Prozy

Pogrzeb krowy

Przy wielkanocnym stole babcia zaczęła wypytywać bezmięsną część rodziny, do czego mianowicie dążą wegetarianie. Jeśli ludzie przestaną jeść mięso, co stanie się ze wszystkimi sympatycznymi zwierzętami gospodarskimi? Czy w ogóle przestaną się rodzić?

– Żyją w takich warunkach, że lepiej, gdyby w ogóle nie przyszły na świat – odpowiedziała zgodnie bezmięsna część.

– W takim razie zostaną tylko  te zwierzęta, które dają mleko, na przykład krowy – babcia dalej snuła wizję świata po wielkiej wegetariańskiej rewolucji. – To znaczy, że krowa umierałaby śmiercią naturalną, a potem urządzano by pogrzeb krowy? – zapytała w końcu, ciesząc się nieśmiało ze swojego poważnego przecież żartu.

Pogrzeb krowy.

Od razu zobaczyłam tę scenę jak żywą. Nie w Indiach, ale gdzieś może na Mazowszu. Gdyby świat był trochę inny, zostałaby już dawno namalowana  przez Chełmońskiego albo Ruszczyca, może od biedy Axentowicza? Jest Ziemia, są Bociany, dlaczego nie Pogrzeb krowy? Skoro jednak nikt nie namalował obrazu, trzeba się zadowolić nieudolnym szkicem.

Jest bardzo zielono, koniec czerwca, może początek lipca. Przez pola i łąki piaszczystą drogą idzie kondukt złożony z ludzi i zwierząt. Prostą, drewnianą trumnę ciągną silne pociągowe konie, może woły; z tyłu pomagają pchać ludzie. Skrzynię udekorowano trawami i kwiatami, chabrami, makami, krwawnikiem i polnymi dzwonkami. Za nią powoli przesuwa się wspólny korowód ludzi i zwierząt; kobiety i mężczyźni ronią łzy albo idą w milczeniu; zwierzęta – krowy łaciate i krasule, ich cielęta, których nikt nie zarąbie na cielęcinę, wygłaskane wiejskie psy i koty, które nie boją się uderzenia kamieniem – smucą się na swoje sposoby. Wszyscy niosą, w rękach i w pyskach, polne kwiaty, dużo polnych kwiatów i młodych kłosów żyta; ich wzajemna bliskość pozwala na oswojenie smutku; na przeżywanie go jako utraty części wspólnego ciała, utraty choć nieodżałowanej, to ukojonej przez niepowstrzymane, nie tłumione niczym płakanie we wspólnym uścisku.

Zakopują ją na pastwisku, gdzie się urodziła i wykarmiła. Sadzą w tym miejscu wierzbę, a może jabłoń, która będzie kwitła na biało na wiosnę. Wszystko odbywa się, rzecz jasna, bez księdza. No jakiż ksiądz chciałby chować krowę?

Śmierć jest ciągle sobą w tym łagodnym świecie; nic się jednak nie dokłada do tego cierpienia, na które nie ma lekarstwa prócz wspólności. W tej Spółdzielni Ludzi i Zwierząt, w tym nowym Masłosojuzie, przychodzą na świat tylko ci, którzy mogą dostać od życia słońce, trochę trawy i kwiaty, szacunek i miłość.

Nie chcę się budzić z tego snu, który wciąż trzymam pod powiekami. Nie budźmy się z niego.

(styczeń 2011)

 

Waliców 20

Zbierają się co dzień tuż przed dziesiątą. Zlatują się po kolei, pojedynczo lub parami, aż stworzą biało-szare gruchające kłębowisko u stóp bloku-zwału. Kłębowisko w kolorze skał na jaskrawym osiedlowym trawniku. Gołębie są substancją Żelaznej Bramy, wszystko tam jest pogołębiowane, ściany, chodniki, szare PCV na korytarzach i plastikowa poręcz na metalu barierki od schodów na klatce, na drzwiach do mieszkania 1468. Przestrzeń zasrana gruchaniem, betonowa i oswojona zarazem.

A potem ona przychodzi. Punkt dziesiąta. Powolutku. Koślawo. Jej chuda, przygarbiona postać w brązowym nylonie w paseczki, pod blokiem, który zdaje się nie mieć końca.

Zbliża się do ożywionego stada i wie, że zaraz będzie Opatrznością, matką, karmicielką, aniołem sypiącym mannę z nieba. Robi się rwetes i szamotanina.

Na jej cześć kłębowisko odzywa się gruchającą fanfarą, wzbiera wzniosłym koncertem g-moll na tysiące srebrnych piór, setki głodnych gołębich gardeł i miłujących grafitowych dzióbków.

Podfruwają do niej, otaczają wirującym kręgiem, na ziemi i w powietrzu, pióra świszczą, gdy zlatuje się całe stado. Otoczona srebrzystymi ptakami postać jest jak smukła rzeźba na klasycznej parkowej fontannie. Jej zgarbione plecy ostre jak szczyt wskazujący ku chmurom. Jej srebrnoszare, falujące włosy łączą się z szarością gołębich piór, jakby była jedną z nich, ale wywyższoną. Błyszczy otoczona kręgiem towarzyszy i adoratorów, gwiazda w błyskach fleszy skrzydeł.

Sypie teraz okruszki z dużej reklamówki z suchym chlebem. Torba szeleści. Cieniutkie, pomarszczone palce znów spełniają się w karmieniu, dawaniu, podtrzymywaniu. Uwalnia się  rozdrobniona bułka, życiodajna mżawka, manna ze skromnego nieba dobrych, żylastych rąk.

Teraz rośnie i rośnie, i rośnie. Jest Gołębiową Panią. Wie, że srebrzyste skrzydła unoszą ją daleko ponad blok za Żelazną Bramą. Że nie będzie musiała się wspinać, bo już jest wysoko, najwyżej.

(lipiec 2012)

Łucja Dzięgielowska

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!