Forma konieczna. O z a b i c Szczepana Kopyta

We want „poems that kill.”
Assassin poems. Poems that shoot
guns.

Amiri Baraka

 

Zapewne nie jest bez znaczenia, że najnowsza, szósta już książka[1] poznańskiego muzyka i poety Szczepana Kopyta zaczyna się od próby chłodnego i zwięzłego zdefiniowania („mimo wszystko”) szczęścia: obecnym w jego wierszach wizjom konstytuowania się zbiorowego podmiotu roszczeń, budzenia się świadomości klasowej i odruchów społecznej solidarności od jakiegoś już czasu towarzyszy specyficzny rodzaj afirmacji, bliższy oczywiście pewnym nurtom współczesnej myśli z zakresu filozofii politycznej niż pustej, naiwnej euforii. A zatem i tutaj, podobnie jak choćby w buchu z 2011 roku (tam doskonale słychać było to w osadzonych w raveʼowym transie szpitalach) trafimy na frazy: „chciałbym tańczyć”, „odrzucam strach”, „czujesz bit” (proste plecy), sugerujące jakąś bliskość  poetyckiej taktyki Kopyta z tym, co David Graeber nazywa political pleasure. Tego rodzaju background ma spore konsekwencje dla obecnego w z a b i c (czyt. z a be i ce), kluczowego przecież, obrazu walki klas: ponieważ odwróceniu ulega stosunek pierwszeństwa między klasą robotniczą i kapitałem – co przywodzi na myśl między innymi Mario Trontiego i operaistyczną lekturę Marksa – jasne staje się, że to Wielość odpowiedzialna jest za wszelkie formy produktywności, pozostaje ona tu stroną aktywną i w przeciwieństwie do w pełni zależnego od niej kapitału zdolna jest do wywalczenia własnej autonomii. Uwolnienie pracy od prawa wartości i stworzenie „wspólnoty zaspokajanych żądz” (s. 5), w której wszelki wysiłek będzie społecznie użytkowany, a nie subsumowany pod kapitał, nie jest jednak jednorazowym trudem: „konieczną formą nie celem jest komunizm” (tamże).

Za tymi rozpoznaniami idzie prosty wniosek: opór nie jest już kategorią, którą sytuować można by jak dotąd w repertuarze działań podmiotów podporządkowanych – te bowiem  generują ruch, a nie go powstrzymują – ale raczej jest domeną potestas, stoi po stronie posiadaczy, niepozwalających w pełni uwolnić się społecznemu potencjałowi wytwarzania. Dlatego właśnie wypisy dla klas pracujących, które za sprawą osobliwej klamry okazują się małym traktatem o szczęściu, ostatecznie kończy wers o niemogącej się zrealizować miłości: dopóki siła robocza aktualizowana będzie w pracę przy udziale kapitalistów („lecz coś panuje nad tobą i jesteś sobie obca”, s. 6), pozostając tym samym jedynym towarem, jakim dysponują w kapitalistycznych warunkach produkcji pracownicy najemni, dopóty i „miłość” pozostanie „bezsilna”.

Imperium samo w sobie nie jest zdolne do wytwarzania, pozbawione jest pierwiastka kreatywności, a całą swoją siłę i legitymację władzy czerpie jedynie z produktywności, jaką zapewnia mu podporządkowana Wielość i – co najistotniejsze – nie jest systemem autopoietycznym, stanowi zatem nic innego jak osobliwe dzieło Wielości działającej wbrew własnym interesom. Co jest więc właściwym źródłem niekończącego się tyrania klas pracujących? Zwięzła odpowiedź na to pytanie staje się punktem wyjścia w wierszu następnym: „cierpimy na cierpliwość” (s. 7).

Prowokacyjny, niezwykle mylący tytuł wydawnictwa – jak łatwo się domyślić, spora część odbiorców odczytywała go początkowo jako „zabić” – który pochodzi z wiersza scenariusz i dość intrygująco wygląda na okładce, nawiązującej oprawą graficzną do tomów publikowanych niegdyś przez Książkę i Wiedzę (oficynę będącą głównym wydawcą literatury marksistowskiej w PRL-u), nie jest rzecz jasna zwykłym mrugnięciem okiem: Kopyt potrzebuje środków radykalnych, bo pisanie poezji jako specyficzny rodzaj, mówiąc po Althusserowsku, „praktyki teoretycznej” nie stanowi dla niego procesu oderwanego od zewnętrznego świata, ale jest wcale nie metaforycznie rozumianym działaniem politycznym. Dlatego właśnie, choć autor yassu doskonale zdaje sobie sprawę z bardzo ograniczonego zakresu promieniowania jego pracy, nie rezygnuje on z koncepcji wiersza jako tworu silnie afektującego czytelnika i tym samym potencjalnie angażującego go w rzeczywistość „pozatekstową” (o ile dla poety z perspektywy filozoficznej stojącego raczej po stronie skrajnej immanencji podział na „wnętrze” i „zewnętrze” ma jakiekolwiek znaczenie). Kwestia ta zostaje zresztą bardzo klarownie ujęta w wierszu (s. 22):

wyobraź sobie wiersz pojawiający się znikąd w tłumnym centrum
sączący się z głośników wprost do ust pracownic i pracowników
rzucających swoje tace rękawice zniszczone fragmenty infrastruktury

wiersz który sprawia że idą w jedną stronę poemat
którego emocje finalnie splatają losy osobiste z momentem wybuchu
lirykę która niszczy bankomaty […]

Tak pojmowana poezja, osadzona w dyskursie materialistycznym, pozbawiona metafizycznych pretensji, ale i odrzucająca trudną dziś do zdyskredytowania poetykę prywatności („czy naprawdę sądzisz, że sam dobywasz słów”, sam, s. 21), może być narzędziem bardziej lub mniej skutecznym, szczególnie ważne jest jednak to, by nie tracić z oczu samego faktu jej relacyjnego charakteru i performatywnego potencjału: „drzewa maszerują pod palcami czytelniczek / jak tępe i ostre żyletki” (mówi sosna, s. 25).

Taki „wkluczający”, a miejscami interwencyjny model poezji (w utworze negocjacje Kopyt po raz kolejny wraca do problemu praw lokatorskich, w skład tomu wchodzi też publikowany wcześniej na łamach „Krytyki Politycznej” wiersz #kobane) pewnej części polskiej publiczności wciąż kojarzył się będzie z prostą agitką, bo zażarte dyskusje o „literaturze zaangażowanej” i sensie jej uprawiania nie ustają, choć o bezpośrednich inspiracjach poety tradycją spoken word, które wyrosło na gruncie tzw. renesansu Harlemu, pisano już przecież przy okazji dwóch jego ostatnich książek. Także i w z a b i c pewna część tekstów w przejrzysty sposób nawiązuje do literatury spokrewnionej z hip-hopem czy jazz poetry, i właśnie te fragmenty książki, w swojej strukturze znacznie bardziej rozbudowane, repetytywne oraz „dostępne” w przekazie, wydają mi się najciekawsze. Autor możesz czuć się bezpiecznie potrzebuje wspomnianego zaplecza kulturowego, niemal nieobecnego w polskiej literaturze, między innymi dlatego, że pozwala mu ono odrzucić cały bagaż typowej dla potransformacyjnej kultury lat 90., permanentnie podkopującej wszelkie „serio” ironii, jednocześnie nie zbliżając się do rejestrów skompromitowanych i przejętych przez literaturę prawicową – na tę ostatnią kwestię zwracał zresztą już uwagę Paweł Kaczmarski w recenzji Uwikłanie w żywy język, publikowanej na łamach „Dwutygodnika”.

Tekstem, w którym najsilniej przejawia się temperament kojarzony właśnie ze spoken word, jest bez wątpienia utwór zamykający książkę, o dwuznacznym – co nie powinno dziwić czytelników zaznajomionych z dorobkiem Kopyta – tytule zapłata: nikt nie zaserwuje nam tu bowiem, jak moglibyśmy się spodziewać, wizji długo oczekiwanego wyrównania społecznych rachunków rodem z ostatniej sceny Radzieckich Zabawek Dzigi Wiertowa. Przeciwnie, pozbawiony naiwnych nadziei poemat kończą słowa: „płacę jak co dzień / zbliżeniem”, podbijając jeszcze właściwą stawkę gry, bo utwór ten jest gruncie rzeczy, jak ujął to autor w „tej” radiowej rozmowie z Romanem Kurkiewiczem, manifestem konsumenta. Kopyt zupełnie pozbawiony jest złudzeń co do możliwości etycznego życia w późnym kapitalizmie – doskonale ujęte zostają tu sprzeczności i właściwe, szerzej postrzegane konsekwencje „dobrych decyzji”, co pozwala wskazać między innymi na klasowy charakter wielu wegańskich, ekologicznych czy fairtrade’owych wyborów:

Trzecia opcja to tak zasuwać
tak wyzyskiwać ludzi wspinając się
stopniowo po drabinie pracy najemnej
w stronę przewagi kognitywnego obciążenia nad fizycznym
żeby to inni musieli dokonywać pierwszego wyboru
podczas gdy ty jesteś etyczna i
jesz sobie wegańskie sushi przywiezione
przez punkową kurierkę na ostrym kole
w antysmogowej masce
(s. 33)

Kogoś, kto świadom jest nieustannie podejmowanych przez kapitał ruchów podporządkowywania sobie pierwotnie kontestatorskich zachowań i stylów życia, w żadnym stopniu nie zaskoczyły ostatnie wydarzenia w pewnym warszawskim wegańskim lokalu gastronomicznym. Interesy poszczególnych graczy, których sojusz i wzajemne wsparcie na co dzień wydają się czymś absolutnie oczywistym, okazują się często znacznie bardziej zantagonizowane, niż śmielibyśmy podejrzewać. Ujawnianie tych antagonizmów jest dla nas bezwzględną koniecznością.

W książce poznańskiego poety na uwagę zasługuje coś jeszcze: w wielu wierszach przyjmuje on specyficzną strategię – znaną czytelnikom z jego wcześniejszych tomów – polegającą na konsekwentnych próbach dezalienacji pracy i towaru za sprawą stopniowego „odkrywania” kolejnych procesów i stosunków społecznych stojących za powszednimi, z pozoru rzecz jasna niewinnymi, zawieszonymi w próżni zjawiskami. W cytowanej już zapłacie roślinne chipsy, których skład bohater wiersza uważnie studiuje, stojąc nad sklepowym koszykiem, ewokować będą obraz „płonących lasów indonezji” (s. 34). W cierpliwości odnotowane zostanie skrupulatnie, ze puszki, na które czeka głodny kot, pełne są „mięsa zabitych krów nocą / wepchniętych w ciężarówki” (s. 7). We mgle z kolei „radio akompaniuje falom cukru i kawy”, które permanentnie stymulują wydajność pracowników najemnych; węgiel, który płonie i chleb, który rośnie, to tylko elementy kapitału zmiennego, pozwalające na utrzymanie i reprodukcję siły roboczej (s. 13).

Nad wyraz ciekawie prezentuje się zagranie Kopyta w tekście kiedy mówi wiersz (swoją drogą, jak widać, sporo w jego nowej książce autotematyzmu, którego dotychczas zwykł raczej unikać) – puenta utworu na pierwszy rzut oka jest po prostu dość efektowna, po wnikliwszym odczytaniu okazuje się jednak zdecydowanie bardziej znacząca[2]: „grad kamieni jest jeszcze jezdnią / pałki skromnie podpierają ścianę” (s. 12). Sugestia zbliżającego się bezpośredniego starcia, niezwykle skondensowana, a jednocześnie nie redukcjonistyczna, ubrana jest tu w język, który nie ulega pokusie wykroczenia poza dyskurs materialistyczny. Obraz wypatrywanej rewolucji, tak często umykający gdzieś w rejony transcendencji, nierzadko o mesjanistycznym zabarwieniu, tutaj ma zupełnie inny charakter, bo w grę wchodzą jedynie kategorie aktualności i wirtualności – obydwie, o czym pisano już wielokrotnie, od Arystotelesa przez Bergsona po Deleuze’a, ściśle związane z tym, co realne.

z a b i c, tom zawierający tak utwory o charakterze filozoficzno-kontemplacyjnym, kojarzące się ze świetnym, nominowanym do Nagrody Literackiej Gdynia sale sale sale z roku 2009, jak i te stanowiące bezpośrednią kontynuację dwóch poprzednich książek autora (bo raczej nie znajdziemy tu śladów po logoreicznych i pozostających pod pewnym wpływem Miłosza Biedrzyckiego utworach z yassu), jest nieprzeciętnie różnorodny, co sporo mówi o samym statusie autora – choć bez problemu można by wiele pisać dziś o Kopycie „młodym”, „średnim” i „późnym”, jego nazwisko w części środowisk wciąż prowokuje jedynie niekończące się dyskusje o „zaangażowaniu” literatury. Ostatecznie chyba nie powinno nas to dziwić: dojrzały artystycznie i nagradzany poeta nie może być lekceważony przez główny nurt, ponieważ zaś główny nurt, stanowiący trybik w maszynerii rynku, nie znajduje w swoim obszarze miejsca na dyskusję o literaturze komunistycznej, kupuje Kopyta jedynie jako reprezentanta pewnej większej „buntowniczej” tendencji. Ten natomiast, na szczęście, z książki na książkę coraz sprawniej wymyka się przewidzianym dla niego kategoriom.

 

CC-ludzik    Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL).

 

 

[1]  Szczepan Kopyt, z a b i c, WBPiCAK, Poznań 2016.
[2] Nieco szerzej o tym wierszu, zob.: D. Kujawa, Co może poezja? Poza dychotomią autonomii i zaangażowania, „Fragile” 2016, nr 1.

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!