Zmęczenie i otwarcie wyobraźni. Dół Płatonowa czytany z antropocenem w tle

Kryzys ludzkiej wyobraźni może ujawniać się poprzez kryzys relacji człowieka z przyrodą. Pojawia się w określonym momencie i miejscu, lecz pomimo całego tragicznego kontekstu, z jakiego się wyłania, odsłania często pewne możliwości wyjścia poza antropocentryczne ramy opowieści o świecie i udzielenia „głosu” aktorom nieludzkim. W tym tekście skupię się na Rosji w najgorszym okresie stalinizmu, w czasie intensywnej kolektywizacji i hiperindustrializacji, czystek, głodu i wynikającego z nich poczucia bezsensu istnienia, nie tylko ludzkiego. Wydaje się, że takie warunki mogły jedynie pozbawiać ludzi sprawstwa, a wygłodzoną i zmęczoną wyobraźnię – twórczej aktywności. To także czas wzmożonej dewastacji środowiska przyrodniczego: zanieczyszczania wód, nieograniczonej wycinki drzew, skażenia gleb, niszczenia krajobrazu, intensywnego rozwoju przemysłu górniczego i ciężkiego czy tak niebotycznych projektów hydroinżynieryjnych jak budowa Kanału Białomorskiego. Dla Stalina przyroda była wrogiem politycznym: należało ją złamać, przysposobić do funkcjonowania w państwie totalitarnym. Jej kapryśny, irracjonalny charakter stanowił uosobienie kapitalizmu, który trzeba było poddać racjonalnej i spójnej polityce Partii[1].

Pierwsze kołchozy powstały po rewolucji październikowej, ale te przymusowo zakładane z inicjatywy Stalina stały się jedną z wielu przestrzeni zniewolenia człowieka radzieckiego. Potem zakładano je w wielu krajach ZSRR, po uprzedniej konfiskacie ziemi, czyli jej upaństwowieniu – jak to nazywano. Chłop – jedno z uosobień „smutnej rosyjskiej duszy” – przepoczwarzał się w chłopa radzieckiego: robotnika, utopijnego pioniera, od którego wymagano coraz cięższej pracy i chwalono jako jej przodownika. W literaturze jedno z najbardziej gorzkich przedstawień kołchozu i warunków proletariackiej pracy w okresie głębokiego stalinizmu pozostawił Andriej Płatonow w opowieści – bo trudno tę książkę nazwać powieścią – Dół[2]. Podobno napisał ją w ciągu kilku miesięcy między 1929 a 1930 rokiem, jak twierdzi Andrzej Stasiuk w przedmowie do tego wydania (s. 8), ale ukazała się drukiem dopiero w 1987 roku, po śmierci autora. Wprawdzie sowiecki model gospodarki wsi różnił się nieco w zależności od kraju/regionu pozostającego w orbicie wpływów ZSRR[3], co przekłada się na różnice w kulturowych odzwierciedleniach tego okresu, jednak przykład Płatonowa można chyba uznać za pierwszy tak przekonujący tekst, który powstał podczas pierwszej i najbardziej eksploatacyjnej wobec ludzi i środowiska przyrodniczego fali kolektywizacji. To także pierwsze antysowieckie świadectwo, które pokazuje nie tylko bezbronność ludzi, ale i przyrody.

Płatonow urodził się blisko granicy z Ukrainą. Jego rodzinny dom położony był przy trakcji kolejowej, za którą rozciągały się tylko pola pszenicy, las i wysoki step. Jego dorastanie przebiegało w świecie na wpół wiejskim, na wpół proletariackim, więc na przecięciu świata przyrody i świata techniki – a techniką na początku był szczególnie zafascynowany. W rezultacie pracował przy projektach hydroinżynieryjnych, zanim stały się one źródłem jego krytycznego, pesymistycznego i mrocznego pisarstwa. Z tego życia na „marginesie”, pomiędzy dwoma światami – wiejskim i przemysłowym, starym i nowym, pierwotnym i wytworzonym przez człowieka, tradycyjnym i rewolucyjnym – wywodzi się wiele sprzeczności, które charakteryzują pisarza i jego prace, jak twierdzi monografista Płatonowa Thomas Seifrid[4]. W końcu poświęcił się Płatonow pisarstwu, ale nie wychwalał socjalistycznej polityki, wręcz przeciwnie – za sprawą satyry na kolektywizację Vprok Bednyatskaya khoronika zakazano mu publikować. Największym ciosem okazało się jednak aresztowanie jego syna, którego wywieziono do obozu pracy daleko na północ. Chłopak został wypuszczony dzięki wstawiennictwu Szołochowa, ale wrócił do domu chory na gruźlicę, zarażając także ojca[5]. W 1941 roku całą rodzinę wywieziono do Ufy w Baszkirii. Syn Płatonowa zmarł w 1943 roku, stan samego Płatonowa też się pogorszył, ale kontynuował on pisanie do momentu śmierci w 1951 roku.

Na przeciwległym biegunie pisarstwa, jakie uprawiał Płatonow, znajdował się nowy gatunek – dzienniki i miniatury pisane przez chłopów z okresu stalinowskiego terroru (wydawane w serii Biblioteka Przodowników Pracy w latach 1949–1954). Stanowią one historyczny dokument tego, jak rozległa była kolektywizacja wsi zarówno w sensie mentalnym, jak i środowiskowym. Pamiętniki, do pisania których chłopi byli zachęcani przez władze dzięki konkursom, nie tylko reprezentują najczystszy realizm socjalistyczny, ukazujący „prawdziwe”, czyli szczęśliwe, sprawiedliwe i aktywne życie jednostek mas pracujących, ale także świadczą o rosnącym skażeniu środowiska spowodowanym masowym odwadnianiem gruntów. Teksty te zostały zapomniane po upadku Związku Radzieckiego, dla nas jednak mogą być przykładem kontaminacji językowej, która za narzuconą nowomową skrywa rozległą eksploatację ludzi i przyrody.

Tymczasem Dół Płatonowa zupełnie inaczej pokazuje, jak skażenie języka wplata się w niepokojącą, antysocjalistyczną narrację, objawiając zatrucie w zniekształconym doświadczeniu rzeczywistości. Zacieranie się realnego i nierealnego jest jedną z możliwości odczytania tej opowieści: w komunistycznej terminologii związanej z propagandą planu pięcioletniego, jaką nasiąkł język Płatonowa, na różne sposoby odzywają się „głosy” i świadectwa przyrody (może to pewien rodzaj gorzkiego, lecz magicznego realizmu). Możliwe też, że są one jedynie częścią wizji zmęczonej i przegłodzonej świadomości – kiedy wyobraźnia już nie pracuje, zawieszeniu ulega pytanie: „Czy w środku całego świata jest rozpacz, a tylko w nas plan pięcioletni?” (s. 50). Nie zapominajmy, że mamy do czynienia z ludzkim światem – tragicznym, przerażającym, ale zniszczonym przez człowieka i co najwyżej od niego mogącym otrzymać ratunek. Chociaż w oryginalnym tekście czytelnik nie znajdzie na to żadnej nadziei: wszystko rozgrywa się na scenie przygotowawczej antropocenu, Dół to sam przednówek rozbudowy ciężkiego przemysłu, także nuklearnego[6]. Sama czynność kopania w ziemi może być tutaj kolejnym wyznacznikiem: geologiczny charakter rzeczywistości dominuje w narracji Dołu, wnika w społeczność robotników i chłopów, w glebę, w przyszły, nieznany i nigdy niedokończony projekt budowniczy wykopu, zupełnie jak w wierszu Elżbiety Połońskiej z 1923 roku:

Swistał kańczug. Kopali rów.
Kładli kamień. Sklepiali stropy.
Niewolnicy na bagnach stawiali ten gród
W kraju podbiegunowych utopii.[7]

Woszczew, jeden z głównych bohaterów, od którego zaczyna być opowiadany Dół, zanim znalazł się na budowie, został zwolniony z pracy w zakładzie mechanicznym wskutek „wzrostu w nim osłabienia i zamyślenia” (s. 11). Może z powodu zmęczenia, może z powodu refleksyjnej, melancholijnej natury bohatera poznajemy go już na samym początku jako kogoś, kto wymyka się trybom mającej sprawnie funkcjonować maszyny przemysłu stalinowskiego reżimu. To ktoś, kto ma czelność zastanawiać się nad „planem ogólnego życia” (s. 14). Z pewnością osamotniony w przestrzeni psychologicznej, tym intensywniej postrzega świat pozaludzki jako znaczący i przemawiający do niego: drzewo, które „zatacza się ze strapienia” (s. 11), „niebo pytająco świeci nad nim męczącą siłą gwiazd”, pies odzywa się „słabym głosem zwątpienia” (s. 12). Wszystkie te głosy otwierające książkę świadczą o tym, jak smutny – niewyobrażalnie smutny – jest świat, w którym żyje Woszczew, świat pozbawiony szczęścia, zmechanicyzowany i bezduszny, w którym „bez myśli ludzie działają bezsensownie” (s. 15). Bohater obserwuje go ze skraju miasta, gdy pracujący w nim ludzie zdają się dźwigać zbyt wielkie dla nich brzemię: „Dom człowiek zbuduje, a sam się zrujnuje. Kto wtedy będzie żył?” (s. 20). W oczach Woszczewa jakaś część tego nagle stechnicyzowanego anty-życia wylewa się poza świat ludzki, jak w krainie Królowej Lodu, powodując naokoło smutek i zamieranie, choć z początku dość delikatnie sygnalizowane. Zwykły „uschły” liść jest liściem „umarłym”, kolejnym przedmiotem „nieszczęścia i zapoznania” (s. 15–16); mijany pochód młodych pionierek o „wątłych”, „słabowitych” ciałach nigdy nie wkomponuje się w krajobraz pól, na których „leżały martwe konie wojny socjalnej” (s. 17) i „tylko ptaki potrafiły opiewać smutek tej wielkiej materii, bo latały z góry i było im łatwiej” (s. 21). Na koniec smutek przejdzie w totalną martwotę i odsłoni mnogość trupów oraz zwierzęcą padlinę. Człowiek od początku uosabia śmierć, najpierw z rolniczą kosą wchodzi na bezludne „pustkowie” i „ścina rosnące tam od wieków trawiaste chaszcze” (s. 21), unicestwia „tysiące ździebełek, korzonków i małych ziemnych kryjówek gorliwych stworzeń” (s. 26), ale tylko Woszczew czuje „woń umarłej trawy i stęchliznę obnażonej ziemi” (s. 25). To jednak dopiero pierwszy etap zniszczenia, kolejne jego warstwy odsłania inżynier, człowiek paradygmatyczny, wcielenie antropocenu:

Cały świat wydawał mu się ciałem martwym – sądził o nim na podstawie tych elementów, które już przeobraził w budowle: świat na każdym kroku poddawał się jego uważnemu i kojarzącemu umysłowi, ograniczonemu jedynie świadomością bezwładu przyrody; budulec zawsze poddawał się ścisłości i cierpliwości, a zatem był martwy i pustynny. Człowiek natomiast wśród tej całej ponurej materii był żywy i pełen godności […]. (s. 25)

Po koszeniu zaczyna się kopanie, wejście w „kaniony marudnej gliny”, by „rozbijać dolne, sprasowane warstwy iłu”, „niwecząc starodawną strukturę przyrodniczą” (s. 26) – „gdyby nie ruszyć ziemi żelazem, leżałaby dalej jak głupia” – wykrzykuje jeden z robotników (s. 27). Woszczew zastanawia się jedynie: „Może przyroda coś nam pokaże w dole” (s. 29), szukając jakiegoś głębszego sensu życia w pracy.

Praca na głodowych racjach prowadzona jest resztkami sił, a Płatonow nie szczędzi nam opisów zmęczenia i osłabienia robotników. Przyroda uczestniczy w tym wysiłku i znużeniu – może jako element mentalnych projekcji zmęczonego i wygłodzonego ciała Woszczewa, ale na pewno jako treść jego naiwnej wyobraźni:

Słońce świeciło jeszcze wysoko, ptaki śpiewały smętnie w oświetlonym powietrzu, nie radując się, ale szukając pokarmu w przestrzeni; jaskółki śmigały nisko nad pochylonymi, kopiącymi w ziemi ludźmi, skrzydła im milkły ze zmęczenia, a pod ich puchem i piórami był pot ubóstwa – latały od samego rana, w nieustannej męce, byle nakarmić pisklęta i partnerki. W pewnej chwili Woszczew podniósł ptaka zmarłego nagle w locie i upadłego na ziemię: był zlany potem; a kiedy Woszczew go oskubał, żeby obejrzeć ciało, w rękach została mu żałosna, mizerna istota, zmarła z przepracowania. Odtąd Woszczew się nie oszczędzał, niwecząc caliznę gruntu: będzie tutaj dom, w którym ludzie, kryjąc się przed strapieniem, będą rzucali przez okno okruszki zamieszkałym na zewnątrz ptakom. (s. 30–31)

Budowa tego domu to projekt utopijny, projekt – jak go nazywa inżynier – „domu monumentalnego”, „ogólnoproletariackiego”, w którym ludzie nie będą już mieszkać „partykularnie” (s. 32). A zatem dosłownie – to dom dla ludzkiej masy. Woszczew szybko jednak wytraca swoje utopijne spojrzenie, gdy doświadczenie nieszczęśliwego świata na zewnątrz znowu zrównuje się z doświadczeniem jego własnego wnętrza (s. 38). W absurdalnej rzeczywistości kołchozu Woszczew z przerażeniem dostrzega uspołecznione konie, które bez udziału człowieka, ale wraz z koniem przodownikiem podporządkowują się nowej organizacji życia (s. 110–111). Nawet jeśli to figiel jego wyobraźni, tak realistycznie opisany przez Płatonowa, to rozgrywająca się na jego oczach kolektywizacja oznacza absolutne odrealnienie nie tylko dla bohatera, ale i dla świata. Zaraz jednak inny, tym razem już realistyczny opis pokazuje odwróconą rzeczywistość, w której chłopi robią ze swoimi zwierzętami wszystko, nawet zjadają je, byleby nie oddać ich do kołchozu:

Nieuspołecznione konie, niedobitki, spały smutnie uwiązane do stanowisk tak mocno, żeby nigdy nie upadły, bo niektóre konie stały już martwe; w oczekiwaniu na kołchoz zyskowni chłopi przestali je karmić, żeby uspołecznić się tylko własnym ciałem, a zwierząt nie ciągnąć ze sobą w rozpacz. (s. 123)

Niektórzy przedsiębiorczy chłopi dawno opuchli od mięsnej strawy i stąpali ciężko jak chodzące obory; inni rzygali bez przerwy, nie umieli się jednak rozstać z bydłem i unicestwiali je do kości, nie licząc na korzyści żołądka. (s. 124–125)

W Dole świat ludzi i przyrody albo umiera – język nie rozróżnia tu śmierci ludzi od nieludzi – albo poddaje się ideologii nowomowy. „Wieczna socjalugodowość przyrody” (s. 115) czy „uspołecznione konie” to przykłady języka skażonego, języka, który ulega urojeniom bohaterów poddawanych wszechstronnej propagandzie. Antyrzeczywistość kołchozu wraz z absurdalnymi zasadami uprzemysłowienia i uspołecznienia przynosi kolejne trupy i sączy martwotę, zrywa dawne więzi, także między ludźmi a zwierzętami, co szczególnie pokazuje Płatonow w kontekście rozkułaczanej przez bohaterów Dołu wsi. Opisuje tam, jak jeden z gospodarzy (tzw. kułaków) żegna swoją klacz, nazywając ją karmicielką, a wygłodniałe psy odgryzają mięso z jej nóg, jeszcze gdy stoi, podczas gdy chłop ściska ją w płaczu za szyję (s. 124). To jeden z najbardziej rozpaczliwych obrazów Dołu, który odsłania realny dół, w jaki wpadają zarówno ludzie, jak i zwierzęta, i z którego nie widać już żadnego życia[8]. Dół ten poszerza się semantycznie i obejmuje totalnie przerażającą rzeczywistość, w której to, co realne i nierealne, zlewa się niepokojąco ze sobą.

 

*

Mimo zmęczenia i zagubienia w stalinowskiej rzeczywistości Woszczew nosi przy sobie worek, do którego wrzuca „na pamiątkę i dla zemsty różne bezimienności” (s. 21, kursywa – A.B.), w którym rzeczy mogą istnieć „jako fakty melancholii wszelkiego żywego tchnienia” (s. 62), w sposób niekonieczny, ale czasem nawet wieczny (jak kamyki znalezione w dole). To jedyna czynność, którą Woszczew wykonuje z własnej woli, wbrew ogarniającej go rozpaczy i beznadziejności wszelkiego istnienia.

 

[1] Por. Paul Josephson, Nicolai Dronin, Aleh Cherp, Ruben Mnatsakanian, Dmitry Efremenko, Vladislav Larin, An Environmental History of Russia, Cambridge University Press, Cambridge 2013.
[2] Poprzedni przekład Andrzej Drawicz zatytułował Wykop (wyd. 1990). Korzystam z przekładu Adama Pomorskiego – A. Płatonow, Dół, Czarne, Wołowiec 2017 (numery stron z tego wydania umieszczam w tekście w nawiasach).
[3] Całkowitą kolektywizację przeprowadzono na Ukrainie czy w Czechosłowacji, co nie udało się w Polsce, w której część gospodarstw, poza PGR-ami, pozostała w rękach rodzin.
[4] Thomas Seifrid, Andrei Platonov: Uncertainties of Spirit, Cambridge University Press, Cambridge 1992, s. 3
[5] Tamże, s. 13
[6] Periodyzacja antropocenu pozostaje sprawą odrębnej dyskusji. Przyjmuję, m.in. za Timothy’m Mortonem, że jest to rok 1945.
[7] Elżbieta Połońska, W pętli, przeł. Andrzej Mandalian, [w:] Antologia poezji radzieckiej. Wiersze stu narodów, wybór i wstęp: Józef Waczków, t. 1, PIW, Warszawa 1979, s. 119.
[8] Tych obrazów jest znacznie więcej, także w przedstawieniu dziecka bawiącego się w chorobie kośćmi swojej matki.

Anna Barcz

Literaturoznawczyni, stypendystka programu UE "Horizon 2020", Maria Skłodowska-Curie Actions w Trinity College Dublin. Autorka książek: "Realizm ekologiczny: od ekokrytyki do zookrytyki w literaturze polskiej" (Katowice 2016) oraz "Animal narratives and culture: vulnerable realism" (Newcastle Upon Tyne 2017).

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!