora i współzałożyciela renomowanej warszawskiej galerii – a za taką Raster bez wątpienia dzisiaj uchodzi – można kupić praktycznie tylko w jej aneksie księgarskim. Czyżby Kaczyński chciał przed kimś zataić swoje liryczne wcielenie? To wątpliwe. Jego nazwisko zdążyło już zresztą rozbłysnąć na polskiej scenie poetyckiej. Entuzjastycznie komplementując jego debiutanckie utwory w 1992 roku, Julian Kornhauser kreował go na „pierwszego poetę nowej dekady”. Kaczyńskiego ominęła jednak przepowiadana mu huczna sława, choć wcale nie dlatego, że zawiódł pokładane w swoim talencie nadzieje. Zapewne to priorytety zawodowe kuratora prężnie działającej instytucji artystycznej zepchnęły w jego życiu poezję na dalszy plan, nie czyniąc jej jednak sekretną pasją uprawianą po godzinach pracy. Wierny zdroworozsądkowemu przeświadczeniu, że poezja na rynku nie czuje się jak w domu, Kaczyński, wyjąwszy trzy drukowane w wydawnictwach literackich tomiki (publikowane kolejno w 1994, 2002 i 2012 roku, a więc średnio raz na dekadę), zarezerwował dla niej alternatywny obieg sieciowy. Bogate wirtualne portfolio kuratora z galerii Raster znalazło szczęśliwe schronienie w archaicznych rewirach polskiego internetu i do dziś jest tam dostępne. Na pesto.prv.pl i stronie domowej ulokowanej na http://www.darta.art.pl/, niezależnej platformie alternatywnych inicjatyw artystycznych administrowanej w latach 90. przez Radka Tereszczuka, zgromadzone zostały liczne teledyski do wierszy, niedrukowane tomiki, a także krótka powieść hipertekstowa Stokłosy. Nie trzeba dodawać, że ta mała sieciowa mediateka funkcjonowała w trybie non-profit: internauci mogli zapoznać się z udostępnianymi w niej tekstami i wideoartem całkowicie za darmo. W świecie niewirtualnym Kaczyński również hołdował punkowemu etosowi dystrybucji. Swoje wiersze często rozprowadzał w formie odręcznie kserowanych arkuszy. Któregoś dnia znalazł pod śmietnikiem pakiet dyskietek o zmniejszonej objętości, na które ponagrywał tomik Łzy mężczyzny. Był to cały jego nakład.

Powyższa anegdota, traktująca o skarbie znalezionym wśród odpadów, zawiera również wskazówkę dotyczącą materii tematycznej utworów Kaczyńskiego. To „piękno potoczne”[2], które na etapie debiutanckiego zbioru Wiek szkolny wyznaczał brudny powab drapiącego chmury betonu i zdewastowanych klatek schodowych. Tylko w tym lumpenproletariackim królestwie podmiot liryczny szuka tego, co dlań najdroższe. I nawet jeśli noszące estetyczne piętno PRL-u budownictwo wydaje mu się raczej paskudne, gotów jest go bronić do utraty tchu: „bloków nie oddam” (WS, s. 8)[3]. To groźba miłosna. Świadczy o wierności obiecanej stolicy bez względu na charakter urbanistycznych metamorfoz, które będzie ona przechodzić. Od początku bowiem wiadomo, do jakiego miasta należą te bloki.

Romantyczna więź łącząca Kaczyńskiego z Warszawą wyznacza przewodni motyw jego poezji. Wydawane kolejno tomiki dokumentują ewolucję – trwającą prawie dwadzieścia lat, jeśli wziąć pod uwagę interwały dzielące daty ich premier – tej topograficznej hassliebe. Już tytuł drugiego z nich zapowiada niejednoznaczną afektację: Warszawa płonie mówi zarówno o żarze awanturniczego serca podmiotu lirycznego, jak i ogniu rebelii przeciwko stolicy postrzeganej jako przyczółek konformistycznego mieszczaństwa. „Jeszcze nie jeżdżę taksówkami / stoję po waszej stronie”, deklaruje poeta (WP, s. 18). Po „jego stronie” nie ma luksusowych podróży, jest za to wieczna włóczęga. Marszrutę wyznaczają związki i rozstania z dziewczynami, przeprowadzki, powroty z imprez, w trakcie których błądzi się przez zaspy w lesie blokowisk lub biegnie resztką sił na ostatni autobus nocny. Wiersz Ursynów przywołuje typową dla tej tabeli kursów trasę:

chryste, jak ja trafiałem
w ten przesmyk między lachmana6
a zwm8, w najgłębszą noc, w deszczu
po pijaku bezgranicznie zrozpaczony
chory i tragicznie zakochany

[…]

ten piach zbrojony, chryste,
jak ja trafiałem, w te bramki między
błotnistymi blokami,
jakbym tu mieszkał

(WP, s. 25)

Na początku podmiot liryczny daje wyraz zdumieniu własnym wspomnieniem. Choć głowę otumanił miłosny i alkoholowy rausz, stopy czują ciepło nawet w obcej ziemi. Nieznany teren znienacka okazuje się bliski, ponieważ podmiot wiersza przemieszcza się nie na oślep, lecz po omacku: zmysłem intymności jest dotyk, a warszawskie tułaczki Kaczyńskiego mają niewątpliwie intymny charakter. Dezorientacja przestrzenna podróżnika przysparza penetrowanym przezeń terenom aury ziemi nieoswojonej. Poeta nie tyle wybiera nieprzetarte szlaki, co zdradza ekscytację perspektywą zagubienia we własnym domu, którym jest dla niego Warszawa. Michel de Certeau z pewnością zaliczyłby go do członków zakonu miejskiej włóczęgi, którzy żyją „tam, gdzie zanika widoczność […] ich ciało jest posłuszne wąskim i szerokim duktom miejskiego tekstu, który piszą, a którego nie mogą odczytać”. Śledzą oni „niewidoczne przestrzenie; poznają je po omacku, jak w miłosnym zwarciu” (De Certeau 2008, s. 94-95).

Gdy miasto staje się obiektem urbanistycznej afektacji, relacja, która łączy je z podmiotem lirycznym, wkracza w nowe stadium spoufalenia: „to miejsce jest erogenne, / nazywa się Warszawa” (SZ, s. 67). Z tras kreślonych na jej ciele-terytorium powstaje mapa usiana wzruszeniami. Można ją rozpatrywać jako świadectwo zerwania z dominującym porządkiem kartograficznym. Rozkład metropolii, który wyznaczają nazwy ulic i osiedli, zostaje w niej zrewidowany przez wzgląd na wagę symboliczną, jaką przypisuje im poeta. Zanim Arthur Rimbaud oddał się afrykańskim wojażom karmiącym jego pragnienie egzotyzmu, w młodości wycinał ze swojego atlasu geograficznego fragmenty odpowiadające całym połaciom odkrytego świata, niejako przywracając im w ten sposób status terra incognita (Mościcki 2015, s. 108). W wierszach Kaczyńskiego mały podbój Warszawy toczy się w podobnym duchu. Wiersz aleja p., czyli list do a. w sprawie tajnego planu okolic ulicy koszykowej potwierdza tę intuicję:

masz gładką opaloną skórę
pod koniec wakacji
wracasz do miasta
które nieustannie drążę
obsikuję latarnie, wyznaczam terytoria
toczę małe bitwy
i zwyciężam podstępem

[…]

jest takie miejsce w śródmieściu
krótkie, ślepe i niepozorne
gdzie nigdy nie dojdzie się samemu
odbiega od ulicy koszykowej
lecz na próżno go szukać
jest jak all tomorrow’s parties
i to co czujesz, to co wiesz
i love will tear us apart
i polly i o ani
jest najtrudniejsze

do znalezienia

(WP, s. 31)

Prawda geograficznych współrzędnych nie budzi zaufania. Legenda na mapie pomija emocjonalny wymiar pokonywanych tras. Kaczyński wprowadza do niej drogowskazy uzupełniające ten brak: tytuły piosenek. W muzyce też można się przecież o d n a l e ź ć. Nawet jeśli cytowane piosenki stanowią jednak punkt odniesienia wspólny dla podmiotu lirycznego i potencjalnego odbiorcy, do którego się zwraca, to za pośrednictwem muzycznego kodu każdy z nich trafi w inne miejsce. Dewiza alei p. mogłaby brzmieć: „idź tropem wrażeń”.

Te podróże w afekcie przywodzą na myśl psychogeografię – paradyscyplinę urbanistyczną uprawianą przez Guya Deborda i jego przyjaciół. Psychogeografia badała wpływ miejskiego otoczenia na życie wewnętrzne jednostek. W tym celu sytuacjoniści urządzali rajdy, w trakcie których systematycznie zbaczali z utartych ścieżek (derivé), by prowokować poczucie zagubienia. Umożliwiało im to dotarcie do peryferyjnych zakątków Paryża. Protokoły sporządzane na podstawie dryfów, jak sami je nazywali, przeważnie nie miały jednak wiele wspólnego z etnograficzną ekspertyzą. Dokumenty te ewokują raczej ducha chuligańskiej eskapady, która czerpie swój impet z umyślnego otumanienia zmysłów (Przewodnik dla dryfujących, s. 130-139). Sygnałem do rozpoczęcia psychogeograficznej włóczęgi było na ogół zapadnięcie zmroku. O tej porze w podróż często wyrusza też podmiot liryczny Kaczyńskiego. Ciemność sprzyja intymnym zbliżeniom między nim a miastem. Poeta poświęcił zresztą osobny cykl wierszy autobusom nocnym. Numery kursujących po zmroku linii autobusowych, od których pochodzą zarazem tytuły utworów z tej serii, każdorazowo odsyłają do awanturniczej fabuły rozwijającej się między pierwszym a ostatnim przystankiem. W świetle tej koncepcji panujący w Atenach zwyczaj, wedle którego pojazdy komunikacji miejskiej nazywa się metaphorai, wydaje się niebezzasadny (De Certeau 2008, s. 115).

Z sytuacjonistami łączy Kaczyńskiego coś jeszcze – bunt przeciwko konformizmowi mieszczańskiego życia. Czytane z tej perspektywy wiersze zebrane w tomiku Warszawa płonie tworzą katechizm romantycznego anarchisty. Niektóre z nich mają wręcz charakter dewiz. Wzorowym przykładem – mam 13 lat, zostałem punkiem, kupiłem pierwszą płytę:

z eskapizmu uczynić religię
czytać romantyków
buty wzmocnione blachą
używać zgodnie z przeznaczeniem

(WP, s. 20)

Kwintesencją tego etosu jest wiersz tytułowy:

warszawa płonie!

obywatele dresiarze spierdalajcie
wasze miasto płonie!
chuje w taksówkach
chuje z ratusza
gnoje w garniturach
studenci w pubach
skurwiele złodzieje
dziwki frytki

nie gaście gówna
cud, że się pali
warszawa płonie!

(WP, s. 46)

Przyjemnie byłoby podpisać się pod tym powstańczym hymnem, zatwierdzić podział antagonistów wyznaczony przez barykadę i toczyć bitwy, nie biorąc jeńców. Kaczyński, świadom, jak bardzo pociągający jest ten obraz, postanawia go jednak zniuansować. W zbiorze Warszawa płonie równie często jak gniew pojawia się wahanie, a suplementem fantazji o rewolucyjnym zrywie okazują się dobre uczynki: „po prostu / stać nas na to / na niewielki bunt […] stać nas na rymowane wiersze i / pytanie / chcesz ogrzać dłonie gorącą wodą?” (WP, s. 18) Okazanie troski o zmarznięte ciało jest dużo mniej efektownym aktem buntu niż skok na barykady. To niespektakularne oblicze rewolucji, która po zmyciu romantycznego makijażu przyznaje się do wahania, troski i łez, ma jednak bardziej przejmujący charakter. Słabość ją wzmacnia. Kaczyński chętnie stosuje insurekcyjne klisze, ale dopiero intymne sceny, w których „rebelia płacze”, czynią ją autentyczną[4].

Zresztą to nie łzy osłabiają bunt, lecz uczucie, które dla jego zwolennika jest dużo bardziej problematyczne: lęk przed nadejściem raju. Gdyby walka dobiegła końca, a żądania kontestatorów zostały wysłuchane, w ich kręgu zapanowałaby apatia. Myśl o pustce, która nastaje po zawieszeniu broni, powściąga wodze fantazji o lepszym świecie: „Kiedy zaczną / spełniać się marzenia / warto być przygotowanym” (SZ, s. 75). I rzeczywiście w końcu się spełniają – ale nie te, o które zabiegał podmiot liryczny Kaczyńskiego. O ile w tomiku Warszawa płonie panował insurekcyjny duch żywiący się awersją do nowobogacko-mieszczańskiego oblicza miasta, o tyle w Szczęśliwicach ten antagonizm wydaje się zanikać (szybko okazuje się, że to tylko pozory, ale o tym później). Na polu bitwy wyrasta sztuczny raj. Nienaturalną zieleń generują w nim wszechobecne tuje, lichy substytut arkadyjskiej flory. Spajającym motywem pejzażu miejskiego jest bogactwo, którego obietnice mnożą się na każdym kroku – czy to w Wyższej Szkole Marketingu, Turystyki, Ubezpieczeń i Reklamy, czy w centrach handlowych. Występująca w roli topograficznej synekdochy nazwa ochockiego osiedla obejmuje całą stolicę, nadając jej tytuł miasta szczęścia. Nie jest to jednak figura cyniczna, za pomocą której podmiot liryczny miałby się od niego dystansować. Mimo zgłaszanych przez stolicę pretensji do stworzenia raju, które dla poety mogłyby stanowić bodziec do zerwania z Warszawą, Kaczyński nie ma zamiaru jej opuszczać. Tylko wśród tutejszych odpadów chce wypatrywać skarbu (powraca tu wątek zarysowany we wstępie): „w gęstej puszczy […] bękartów botaniki […] pochylamy się / szukając naszego / czterolistnego chwastu” (SZ, s. 81). Przez osiemnaście lat dzielących Wiek szkolny od Szczęśliwic zmienił się przede wszystkim budulec miejskiego pejzażu: beton zastąpiła sztuczna zieleń. I choć z estetycznego punktu widzenia trudno uznać tę zmianę za postęp, to więź łącząca poetę ze stolicą zdecydowanie przez ten czas nie osłabła. Kreśląc w 2012 roku swoją osobistą mapę Warszawy, Kaczyński nie wprowadza wartościujących podziałów – wręcz przeciwnie, otwarcie je znosi, wyznając: „kocham cię / Polska A / kocham cię / Polska B” (SZ, s. 45). I tak jak wcześniej bronił demonizowanych blokowisk, tak teraz identyfikuje się z poniżonym centrum handlowym:

ja
jestem hipermarketem
zalanym światłem
późnym wieczorem
konglomeratem kamiennym
spoiwem epoksydowym

w za dużym, zwisłym garniturku
mundurku ochrony
przy drążku ze szlachetnej stali
za starej, za cienkiej
zmęczonej i głodnej

ja
za słaby za cichy
w szumie tysięcy poniżony
ja
jestem hipermarketem

(SZ, s. 50)

Warto zacytować również utwór sąsiadujący tematycznie z powyższym – Ulicę towarową:

a kiedy już wyjdą, odjadą taksówki
chłodny wiatr się rozszumi
w plastikowych drzewkach
a księżyc, co był nad fontanną,
za apartamentowcem schowa
rdzą, kurzem i śluzem centrum arkadia
rośnie i boli

(SZ, s. 51)

Kaczyńskiemu nie chodzi o denuncjowanie fałszywych obietnic szczęścia kryjących się w synonimach raju, którymi chrzci się centra handlowe. Byłoby to zresztą banalne. Zagubiony wśród makiet edenu podmiot liryczny w pewnym momencie uświadamia sobie, że miasto szczęścia nie istnieje: „nam wciąż się wydaje / że szczęśliwice są nasze / ale szczęśliwic nigdy nie było” (SZ 77). Nie są one jednak zmyśloną krainą. Ich nazwa może określać jedynie granice, a nie esencję tego, co się w ich obrębie mieści. Podobne wnioski wyciągała Gertruda Stein, odwiedzając po latach swoje miasto rodzinne: „Miałam wreszcie być tam skąd pochodzę […] nic się tu nie zmieniło a jednak było inne”, pisze w Autobiografii każdego z nas (Stein 1980, s. 345). „Zastanawiałam się nad tym co mam z tego że pochodzę z Oakland nie jest rzeczą naturalną stamtąd pochodzić, pisać o nim owszem, jeżeli mam ochotę o czymkolwiek pisać to piszę ale nie o tym co jest tam, bo tam wcale nie jest tam” (Stein 1980, s. 346). W oryginale ostatnie z tych słów brzmią: „there is no there there”. Spiętrzenie okoliczników miejsca bezbłędnie rozbraja tautologiczne złudzenie leżące u podstaw tego aktu wskazywania. Mapa kłamie. Geograficzne współrzędne nie wyznaczają lokalizacji domu. Tak jak Gertruda Stein, podmiot liryczny Kaczyńskiego jest wprawdzie u siebie z punktu widzenia kartograficznych podziałów ustanawiających porządek zameldowania, jego tułaczka po stolicy świadczy jednak o wiecznym braku zakorzenienia[5]. Przypada mu więc w udziale status emigranta we własnym kraju, by zacytować słowa Waltera Benjamina z Komentarzy do wierszy Brechta (Benjamin 2006, s. 267).

Prawdopodobnie to właśnie ze względu na doświadczenie ekspatriacji Kaczyński trawestuje w Szczęśliwicach wiersz autora Postylli domowej. Warto zwrócić uwagę na różnorodność nawiązań poetyckich w tomiku, którego tytuł odsyła do ochockiego osiedla. Z początku może ona zbić czytelnika z tropu, zwłaszcza że tytuły nierzadko obwieszczają źródło zapożyczenia: wierszom z tego zbioru patronuje między innymi Wierzyński, Larkin czy choćby właśnie Brecht. Mimo tej z pozoru eklektycznej konstelacji intertekstualnej w trakcie lektury Szczęśliwic nie traci się z oczu absorbujących poetę leitmotivów. Jawne parafrazy cudzych utworów czynią go oczywiście dłużnikiem postmodernizmu, ale nawet rewidując poetyckie szlagiery, takie jak Nie idź do pracy Świetlickiego czy This Be The Verse Larkina, Kaczyński lojalnie podąża szlakiem swoich warszawskich liaisons. Otacza się poetyckimi emigrantami, jakby licząc, że ból wyobcowania ustąpi w domu pełnym uchodźców. To właśnie figura ekspatrianta, który nie jest u siebie nawet we własnej ojczyźnie, wydaje się decydująca z punktu widzenia intertekstualnych sojuszy nawiązywanych w Szczęśliwicach.

W epoce Komuny Paryskiej stolicę Francji w trzech czwartych zamieszkiwali cudzoziemcy i ludność pochodząca z prowincji (Benjamin 2005, s. 172). Struktura demograficzna i wiszący w powietrzu bunt łączą dziewiętnastowieczny Paryż z dzisiejszą Warszawą, którą przedstawia Kaczyński w swoim ostatnim tomiku. Wbrew pozorom duch walki go nie opuszcza. Znów słychać groźby:

warszawo,
wszystkie twoje łzy policzymy
będziemy pokazywać palcem
biura i samochody

warszawo,
wszystkie nasze sny spełnimy

(SZ, s. 37)

Są to jednak czułe groźby. Mogłoby się wydawać, że język barykady powoli wychodzi tutaj z użycia, skoro podmiot liryczny wyznaje przed nami: „chciałbym dowiedzieć się czegoś o miłości / bo o nienawiści prawie wszystko już wiem” (SZ, s. 44). Niemniej jednak echa batalii toczącej się w utworach z tomiku Warszawa płonie nie cichną w Szczęśliwicach. Ponieważ w ostatniej książce Kaczyńskiego dominuje botaniczna topografia, czytelnik mógłby odnieść wrażenie, że po latach walk ulicznych w stolicy zapanowała idylla. Ale to złudzenie. Bitewny zapał nie wygasł, a spokój warszawskiego pejzażu zapowiada wybuch kipiącego pod jego powierzchnią buntu. Wiersz Z Brechta potwierdza, że antagonizm polityczny nie osłabł przez lata, które upłynęły od powstania drugiego tomiku Kaczyńskiego. Choć podmiot abstrahuje w nim od otwartej konfrontacji z władzą, jego ostatnie wersy są dalekie od deklaracji uległości:

mają drukarnie i uniwersytety
sędziów prokuratorów i profesorów
książki i satelity
duże hale z malowidłami na ścianach
i miasta pokryte węglowym pyłem

opłacają pół miliona urzędników
straż przemysłową miejską policję i wojsko
czołgi i myśliwce ponaddźwiękowe
czy mają aż tak potężnych wrogów

pewnego dnia
który nadejdzie niedługo
zobaczą jak mało to wszystko znaczy

(SZ, s. 58)

 

Bibliografia:
Parnas Bis. Słownik literatury polskiej urodzonej po 1960 roku, red. Paweł Dunin-Wąsowicz, Krzysztof Varga, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 1998.
Stadion X. Miejsce, którego nie było, red. Joanna Warsza, Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana, Korporacja Ha!art, Warszawa-Kraków 2008.
Przewodnik dla dryfujących. Antologia sytuacjonistycznych tekstów o mieście, wybór i tłum. Mateusz Kwaterko, Paweł Krzaczkowski, Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana, Warszawa 2015.
Marc Augé, Nie-miejsca. Wprowadzenie do antropologii hipernowoczesności, tłum. Roman Chymkowski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010.
Walter Benjamin, Pasaże, tłum. Ireneusz Kania, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005.
Walter Benjamin, Komentarze do wierszy Brechta, tłum. Andrzej Kopacki, „Literatura na Świecie” 2006, nr 5/6, ss. 245-284.
Michel de Certeau, Wynaleźć codzienność. Sztuki działania, tłum. Katarzyna Thiel-Jańczuk, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2008.
Michał Kaczyński, Wiek szkolny, Dom Słowa Polskiego, Warszawa 1994.
Michał Kaczyński, Warszawa płonie, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2002.
Michał Kaczyński, Szczęśliwice, Raster, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2012.
Le Corbusier, W stronę architektury, tłum. Tomasz Swoboda, Fundacja Centrum Architektury, Warszawa 2012.
Paweł Mościcki, My też mamy już przeszłość. Guy Debord i historia jako pole bitwy,  Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana, Warszawa 2015.
Gertruda Stein, Autobiografia każdego z nas, tłum. Mira Michałowska, Czytelnik, Warszawa 1980.

Przypisy:
[1] Poza dwoma akapitami, które Kazimierz Malinowski poświęcił książce Kaczyńskiego w przeglądzie premier wydawniczych na łamach „Lampy”, nie doczekała się ona krytycznego omówienia.
[2] Fraza pochodzi z debiutanckiego tomiku pt. Wiek szkolny, s 61. W niniejszym tekście cytaty z trzech opublikowanych w wydawnictwach literackich (w odróżnieniu od tych, które Kaczyński wydał własnym sumptem lub umieścił wyłącznie w internecie) książek poetyckich Kaczyńskiego oznaczane są następującymi skrótami: WS – Wiek szkolny, WP – Warszawa płonie, SZ – Szczęśliwice.
[3] Piotr Lorkowski pisał o wierszach Kaczyńskiego ze zbioru Wiek szkolny, że „pozbawiają nas złudzeń, że beton można oswoić”. Zdaniem krytyka bloki przybierają u niego natomiast formę „żelbetowego Frankensteina” (Parnas Bis 1998, s. 86). Z pewnością poeta z Galerii Raster przeciwstawiał się entuzjastycznej retoryce, z jaką Le Corbusier wypowiadał się o budulcu i jego stopach, które zdominowały pejzaż urbanistyczny Wieku szkolnego. Architekt, którego sytuacjoniści nazywali pacykarzem neokubistycznych odpadów (Przewodnik…, s. 49), nie mógłby zebrać u Kaczyńskiego laurów za swój hymn ku czci tworzywa budowlanego przyszłości: „Mamy nowy program. Jest nowy i zamknięty w nowych ramach; można mówić o sztuce przyszłości, gdyż te ramy to żelazo, a żelazo jest nowym środkiem. Świt tej sztuki jest olśniewający, gdyż z żelaza, materiału podlegającego zniszczeniu, stworzono żelazobeton, materiał, którego właściwości są wprost niebywałe i który w historii, jaką narody zapisują swoimi pomnikami, wyznaczy nowe, ambitne granice” (Le Corbusier 2012, s. 314). Kaczyński nie demonizuje jednak urbanistycznego pokłosia tego programu. Chce tylko tchnąć odrobinę ciepła w maszynę do mieszkania. Beton okazuje się zdolny ją przyjąć. Losy tego budulca w trzewiach Stadionu Dziesięciolecia potwierdzają tę uwagę zarówno w metaforycznym, jak i literalnym sensie: „Warszawa, jak każde duże miasto, stanowi wyspę ciepła otoczoną przez chłodniejsze obszary podmiejskie. W obrębie tej wyspy Stadion był dodatkowym wyróżniającym się punktem. Betonowe, rozległe powierzchnie trybun nagrzewane promieniami słońca powodowały, że wewnątrz temperatura była znacznie wyższa niż w sąsiedztwie. W ciągu dnia beton kumulował ciepło, które oddawał nocą. Za dnia różnice temperatury między nagrzanymi słońcem betonowymi płytami a graniczącą z trybunami chłodną, trawiastą płytą boiska sięgały niekiedy kilkunastu stopni. Na skutek nagrzania nad Stadionem powstawały tzw. kominy termiczne – «słupy» wznoszących się ku górze nagrzanych mas powietrza manifestujące się charakterystycznymi układami wypiętrzeń chmur” (Stadion X…, s. 98-99).
[4] Zdając sobie sprawę z tego, jak grząska poznawczo jest ta kategoria, postanowiłem jej jednak zaufać. Siła jest łatwa, do słabości trzeba umieć się przyznać – to właśnie intymne wyznanie okazuje się przeważnie gwarantem autentyczności. Z punktu widzenia tego prowizorycznego kryterium poezja Kaczyńskiego zasługuje na to, by zastosować w jej kontekście tę kategorię.
[5] Przywołana powyżej uwaga Gertrudy Stein: „Zastanawiałam się co mam z tego że pochodzę z Oakland nie jest rzeczą naturalną stamtąd pochodzić” (Stein 1980, s. 346) ciekawie koresponduje z botaniczną topografią Szczęśliwic i towarzyszącym jej pojęciem domu. Ponieważ, jak mówi autorka Autobiografii każdego z nas, związek z miejscem pochodzenia nie jest kwestią naturalną, to o istocie samej natury, zgodnie z duchem ostatniego tomiku Kaczyńskiego, można powiedzieć tylko tyle, że opiera się ona na sztuczności. Z tego powodu włóczący się po macierzystym mieście podmiot liryczny nie potrafi, cytując Marca Augé, podobnie jak nowocześni turyści, „powiązać nostalgii czy fantazji pamięci ze zmianami, o których obiektywnie świadczy przestrzeń, w której żyją, a która nie jest już miejscem, w którym żyli” (Augé 2010, s. 36). Poeta lapidarnie artykułuje to wrażenie dysonansu: „A szczęśliwice pachną wciąż tak samo / chociaż czymś innym” (SZ, s. 28).

Łukasz Krajewski

(1989) Krytyk, eseista, tłumacz z języka angielskiego i francuskiego (m.in. Jacques'a Derridy), student filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Teksty publikował m.in. w Glissando, Kulturze Liberalnej, antologii Foucault, Deleuze, Derrida (seria Festiwal filozofii, t.3) oraz na portalu Książę i Żebrak. Pochodzi z Białegostoku.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!