Żywy numer?

Chciałbym na początek zaryzykować stwierdzenie, że naszą współczesną kondycję w dużej mierze określa poczucie utraty sprawczości[1]. Z jednej strony – sprawczości nad światem (mam tu na myśli stare i nowe, globalne i hybrydowe zagrożenia, takie jak zmiany klimatyczne i katastrofa ekologiczna, ludobójstwo i terroryzm, w tym głównie terroryzm rodzimy, nowe wojny; a także globalne problemy społeczne, jak migracje), z drugiej strony – sprawczości nad własnym życiem (za czym stoi m.in. postępująca prekaryzacja, bezwzględna polityka mieszkaniowa i socjalna, biopolityka czy mechanizmy kontroli społecznej). Moglibyśmy więc, jak sądzę, przyznać się niekiedy do poczucia, że życie stopniowo przeszło z naszych rąk w ręce wyalienowanej postpolityki, niereprezentującej już nikogo poza sobą samą, lub – że zawsze tam właśnie było. Te dwa obszary utraty jednak pozwalają nam zerwać z wieloma mitami, fundującymi dotychczasowe myślenie o rzeczywistości i sprawczości. Po pierwsze, okazuje się, że biały, europejski, heteroseksualny i chrześcijański człowiek nie jest ostatecznym dyspozytorem świata czy planety, a przebieg procesów życia współkształtują skomplikowane sieci relacji zarówno pomiędzy rozmaitymi bytami i ekofaktami, jak i nowymi figuracjami podmiotowości, takimi jak uchodźcy, rozmaite mniejszości czy cyborgi, z którymi musimy się dziś skomunikować, rezygnując ze swojej uprzywilejowanej eurocentrycznej i logocentrycznej pozycji. Po drugie – odczarowaniu ulega neoliberalna formuła DIY, deponująca całą odpowiedzialność za sukces czy porażkę w indywidualnych motywacjach jednostek. Detronizacja tej z gruntu chyba nowoczesnej wiary pozwala jednak wreszcie inaczej pomyśleć o charakterze i konsekwencjach rozmaitych naszych działań. „Pragnienie wyobrażeniowego odzyskania poczucia sprawczości, które umożliwiłoby opór wobec determinujących struktur relacji społeczno-politycznych”, diagnozowane przez Julię Walker jako społeczne podłoże tzw. „zwrotu performatywnego”, do swojego urzeczywistnienia potrzebuje dziś kolektywnych podmiotów, w ramach których podporządkowane grupy, jednostki i byty pozaludzkie będą mogły wywalczyć sobie status aktorów politycznych. Taki aktywny podmiot zaś, jak pisze Ewa Domańska, ma szczególną szansę tworzyć się „w działaniach, trudnych sytuacjach, konfliktach, kryzysach i wydarzeniach, których nie jest biernym obserwatorem, ale wprowadzającym innowacje sprawcą” poprzez „prowokowanie zmian w społecznej i kulturowej rzeczywistości i stawanie w ich centrum”[2].

W 1994 roku „Mieszkańcy hamburskiej dzielnicy St. Pauli powołali do życia Hafenrandverein (Stowarzyszenie Nadbrzeża Portu), aby zaprotestować przeciwko budowie dzielnicy biurowców na ostatnim niezabudowanym terenie w okolicy. W grupie znaleźli się muzycy, księża, dyrektorka szkoły, kucharz, właściciele kawiarni, barman i psycholog, squattersi, artyści oraz okoliczni, zaangażowani społecznie mieszkańcy. Zrealizowali oni procedurę projektowania partycypacyjnego, która zaowocowała powstaniem nowego parku publicznego – Park Fiction. W ciągu dziesięciu lat prac projektowych i walki o zgodę na realizację pomysłu członkowie Hafenrandverein działali tak, jak gdyby park już istniał, organizując na jego przyszłym terenie publiczne odczyty, rozmowy, dyskusje, wystawy, pokazy filmowe i koncerty”[3].

Zainspirowani tym raportem dokumentującym działania Parku Fiction na wystawie Robiąc użytek. Życie w epoce postartystycznej w warszawskim MSN-ie, 25 czerwca spotkaliśmy się w skłocie Syrena w gronie redaktorów i redaktorek czasopism literacko-artystycznych i naukowych, krytyków i krytyczek, autorów i autorek tekstów, kuratorów wystaw, czytelników i czytelniczek oraz aktywistek i aktywistów z ruchów społecznych, aby porozmawiać o instytucjonalnej sytuacji, w jakiej znalazła się literatura i sztuka, czasopisma kulturalne oraz tworzące je podmioty po „dobrej zmianie”, oraz pozainstytucjonalnych wyzwaniach, jakie możemy postawić dziś środowiskom twórczym i działackim. Zmiana kursu polityki kulturalnej państwa spowodowała, że duża część czasopism i wydawnictw, a wraz z nimi znacząca część humanistyki i twórczości zaangażowanej, znalazły się w sytuacji przypominającej tę z Parku Fiction. Odmowę dalszego finansowania przez MKiDN działalności tych podmiotów (o czym szerzej można przeczytać na profilu Koalicji na rzecz Czasopism Literacko-Artystycznych) odbieramy jako cofnięcie przez władzę mandatu na często wyręczające ją w jej nieudolnych poczynaniach, a coraz odważniejsze samoorganizowanie się zaangażowanych redaktorów i redaktorek, krytyków i krytyczek czy autorów/autorek wokół palących problemów społecznych oraz walki z hegemonicznymi dyskursami. Zapowiadane przez Piotra Glińskiego zniesienie preferencji politycznych w finansowaniu czasopism, przywracanie do mainstreamu debaty publicznej nurtów rzekomo dotąd w niej pomijanych, a „budujących tożsamość narodową” oraz lansowane przez ministra metafory innego podziału tortu zaowocowały tym, że w kreowanej przez resort kultury przestrzeni dyskursywnej pominięci będą jeszcze bardziej pomijani, a kultura patronacka będzie tańczyć w rytm wystukiwany przez takie pisma jak „Pressje”, „Christianitas”, „Teologia Polityczna”, „Czterdzieści i cztery”, „Nowa Konfederacja” czy „Arcana”, dla których celem, cytując te ostatnie, jest „ponowne stworzenie solidnej podstawy dla tradycyjnych religijnych i politycznych wartości […], jak również odbudowa intelektualnych podwalin polskiego konserwatyzmu”. Wyniki tegorocznego konkursu, za które w dużej mierze odpowiadają członkowie powołanej przez ministra komisji, przesądzają o kompromitacji zarówno systemu ocen MKiDN, jak i instytucji tzw. niezależnych ekspertów, wśród których znaleźli się prawicowi krytycy i naukowcy Maciej Urbanowski i Krzysztof Koehler, szefowa radiowej Dwójki Małgorzata Małaszko-Stasiewicz, sowietolog z UKSW Marek Kornat oraz Juliusz Gałkowski – publicysta m.in. miesięcznika „Egzorcysta”, „którego czytelnicy cenią sobie najbardziej działy – świadectwa uwolnień i wszelkich znaków potęgi Boga w życiu ludzi […] oraz teksty dające wiedzę o bieżących zagrożeniach ludzkiej wolności, zdrowia i zbawienia”.

W ten sposób utrata poczucia sprawczości – wynikająca z jednej strony z zagrożenia własnego bytu, a przynajmniej konieczności znacznego zredukowania prowadzonych działań, z drugiej z pozbawienia minimalnego choćby wpływu na politykę kulturalną państwa – dotknęła wiele podmiotów aktywnie działających w Koalicji Czasopism, która od 2014 roku projektowała i forsowała w ramach grupy roboczej przy MKiDN zmiany w funkcjonowaniu priorytetu, stawiając na takie wartości jak misja i zmiana społeczna, niekomercyjny charakter periodyków kulturalnych, ich powszechna bezpłatna dostępność czy obowiązkowe honoraria dla osób zaangażowanych w tworzenie pisma. Dlatego 25 czerwca zebraliśmy się w Syrenie, aby spróbować określić się wobec tego braku i nieobecności w wizji kultury oficjalnej władzy, ale również zaproponować wizję alternatywną, która mogłaby być realizowana przez jakiś kolektywny podmiot, który już z założenia musi być hybrydą. Nazwaliśmy tę zaistniałą sytuację „Wakat Fiction” i postanowiliśmy otworzyć dyskusję na temat innych niż dominujące modeli redystrybucji idei, wiedzy, kapitału i różnych działań podejmowanych przez literaturę oraz czasopisma. Wspólnie z Mikołajem Ratajczakiem zastanawialiśmy się nad kierunkiem walki o prawa robotników słowa, rozważając m.in. ideę copyfarleftu, nad oddolnością tworzenia kultury oraz sprawiedliwym podziałem kapitału pomiędzy jak największą ilością współtwórców pisma w czasach kapitalizmu kognitywnego. Zamiast pierwszego tradycyjnego tegorocznego numeru spróbowaliśmy wytworzyć żywy numer, postnumer i jednocześnie metanumer, który opuszcza i przekracza narzucone przez okładki lub krawędzie monitora ramy, by podkreślić swoje powstawanie w interakcji pomiędzy wszystkimi uczestnikami aktu komunikacyjnego, bez hierarchicznego podziału na regulujących te przepływy redaktorek/ów i autorek/ów oraz biernych odbiorców i odbiorczynie, a także podporządkowane temu jednokierunkowemu strumieniowi rzeczy. Odzyskiwanie czy też uzyskiwanie sprawczości nie może się bowiem odbywać w imię wąskiej grupy interesów z pominięciem całej sieci niezauważalnych niekiedy między nami powiązań, które performują naszą wspólną rzeczywistość, zachowania, afekty, reakcje na siebie i innych, przebiegi operacji umysłowych, które wprowadzają istotne korekty do naszych poglądów i mniemań, czy powodują, że pewne przeświadczenia mogą podmieniać się miejscami. I które też pozwalają nam się przejrzeć w niektórych artefaktach, jak w drażniącej niekiedy obecności kamery i jej człowieka. Albo usłyszeć w odgłosach meczu zza okna i określić wobec atmosfery powszechnego zrywu, który poważnie przerzedził nasze szeregi. A pogoda tego dnia też była hiperobiektem, z którym musieliśmy się na nie-swoich prawach skomunikować.

To upłynnianie granicy zapewne nie do końca się powiodło, niemniej jednak chcieliśmy zapoczątkować pewną pojemną formułę numeru in process, numeru permanentnego, który nie kończy się wraz z upływem kadencji wydarzenia, ale który będzie dążył do skali 1:1, stając się praktyką krytycznego interweniowania wspólnot redaktorów i redaktorek, autorów i autorek, czytelników i czytelniczek oraz nie-czytelników i nie-czytelniczek w rzeczywistość – i twórczego jej przebudowywania. Zapoczątkowaliśmy więc, miejmy nadzieję, pewien performans w jego znaczeniu przywoływanym znów przez Domańską: nie jako artystycznego widowiska, lecz codziennej praktyki życia społecznego przejawiającej się w rytuałach, demonstracjach, paradach czy festiwalach, do której zalicza się również tak różnorodne zjawiska jak zabawy ludowe, widowiska sportowe, operacje medyczne czy wręcz akty terrorystyczne[4].

W tej szkatułkowej konstrukcji performatywnej, w jakiej się znaleźliśmy, zastanawialiśmy się jednocześnie nad tym, jaki ‘użytek’ mogą dziś robić z siebie literatura i pisma literacko-artystyczne. Ważną inspiracją jest tutaj wspomniana przeze mnie na początku wystawa Robiąc użytek, o której szerzej opowiadają w numerze Kuba Szreder i Szymon Żydek. Tytułowa formuła robienia użytku ze sztuki zakłada m.in., że – jak piszą kuratorzy – „gra wyobraźni odbywa się w skali 1:1, czyli że jest aplikowana w rzeczywistości społecznej, która w rezultacie zaczyna funkcjonować wedle nieco odmiennych, estetycznie przekształconych prawideł”, gdzie również „przenicowaniu ulegają systemy wartości, wedle których mierzona jest użyteczność”, na przykład „przydatność jakichś przedmiotów czy też skuteczność pewnych działań”. Nie tworzy się tutaj „sztucznych modeli czy też atrap rzeczywistości” kontemplowanych w przestrzeniach alternatywnych, ale realnie znosi się różnicę między „sztuką i życiem, performansem i zwykłą fuchą, artystycznym i politycznym procesem”.

Poczucie utraty sprawczości, które ekstrapoluję tutaj najczęściej na bliżej nieokreśloną klasowo, zawodowo czy środowiskowo grupę, w odniesieniu do pola literackiego może brać się z jego hermetyczności, nieprzenikalności, zapobiegającej wystawianiu języka poza jego obręb i myśleniu o przemianach poza jego terytorium. Specyficzne aplikacje poststrukturalizmu – z jego tekstualizmem i dekonstrukcją – do lektury krytycznej sprawiły, że duża część polskiej humanistyki i krytyki literackiej, również lewicowo zorientowanej, stara się nie opuszczać ram interpretowanego tekstu w żadnym kierunku: ani okoliczności jego powstania, ani jego szerszego oddziaływania poza idiomatyczną relacją peer to peer czy tête-à-tête, fetyszyzowanym spotkaniem z Innym w tekście oraz tekstem jako Innym i tak dalej. Anna Burzyńska[5], posługując się argumentem z naiwności względem badaczy kwestionujących sprawczy potencjał Derridiańskich operacji, wynosi tekstualny performans na wyżyny, otwarcie zrównując w pewnym momencie w swojej galopadzie znaczenia ‘performansu’ i ‘postmodernizmu’ i powodując w ten sposób, że pojęcie sprawczości traci jakąkolwiek swoją operacyjność. Anna Kałuża jeszcze w 2011 roku pisała, że „Współczesny artysta […] nie jest też aktywnym działaczem wychodzącym na ulice z rewolucyjnymi hasłami; nie poucza ze swojego schronienia, ani nie walczy w konkretnej (politycznej, społecznej) sprawie. To ktoś, kto ‘wystawia’ się na konflikt, ujawnia antagonizmy, działa jak ogniskowa skupiająca na sobie także negatywną energię społeczną: złość, frustrację, niepokój i traumy, jego dzieła uosabiają ‘społeczności w stanie konfliktu’”[6]. Koncentracja na wewnętrznych konfliktogennych właściwościach tekstu prowadzi być może do punktu, jak sugeruje Domańska, w którym „sama idea konfliktu stała się metaforyczna, a ‘walka klasowa, rasowa czy płciowa’ zastąpiona została sporami między tekstami”[7]. Tymczasem biorąc pod uwagę wyniki badań struktury czytelnictwa w Polsce, aż prosi się zapytać, jacy ‘inni’ spotykają się w lansowanym przez Burzyńską modelu lektury tekstu, a także przed kim współczesny artysta ujawnia społeczne antagonizmy. Odpowiedź na to pytanie musi jednak odsłonić klasowy, elitarny charakter i zasięg tego typu propozycji interpretacyjnych, podobnie jak klasowy i ekskluzywny charakter ma tradycyjne pojmowanie praktyk czytelniczych (o czym szerzej w swoim tekście Nie czytasz? Idę z Tobą do łóżka pisze Maja Staśko).

Podczas gdy wiele badaczek i badaczy przylepia dekonstrukcji etykietę subwersji czy wręcz wywrotowości, a Burzyńska odmienia ją przez przypadki wszystkich zwrotów w humanistyce: etycznego, politycznego, performatywnego i empirycznego, o nieuświadamianych konsekwencjach posługiwania się tym dyskursem pisze Joanna Bednarek w swojej najnowszej książce Linie kobiecości. Jak różnica płciowa przekształciła literaturę i filozofię?. Po pierwsze więc, zdaniem Bednarek, „Stawiając tezę, że płeć autora nie ma żadnego znaczenia, Derrida operuje w gruncie rzeczy dychotomią tekstu (oderwanego od kontekstu i warunków powstawania) i autora jako empirycznej jednostki”[8]. Zostaje zatem utrzymane w mocy stare rozróżnienie na treść i temat oraz czystą tekstualność bądź literackość, w przestrzeni której wszystko można wypowiedzieć, uwalniając się od ideologii. Tekst ze swoim radykalizmem formalnym staje się więc rewolucyjny z definicji. Po drugie, Derrida utożsamiając sens tekstu z symboliczną męskością i obecnością, a więc tym, co jest poniekąd dane, a co ulega rozmontowaniu przez mechanizmy samego tekstu, przez rozplenienie jego sensu w gąszczu znaków, czyli przez symboliczną kobiecość – de facto odpolitycznia kobiecy podmiot i neutralizuje jego autonomię i sprawczość. Tak jak odpolitycznieniu uległa korzystająca z dekonstrukcji teoria feministyczna.

Na inny problem postrukturalizmu, stawiającego sobie rewolucyjne cele, zwraca uwagę Gayatri Spivak w słynnym tekście Czy podporządkowani inni mogą przemówić?. W jego centrum znajduje się zagadnienie reprezentacji, które za sprawą błędu językowego czy też pozostawienia znaczących samym sobie, jak pisze Spivak, zrównuje dwa znaczenia reprezentacji: polityczne (w sensie mówienia za kogoś) oraz retoryczne, czyli reprezentacji jako tropu, dotyczące przedstawienia (w sztuce czy filozofii). Spivak, rekonstruuje myślenie Deleuze’a i Foucaulta, zgodnie z którym „Nie ma już reprezentacji, tylko działanie – działanie teoretyczne i działanie praktyczne, które odnoszą się do siebie”. A „Ponieważ ‘mówi i działa (…) zawsze wielość, nawet w ramach jednostki’, żaden ‘teoretyzujący intelektualista [ani] żadna partia czy związek zawodowy’ nie mogą reprezentować ‘tych, którzy działają i walczą’”[9]. W tym miejscu Spivak zadaje pytanie: „Czy ci, którzy działają i walczą, są niemi, w przeciwieństwie do tych, którzy działają i mówią?”, wskazując, że te „ważne problemy zostały pogrzebane w różnicach między ‘tymi samymi’ słowami: świadomość i sumienie […], reprezentacja i re-prezentacja”. „Tym samym ujawniona zostaje banalność tworzonych przez lewicowych intelektualistów list z dysponującymi samowiedzą i politycznym sprytem podporządkowanymi innymi […]; reprezentując ich, intelektualiści zarazem prezentują siebie jako przezroczystych”.

Ta nieco przydługa krytyka pewnych założeń postrukturalizmu wydaje mi się konieczna z punktu widzenia impasu, czy pewnego zakleszczenia, w jakie popadła polska krytyka i często bezwiednie powtarzająca za nią pewne pop-moty literatura, a szczególnie jej twórcy – skazując się tym samym na nieistotność. Gdzie nieodpowiedzialność za tekst staje się największą odpowiedzialnością, próba minimalizacji wywieranych wpływów – wartością etyczną, na propsie jest dowolność odczytań, a im większy dystans do własnego dzieła i im bardziej podbijany przypadek rządzący tekstem – tym więcej do lansu ma autor czy autorka, co szczególnie przykre w przypadku większości autorów i autorek tzw. zaangażowanych. Tymczasem dość już obsesji na punkcie esencjalizmu, dość obsesji na punkcie naiwnych referencji, zdają się mówić Spivak, Domańska, Bednarek; te problemy można dziś rozwiązać za pomocą zupełnie innych teorii – ale nie będziemy się tu nimi zajmować. Należałoby do tego dodać: dość pustych przeświadczeń na temat tego, że sama zmiana paradygmatu myślenia i pisania czyni z twórcy, krytyka czy badacza – praktyka społecznego i działacza. Dość uprzywilejowywania pisma, które zdolne jest dokonywać pewnych przegrupowań wewnątrz własnego pola, ale niekoniecznie już oddziaływać poza tym wąskim obszarem, w relacji z innymi polami. Myślenie o sprawczości w kategoriach, że oto teraz napiszemy kolejny ważny tekst upominający się o wykluczonych, opublikujemy go tym razem w bardziej prestiżowej gazecie, a w pewnym momencie świat nie będzie miał innego wyjścia, jak się zmienić – musi się w końcu otrzeć o ścianę, o ile jeszcze tam nie dotarło.

Dlatego też podczas żywego numeru zastanawiamy się, jaka specyfika literatury i sztuki sprawia, że dyscypliny te mogą realizować różne cele społeczno-polityczne za pomocą charakterystycznych dla siebie metod. Dokonując wymiany pomiędzy polami (post)sztuki i literatury, zadajemy pytanie: w jaki sposób literatura (i pisma ją reprezentujące), korzystając ze swoich kompetencji artystycznych, konwencji, pozycji, procedur itp., mogą jednocześnie przekraczać hermetyczne pole literackie ku jakiejś formie postliteratury. Czy raczej, trzymając się siatki pojęciowej oprowadzającej po wystawie Robiąc użytek – jak w kontekście życia w epoce postartystycznej to, co nazywaliśmy dotąd literaturą, może ustawić się względem epoki postliterackiej, w której również niewątpliwie żyjemy. „Epoka postartystyczna to czasy, w których wysoki współczynnik sztuki obecny jest w wielu obszarach życia, praca artysty nie zawsze materializuje się w postaci dzieła sztuki, a sama sztuka dzieje się w skali 1:1 zamiast wytwarzać modele sytuacji i rzeczy” – piszą kuratorzy. W tym kontekście na epokę postliteracką mogłyby wskazywać choćby takie zjawiska, jak popularność videoblogów i całej blogosfery, statusy facebookowe (Julia Szychowiak i Łukasz Podgórni opublikowali je później w swoich książkach), copywriting, żywe biblioteki, wiersze polityków, wiersze z Google, powieść hasztagowo-zdjęciowa Adama Kaczanowskiego, memy, graffiti, i takie działania jak np. „Gazeta Pisarzy”, blog więźniarek eWKratke czy różne formy kolektywnego pisania w mediach społecznościowych.

Zastanawiamy się więc, jak literatura może działać w skali 1:1, w czasie rzeczywistym, reaktualizować pewne zjawiska, które zachodzą często tylko w akcie wykonywania określonych czynności i muszą być powtarzane/odgrywane, by zaistnieć  i osiągać konkretne efekty. Kuba Szreder i Szymon Żydek, opowiadając o wystawie, wskazują m.in. na działania kolektywów wydawniczych, publikujących treści znajdujące się na pograniczu legalności, stanowiące podręczniki zakazanych lub kontrowersyjnych praktyk, a także inicjatyw funkcjonujących na zasadach spółdzielni i przekuwających dochodowe przedsięwzięcia w publikacje projektów zgłaszających się osób, które nigdy nie miałyby szansy ukazać się drukiem. Oczywistym dla literatury polem eksploracji jest też brandalizm i inne formy adbustingu, czyli ingerencji najczęściej w uliczne przekazy medialne i reklamowe, opartej na tzw. semiotycznej partyzantce: przechwyceniu i dekompozycji znaczeń. Maja Staśko, postulując wyjście z dotychczasowego pola poezji, przytacza (głównie zagraniczne jednak – z braku polskich tego typu inicjatyw) przykłady literatury działającej w czasie rzeczywistym. Netprov, czyli gatunek korzystający z różnych taktyk w mediach społecznościowych, służących napędzaniu literackich akcji, w tym na przykład pisania kolaboratywnego za pomocą fałszywych kont celebrytów. Poetycka aplikacja kolektywu Electronic Disturbance Theater 2.0/b.a.n.g. lab, która pomaga emigrantom z Meksyku znaleźć wodę i przeprowadza ich przez pustynię w Południowej Karolinie, wyznaczając najbezpieczniejszą, aktualizowaną na bieżąco przez użytkowników trasę – w czym można na pewno znaleźć zastosowania strategii narracyjnej gry, ale i opowieści-podróży czy przewodnika. Interesujące są projekty, w których poezja staje się zarówno materialnym sensorem pewnych realnych zmian, reagując np. na poziom wody czy smogu w Krakowie (ten ostatni projekt autorstwa Leszka Onaka), jak i krytycznym komentarzem do nich. Xawery Stańczyk analizuje zjawisko grafomanii z punktu widzenia pewnego ostracyzmu ze strony mainstreamu, zabezpieczającego interesy określonych środowisk twórczych, gdzie wartościujący klucz estetyczny okazuje się najczęściej kluczem towarzyskim, uwikłanym również w zależności ekonomiczne (w tym w ekonomię prestiżu). Postuluje inne pomyślenie o roli i funkcji tych, których uznajemy za grafomanów, przywołując chociażby przykłady tekstów Totartowych, którym pierwotnie odmawiano poetyckiej klasyfikacji, a także innych tekstów postliterackich, jak piosenki disco polo, które mogą być jednak źródłem cennej wiedzy o aspiracjach i marzeniach określonych grup społecznych czy o transformacji ustrojowej. Jakub Skurtys uzupełnia te rozważania swoim tekstem, w którym zwraca uwagę m.in. na wzajemną nieprzenikalność różnych grup twórczych. Przywołuje też ważne rozpoznanie Piotra Rysztowskiego, zgodnie z którym „historia grafomanii jest wyłącznie historią pojęcia i jego nadużyć, nie zaś konkretnych dzieł” i należy spojrzeć na nią pragmatycznie i operacyjnie ‒ „jak na innego, który dokonuje subwersywnego demontażu dyskursu”. Ta likwidatorska względem tradycyjnego pola literatury propozycja pozwala nam w pełni zanurzyć się w epokę postliteracką. Piotrek Płucienniczak opowiada o działalności Rozdzielczości Chleba, korzystającej z różnych narzędzi literackich przetwarzających i przetwarzanych przez media społecznościowe, dzięki którym powstają takie projekty kolektywne jak ZusWave czy statusy Jana Pegazusa Drugiego, pozwalające dokonywać pewnych przewartościowań w sferze relacji wspólnotowych. Wreszcie działalność „Rity Baum”, o której opowiada Marcin Czerwiński, polegająca w dużej mierze na tym, że redaktorzy i autorzy wychodzą poza wąskie specjalizacje, jakich można by się było spodziewać po pismach kulturalnych, i zaczynają oddziaływać na sferę publiczną nie tylko poprzez publikowane teksty, ale konkretne akcje w niej podejmowane we współpracy z różnymi organizacjami. Znamiennym projektem jest tutaj na przykład „Boisko bez granic”, w ramach którego odbywają się mecze integracyjne różnych grup wykluczonych: imigrantów, osób niepełnosprawnych, bezdomnych, a także różnych grup zawodowych. Lub spektakle powstające w ramach projektu „Czytanie w ciemności”, podczas których buduje się wspólnotę poza polem widzialności, oparte również na opowieściach uczestniczących w nich imigrantów oraz otwierające się na opowieści przypadkowo zgromadzonych osób, które wychodzą z ról widzów, stając się podmiotami sprawczymi spektaklu – ale nie tylko spektaklu. Tego typu działania pozwalają też inaczej pomyśleć o kwestii autorstwa: podmioty opowiadające swoje historie same stają się ich autorami, a także współautorami pewnej sytuacji komunikacyjnej, która się pomiędzy nimi wytwarza.

Zatrzymajmy się tutaj na chwilę przy oral history, która mogłaby zostać potraktowana jako pewien gatunek mówiony epoki postliterackiej i stanąć w centrum zainteresowań literatury, krytyki i pism literackich. Definiowana jest na ogół jako metoda badawcza, oparta na wywiadzie przeprowadzanym ze świadkiem określonych wydarzeń, w której podkreśla się subiektywną perspektywę mówiącego, pryzmat własnych przeżyć i ocen faktów. Historia mówiona szczególnie spopularyzowana jest w kręgach historyków i socjologów, jednak relacje, jakie wytwarzają się często pomiędzy rozmówcami, są mocno problematyczne i niesymetryczne. Opowiadaczami są tu bowiem przede wszystkim ofiary, i choć naukowcy zastrzegają: „prosząc rozmówcę o autobiograficzną opowieść wyraźniej komunikujemy mu, że bardziej niż wydarzenia, których był świadkiem / uczestnikiem, interesuje nas on jako osoba i jego indywidualny los”[10], najczęściej jednak opowieść służy instrumentalnym celom, upodmiotowiając głównie i umacniając pozycję badacza oraz jego dyscypliny. Podlega bowiem interpretacji w kategoriach badacza, uwarunkowanego wytycznymi własnej dziedziny, kultury, rasy, klasy społecznej, płci, wieku czy intencji – i na ogół w takiej przetworzonej formie jest dalej dystrybuowana. Wystarczy przytoczyć różne cele, którym służyć ma oral history, jak opisane przez Jerzego Bartmińskiego wypełnianie ,,białych plam” wynikłe z obowiązującego w systemie totalitarnym zakazu[11] czy Piotra Filipkowskiego „naświetlanie procesów społecznych determinujących [rozmówcy] biografię”, „określenie powiązań między życiem a strukturą i zmianą społeczną” lub „koncentracja na procedurach interpretacyjnych służących tworzeniu biografii, wytwarzaniu opowieści o życiu”. Nie twierdzę, że takie interpretacje są zgoła fałszywe czy bezwartościowe, zwłaszcza w kontekście osiągnięć humanistyki afektywnej, mogą służyć bowiem pewnej translacji interdyscyplinarnej, międzykulturowej czy międzyklasowej. Jednak w okolicznościach dość jednokierunkowego przepływu i przechwytywania tych fabuł powstaje poważne ryzyko skolonizowania cudzej opowieści i podmiotu na zasadzie, przed którą przestrzegała bell hooks:

Opowiedz mi tylko o swoim cierpieniu. Chcę poznać twoją historię. Potem opowiem ją tobie w inny sposób. Opowiem ją w taki sposób, by stała się moją historią, moją własną opowieścią. Przepisując ciebie, napiszę siebie na nowo. Cały czas jestem autorem, autokratą. Stale jestem kolonizatorem, wypowiadającym się podmiotem, a ty jesteś w centrum mojej wypowiedzi.[12]

I w tym miejscu dotykamy problemu, z jakim humanistyka zaangażowana zmaga się od dawna, sama nie pozostając przy tym niewinna: czyli kwestii neokolonialnego charakteru reprezentowania lub udzielania głosu podporządkowanym. Z jednej strony koniecznym wydaje się takie poszerzanie oficjalnej przestrzeni dyskursywnej, aby wykluczeni mogli się sami w niej wypowiedzieć. Z drugiej – istnieje niebezpieczeństwo, że te strefy czy nisze wypowiedzi, tworzone dla nich przez dysponentów sfery publicznej, do których zaliczają się również pisma literackie, będą kontrolowanymi zonami powstającymi w miejscach, z których nie mogą zagrozić ani systemowi, ani wyznaczającym te przestrzenie geodetom. Nie można też ignorować uświadomionych lub nie oczekiwań, że podporządkowani będą przemawiać na naszych warunkach i zgodnie z przyjętymi i podzielanymi przez nas standardami konstruowania opowieści, co w konsekwencji może wpłynąć na wewnętrzną stratyfikację dopuszczanych do głosu na podstawie ich zdolności adaptacyjnych do dominujących w danej kulturze lub klasie wymogów. Adekwatny przykład podaje tu Emily Lynch, pisząc o wywiadach przeprowadzanych przez wysłanników UNHCR z kongijskimi uchodźcami osadzonymi w obozie w Rwandzie. Relacja przybrała tu charakter obietnicy nagrody (wydobycia z obozu i zapewnienia azylu na Zachodzie) w zamian za dobrze skrojoną opowieść, zgodnie z oczekiwaniami zachodniej kultury[13].  I wreszcie: egzotyzacja. Popularne na świecie żywe biblioteki przeżywają właśnie w Polsce swój rozkwit – głównie za sprawą projektu realizowanego przez Stowarzyszenie Diversja wraz ze Stowarzyszeniem Lambda w ramach grantu z Fundacji Batorego, obejmującego dziś biblioteki w 47 miastach. Podczas organizowanych z udziałem żywych bibliotek wydarzeń ludzi – reprezentantów grup stereotypowo postrzeganych wypożycza się na określony czas jako ‘żywe książki’ i słucha ich opowieści, wchodząc z nimi w interakcje. Podstawą projektu jest różnorodność osób defaworyzowanych zgromadzonych w zbiorach danej biblioteki. „Żywą biblioteką nie można nazwać wydarzeń, które ograniczają się do jakiejś jednej grupy, np. żywa biblioteka z uchodźcami” – mówi jedna z koordynatorek projektu. Toteż biblioteki prześcigają się w swojej ofercie czytelniczej: „mamy imigrantkę, geja, Rosjanina, byłą narkomankę, samotną matkę, emerytkę i kontrolera biletów”, a na stronie projektu przeczytać można rankingi wypożyczeń, istny plebiscyt wykluczeń, w których rekordy popularności biją mniejszości seksualne. Spotkania pod pewnymi względami przypominają więc występy cyrku obwoźnego: mamy swoich wykluczonych, których wystawiamy przy nadarzających się okazjach, ma być wielorako i kolorowo – i mogą działać bardziej na rzecz utrwalania stygmatyzacji niż emancypowania z opresji. Co więcej, w ten sposób instytucje demokracji liberalnej symulują pełną reprezentację dyskryminowanych, zacierając również specyfikę poszczególnych teł wykluczeń.

Pewne wyjście z tej ambiwalentnej sytuacji podsuwa przewijający się w numerze kontekst operaizmu – ruchu, jaki rozwijał się we Włoszech od lat sześćdziesiątych, i jednocześnie teorii marksistowskiej, stawiających m.in. na autonomię robotniczą i odwrócenie zależności siły roboczej od kapitału[14]. Operaiści postanowili pozbyć się pośredników w komunikacji z władzą, takich jak choćby związki zawodowe, ale jednocześnie zadbać o bliską współpracę pomiędzy klasą robotniczą a grupami wyżej czy też inaczej wykształconymi. Przykładem stały się ankiety robotnicze, przeprowadzane zarówno przez jednych, jak i drugich. Tego typu kooperacja przynosi korzyści obydwu stronom: pozwala zdominowanym wyposażyć się w określone kompetencje kulturowe czy społeczne, umożliwiające im w dalszej perspektywie autonomiczne działanie i występowanie we własnym imieniu, intelektualistom zaś zapewnia pełniejszy wgląd w sytuację grup upośledzanych, intersubiektywną identyfikację i autentyczność prowadzonych praktyk. W ten sposób zamiast mieścić się w przestrzeni nadanej i z góry zaprojektowanej, podporządkowani mają szansę wkroczyć na drogę stawania-się-podmiotem, który sam ustanowi dla siebie przestrzeń głosu w toku walki politycznej. Takie cele mogłyby więc przyświecać pismom i artystom zaangażowanym we współpracę z wykluczonymi, traktowanymi już nie na sposób paternalistyczny, jako bezbronne ofiary pozbawione mocy sprawczej, co tylko dalej je wiktymizuje, ale jako aktywny podmiot przemian. Albowiem, jak wnioskuje Dawid Kujawa w toku operaistycznej lektury nowego tomiku Szczepana Kopyta Z a b i c, „opór nie jest już kategorią, którą sytuować można by jak dotąd w repertuarze działań podmiotów podporządkowanych – te bowiem  generują ruch, a nie go powstrzymują – ale raczej […] stoi po stronie posiadaczy, niepozwalających w pełni uwolnić się społecznemu potencjałowi wytwarzania”.

Rezygnacja z prymatu pisma, podtrzymującego dystynkcje etniczne i klasowe, nad innymi przestrzeniami działania kultury słowa czy symbolu, a być może w ogóle nad innymi językami i sposobami komunikacji, wydaje mi się dziś co najmniej warte wspólnego namysłu redaktorek/ów, krytyczek/ków, artystek/ów i aktywistek/ów społecznych. W historiach mówionych czy rozmaitych formach manifestowania się life stories tkwi bowiem potencjał intersubiektywnego kształtowania się podmiotów zbiorowych, budujących grupową świadomość i wspólnotę interesów, zyskujących sprawczość i podmiotowość historyczną[15]. Pamięć w historii mówionej „nie jest bowiem depozytariuszem faktów, lecz aktywnym procesem nadawania znaczeń”, jak pisze Filipkowski[16]. Tworzy historię oddolną, alternatywną, w której prawda obiektywna ustępuje miejsca prawdzie psychologicznej. Tadek Zinowski z Syreny opowiada więc o współpracy artystów, ruchów społecznych i klas ludowych we Włoszech w okresie poprzedzającym operaizm, zanurzonej w tradycji folklorystycznej i oralnej, a także o pomysłach archiwizowania historii grup niehegemonicznych (a nawet całej klasy społecznej). Krzysztof Wodiczko, w wywiadzie-rzece pt. Socjoestetyka, jaki ukaże się 3 października nakładem Krytyki Politycznej, którego fragment oraz omówienie Asi Bednarek publikujemy w żywym numerze, mówi o traumie pomników, mających często poczucie winy za propagowane przez siebie treści. Artysta próbuje im więc pomóc, wprowadzając pomysł pomnikoterapii. Pomniki stają się opowiadaczami historii własnych i historii ofiar, które się w nich materializują. Wraz z innymi obiektami Wodiczki stają po stronie pokrzywdzonych, mówią wspólnie z nimi lub ośmielają ich do wypowiedzi już nie w prywatnych przestrzeniach terapeutycznych, ale w przestrzeni publicznej, domagając się „zaakceptowania stylistyki cudzej krzywdy i skargi”.

Zamiast zhierarchizowanych slamów poetyckich, podbijających wszelkie rozsiewane przez kapitalizm i neoliberalizm nierówności czy mechanizmy rywalizacji, wyobrażam więc sobie na przykład otwarte wiece oral history. Obok wierszy – dowolne konfesyjne formy narracji. Źródła mówione i twórczość wernakularna jako równoprawne źródła wiedzy i autorytetu dla krytyki. Egalitarna przestrzeń wypowiedzi postliterackiej. Wymiany doświadczeń i kompetencji i wspólne interwencje w rzeczywistość społeczną. „Obawiamy się tych, którzy nie mówią do nas i z nami, ale o nas” – pisała swego czasu z pozycji wykluczenia bell hooks[17]. Zmiana tej perspektywy mówienia wydaje mi się teraz jednym z najważniejszych wyzwań dla dalszego rozwoju żywego numeru i prowadzonej przez krytykę zaangażowaną polityki emancypacyjnej.

 

Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL).

 

[1] O braku poczucia sprawczości jako sile napędowej współczesnych konfliktów społecznych pisał w 2011 roku Marek Beylin, analizując przeistoczenia państwa narodowego we Francji: „Choć dziś mówienie o walce klas stało się nieprzyzwoite – wywodzi Gauchet – wyłania się ona tam, gdzie nikt jej się nie spodziewał: przysparza wyborców Frontowi Narodowemu Le Pena. Tworzy się bowiem nowy ‘lud’ gromadzący, obok ‘dołów społecznych’, klasy średnie, przedsiębiorców, mieszkańców zamożnych dzielnic. Wszystkich łączy to, że czują się pozbawieni reprezentacji oraz wpływu na decyzje polityczne. […] lewicowe środowiska, zamiast rozpoznać ów ‘lud’ wydziedziczonych z poczucia wpływu na rzeczywistość, coraz surowiej go napominają, ładując zbiorowo do worka z etykietą ‘rasiści’. Co tylko utrwala mur, jaki wyrósł między elitami a różnymi grupami ludności […]”. M. Beylin, Marks patrzy na populizm, [w:] Karol Marks, 18 brumaire’a Ludwika Bonaparte, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2011, s. 21-22.
W odniesieniu do klasy intelektualnej pisze o tym już w 2003 roku Julia Walker: „Twierdzę, że obecne szczególne zainteresowanie metaforą performance’u […] ujawnia nie tylko uświadomioną utratę sprawczości, lecz także pragnienie wyobrażeniowego odzyskania poczucia sprawczości […]”. Cyt. za: E. Domańska, Historia egzystencjalna. Krytyczne studium narratywizmu i humanistyki zaangażowanej, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2012, s. 134.
[2] E. Domańska, Historia egzystencjalna. Krytyczne studium narratywizmu i humanistyki zaangażowanej, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2012, s. 135.
[3] Ch. Schäfer, Margit Czenki, Park Fiction, ekspozycja Museum of Arte Útil.
[4] E. Domańska, „Zwrot performatywny” we współczesnej humanistyce, Teksty Drugie 2007, nr 5, s. 48-61. http://rcin.org.pl/dlibra/doccontent?id=51247 [dostęp: 15.09.2016]
[5] A. Burzyńska, Dekonstrukcja, polityka i per formatyka, TAiWPN UNIVERSITAS, Kraków 2013.
[6] A. Kałuża, Wielkie wygrane. Wspólne sprawy poezji, krytyki i estetyki, Instytut Mikołowski, Mikołów 2011, s. 55.
[7] E. Domańska, Historia egzystencjalna…, s. 151.
[8] J. Bednarek, Linie kobiecości. Jak różnica płciowa przekształciła literaturę i filozofię?, Fundacja na rzecz myślenia im. Barbary Skargi, Warszawa 2015, s. 16.
[9] G. Spivak, Czy podporządkowani inni mogą przemówić?, przeł. Ewa Majewska, „Krytyka Polityczna” 2011, nr 24-25, s. 202-203.
[10] P. Filipkowski, Historia mówiona i wojna. http://biblioteka.teatrnn.pl/dlibra/dlibra/doccontent?id=9618&dirids=1 [dostęp: 15.09.2016]
[11] J. Bartmiński, O wartościach słowa mówionego, [w:] Historia mówiona w świetle etnolingwistyki, red. S. Niebrzegowska-Bartmińska, S. Wasiuta, wyd. Polihymnia, Lublin 2008, s. 15. http://biblioteka.teatrnn.pl/dlibra/dlibra/doccontent?id=43855&dirids=7 [dostęp: 15.09.2016]
[12] b. hooks, Margines jako miejsce radykalnego otwarcia, przeł. E. Domańska, „Literatura na Świecie” 2008, nr 1-2, s. 115-116.
[13] Emily A. Lynch, Mudende: Trauma and Massacre in a Refugee Camp, „Oral History Forum d’histoire orale” 2013, vol. 33. http://www.oralhistoryforum.ca/index.php/ohf/article/viewFile/537/615 [dostęp: 15.09.2016]
[14] „Tronti, politycznie odczytując marksowską teorię wartości, zgodnie z duchem odwrócenia, które znamionuje operaizm, postawił siłę roboczą przed kapitałem. Wynikało z tego, że kapitał nie tylko jest uwarunkowany przez siłę roboczą, ale, co więcej, że to siła robocza stanowi miarę wartości, jeszcze zanim ruszy produkcja – już na rynku pracy, gdy zawiązuje się stosunek płacowy. Na rynku tym bowiem przed kapitałem nie stoi pojedynczy robotnik, lecz klasa robotnicza, a zatem mamy tam do czynienia z konfliktem klasowym i to on poprzedza, wywołuje i wytwarza kapitalistyczny stosunek produkcji”. R. Bellofiore, M. Tomba, Wzlot operaizmu, upadek postoperaizmu, przeł. Z.M. Kowalewski, Lewica.pl. http://www.lewica.pl/?id=29524&tytul=R.-Bellofiore,-M.-Tomba:-Wzlot-operaizmu,-upadek-postoperaizmu [dostęp: 15.09.2016]
[15] Zob. np. William Westerman, Central American refugee testimonies and performed life histories in the Sanctuary movement, [w:] The oral history reader, ed. Robert Perks, Alistair Thomson, Routledge, London and New York 2003, s. 224-234.
[16] P. Filipkowski, dz. cyt.
[17] b. hooks, dz. cyt.

Michał Kasprzak

(1981) poeta, krytyk literacki, studiował polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Sygnatariusz Manifestu Neolingwistycznego, autor tomiku poetyckiego Bo on to zgubi (Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 2003). Szkice krytyczne publikował m.in. w "Lampie", "Studium", "Ha!arcie", "Toposie", "Odrze", "Witrynie Czasopism", antologiiTekstylia. O "rocznikach siedemdziesiątych" (Krakowska Alternatywa & Rabid, Kraków, 2002) oraz przewodnikuLiteratura polska 1989–2009 (Korporacja Ha!art, Kraków 2010). Od 2014 prowadzi przegląd poetycki w magazynie "Lampa". Współredaktor serii poetyckich wydawanych przez SDK. Stypendysta Miasta Warszawy oraz MKiDN w roku 2012. Członek grupy roboczej ds. priorytetu "Czasopisma" przy MKiDN z ramienia Koalicji Czasopism.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!