Nie czytasz? Idę z Tobą do łóżka

I.

Spośród serii niepomyślnych informacji tego roku jedna zdaje się nad wyraz optymistyczna: wyniki badań czytelnictwa przeprowadzonych dla Biblioteki Narodowej przez TNS Polska. Optymistyczna informacja jest następująca: poziom czytelnictwa w Polsce jeszcze nigdy, odkąd tylko zaczęto przeprowadzać badania, nie był tak niski. Co jeszcze wspanialsze – z roku na rok raczej spada.

Jest się z czego cieszyć. Nareszcie.

Sytuacja wygląda bowiem następująco – od 1994 do 2004 roku wyniki badań czytelnictwa utrzymywały się na zaskakująco zbieżnym poziomie: osoby, które przeczytały co najmniej jedną książkę rocznie (tzw. czytelnicy), stanowiły jakieś 55–60% społeczeństwa; z tego te, które przeczytały co najmniej siedem książek rocznie (tzw. czytelnicy intensywni), jakieś 22–24% społeczeństwa. Poziom ten utrzymywał się z konsekwencją godną pozazdroszczenia – podobnie było właściwie nieprzerwanie od 1945 r. Powody tak zakrojonego stanu rzeczy były ściśle klasowe: czytanie przechodziło z pokolenia na pokolenie, razem z bogatymi domowymi biblioteczkami pełnymi samych literackich dóbr, o których inne klasy mogły tylko pomarzyć, bo nie miały na nie ani czasu, ani miejsca, ani pieniędzy. A że z czytaniem wiązał się prestiż społeczny – wszak kto czyta, nie błądzi i w ogóle czytanie rozwija rozum młodzieży, odmładza charakter starca, uszlachetnia w chwilach pomyślności, daje pomoc i pocieszenie w przeciwnościach – dziedziczona z pokolenia na pokolenie praktyka czytania dawała dzieciom niezbędny kapitał społeczny i kulturowy, którym następnie mogły szantażować i zawstydzać dzieci z innych klas (społecznych), te nieczytające. Prywatna biblioteczka pełna klasyki stanowiła obowiązkowe wyposażenie każdego aspirującego do klasy średniej amatora biznesu – często jako element wystroju wnętrza. Tak ustawiona hierarchia i tak zaplanowane wartości podbijały klasowe status quo i pozwalały je zachować w normie – ten, kto czytał z domu, czytał też w swoim domu, ten, kto nie czytał z domu, raczej nie czytał w swoim domu, co liczby dobitnie dokumentowały.

Aż tu nagle po 2004 r. coś tąpnęło. W 2006 r. nastąpił nagły spadek liczby czytających do 50% społeczeństwa, a tych intensywnie czytających – do 17%. W 2008 r. było jeszcze gorzej – 38% i 11%. Potem bywało różnie, ale nigdy powyżej 44% i 12%. W tym roku zanotowany został najniższy dotychczas wynik – 37% czytających i 8% intensywnie czytających. W skrócie: po 2004 r. odsetek czytających zmalał z 3/5 do 2/5 Polek i Polaków. Nagle prywatna biblioteczka pełna dóbr przestała być wystarczającym powodem dla dzieci, by czytać. Różnica klasowa wsparta na czytaniu (i intensywnym czytaniu) ma szansę się rozcieńczyć: dzieci czytających rodziców wcale nie mają ochoty czytać, zbliżając się poziomem i doświadczeniami lekturowymi do dzieci nieczytających rodziców.

Wprawdzie wciąż więcej omniczytelników (czytelników książek, gazet i użytkowników Internetu) jest wśród osób, których matki lub ojcowie mieli wykształcenie wyższe (33% i 36%) niż wśród samych osób z wykształceniem wyższym (31%). Ale tendencja jest wyraźna: niezależnie od domu – bogatego w książki bądź wręcz przeciwnie – młodzi ludzie nie chcą czytać i w tej swojej niechęci nie widzą niczego uwłaczającego. Nie będą wyśmiewali dziecka, które nigdy nie miało w rękach książki, a jego rodzice nie posiadali prywatnej biblioteczki. Bo naprawdę nie ma się z czego śmiać – mobilizacja przez klasowy wstyd też już jakoś przy książkach mniej działa, a anegdotki klas wyższych typu:

− Czytał pan też co Reymonta?
− Reymonta? A ma się rozumieć. Człowiek wykształcony nie znałby Reymonta! Czytałem go w oryginale greckim, w rzadkim wydaniu z końca XVII wieku.

(„Kurjer Świąteczny”, 19 stycznia 1918)

zdarzają się coraz rzadziej. Fajnie czytać Reymonta (w 1918 r. to wciąż była literatura najnowsza, co każdy człowiek wykształcony powinien wiedzieć, a każdy inteligentny człowiek może sobie wygooglować), podobnie jak fajnie oglądać House of Cards czy grać w World of Warcraft – fajnie i przyjemnie, ale nic z tego naprawdę nie jest niezbywalnym obowiązkiem człowieka wykształconego. Wstydzić się można nieetycznych czynów, na przykład klasowej pogardy do drugiego człowieka albo choćby jedzenia mięsa, a nie nieprzeczytania kilkuset zadrukowanych kartek, no bez przesady.

Jeden z największych klasowych mitów budujących i podtrzymujących „elity” i ich aspiracje właśnie pęka. I to jest bardzo, bardzo przyjemne, zwłaszcza w kraju, w którym analfabetyzm wynosi niemal 0%, dając medium pisma naprawdę duże pole do egalitarnego działania.

Literatura wreszcie nie utrzymuje prowadzących kraj nierówności klasowych. A bez nadmiernego entuzjazmu: utrzymuje je trochę mniej.

Super!

 

II.

Wedle badania dla BN „bardziej wyraziste gesty odcięcia wobec kultury książki mają najpewniej źródła w samej tej kulturze. Jest w niej prawdopodobnie coś, co niektórych do niej zniechęca”.

No ok, to może warto sprawdzić, co ma do kultury książki zachęcać – i jak.

Na przykład strony na Facebooku promujące czytelnictwo. Jest ich jakieś mnóstwo i cieszą się niemałą popularnością. W dużej części składają się z fotografii olbrzymich prywatnych bibliotek, rzadziej publicznych, interesujących pomysłów na półki lub inne sposoby ustawiania książek w domu, albo ludzi czytających książki, albo książek na tle krajobrazów lub zwierząt, albo cytatów o dobroczynności czytania książek, albo linków do księgarni z przecenami, by móc dokupić nowe do domowej kolekcji. Książki są oczywiście papierowe i głównie własne. Ogólnie: rzecz jest sentymentalna, reakcyjna i tym samym podbijająca klasowe rozumienie czytania – odnosi się do starannie pielęgnowanych mitów i stereotypów.

I tak fanpage Czytam wszędzie (79 787 lajków) zamieścił fotografię smutnego psa, która ma wyrażać nastrój „kiedy jesteś u kogoś, kto nie ma w domu książek”, wszak w dobrych domach prywatne biblioteczki to must have, koniecznie z całymi rzędami papierowych książek, bo przecież dawniej nie było ebooków, więc skoro rzecz ma przechodzić z pokolenia bogatego (w książki) na pokolenie bogate (w książki), to książki muszą być papierowe – muszą zajmować dużo miejsca i muszą obrastać w kurz. I pachnieć, oczywiście. Jeden z komentarzy pod obrazkiem potwierdza rodzinne przejmowanie upodobania do czytania i wiążącą się z nim pogardę do tych, którzy nie czytają: „w moim domu książki już na stosach leżą, bo na półkach nie ma już dla nich miejsca, ja pisałam, że u ludzi, którzy nie czytają, nudziłabym się jak mops, bo o czym z takimi osobami rozmawiać? Czytam ja, moi bliscy czytają, wymieniamy się książkami, dyskutujemy i to bez względu na wiek, nawet wnuki (3 i 4 lata) bez książeczki na dobranoc nie zasną!”. Dalej: fanpage Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka (190 610 lajków) zamieścił następujący wpis: „jeśli ktoś nadal uważa, że papierowe nie są fajne, ma rację… one są po prostu niedościgłym wzorem, do którego żadne kindle świata nawet się nie zbliżą”. Wszak wiadomo, że każdy człowiek wykształcony ma miejsce w mieszkaniu na całe tony książek i ma pieniądze na całe tony książek, bo po to przecież pracuje. Potwierdza to fotografia na fanpage’u Rzuć wszystko i chodź czytać książki (5 291 lajków) – fotografia pokoju doszczętnie wypełnionego półkami z książkami, i podpis w formie dialogu: pytanie „Czy ty nie za dużo wydajesz na książki?” i odpowiedź „Nie rozumiem pytania”. Otóż ci i te, których nie stać na „wydawanie za dużo” na książki, znakomicie rozumieją pytanie.

Z podobnych sentymentalnych przesłanek wychodzi fanpage Wącham książki (48 083) – jedna z grafik na stronie przedstawia chłopca siedzącego przed piramidą z książek zbudowaną na kształt monitora komputera, rodzice (oczywiście mama i tata, to obowiązujący model rodziny w Polsce) stoją nad nim, tata tłumaczy mamie: „Niech się powoli przyzwyczaja do książek”. Wraz z konserwatywnym podejściem do książki, koniecznie papierowej i związanej z przestrzenią rodziny, idzie konserwatywne podejście do życia: heteronormatywny, patriarchalny model rodziny (aktywna rola tłumaczącego mężczyzny i bierna kobiety) czy założenie o rywalizacji „starego” (dobrego) z „nowym” (złym), gdzie jedne (stare) media walczą z innymi (nowymi); to zaś w oczywisty sposób napędza reakcyjny bunt, mimo iż badania czytelnictwa wyraźnie pokazują, że aktywność w internecie najczęściej wiąże się także z aktywnością czytelniczą: wszak olbrzymia część internetu składa się jednak z tekstu (przypominam: tekst się czyta, książka jest z tekstu), a choćby memy dowodzą, że media naprawdę nie muszą ze sobą rywalizować, wręcz przeciwnie, tekst i obraz fajnie sobie współgrają w zerojedynkowym języku. Z kolei fanpage Zespół Nienasyconego Czytelnictwa (95 430 lajków) to głównie reklama księgarni Bonito i jej promocji oraz nowości, które można w niej nabyć; fanpage Czytam – Kupuję (42 455 lajków), jak sama nazwa wskazuje, utożsamia czytanie z kupowaniem. Wiadomo: jeśli książki, to tylko papierowe i własne, odziedziczone po rodzicach lub nabyte na poczet przyszłych pokoleń.

Poza fotografiami i grafikami na fanpage’ach pojawiają się także recenzje i opisy – zwykle dotyczą jednak najnowszych popularnych książek, o które naprawdę trudno w bibliotece publicznej: nie tylko tej wiejskiej czy małomiasteczkowej, ale i tej z dużych miast. Nie ma wyjścia: książkę trzeba kupić (ale jest fajna promocja!).

Na tak sprofilowanych fanpage’ach nieszczególnie istotne jest to, co się czyta, a nawet że się czyta: cała para idzie w samo posiadanie książek, bycie blisko nich, tak blisko, żeby zmieściły się w kadrze, najlepiej ze skrawkiem atrakcyjnego ciała (w tym przoduje fanpage Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka). Książki – materialne – działają jako artefakty, przedmioty dające przynależność do innego świata: nie tyle opowieściami, które się w nich znajdują, ile raczej samym faktem ich posiadania. Ogólnemu modelowi konsumpcji kapitalistycznej to bardzo na rękę: gromadzenie dóbr ponad miarę (wiadomo, że nikt i nikta z właścicieli i właścicielek wielotysięcznych bibliotek nie przeczytał[a] wszystkich tych książek), które podbija prestiż gromadzących, to w istocie tezauryzacja właściwa feudalnej klasie arystokratycznej: gromadzenie kapitału rzeczowego pod pozorem gromadzenia kapitału symbolicznego. A zatem: kapitalizm w czystej postaci.

Dlatego gdy celebryci i celebrytki chcą umocnić swoją pozycję przez dodatkowe punkciki prestiżu, a przy okazji miło zarobić na boku, wydają książkę: książka im to wszystko zapewnia, bo jest ceniona i (więc?) droga.

Analfabetyzm w Polsce wynosi niemal 0%, biblioteki są publiczne, edukacja, a z nią lektury szkolne obowiązują wszystkich, więc czytanie – m.in. książek – naprawdę mogłoby być przedsionkiem otwartego, egalitarnego systemu socjalnego. Nie jest. Książki wchodzą w rynek i działają na jego zasadach, o czym sugestywnie opowiada Miłosz Biedrzycki w rozmowie z Beatą Klimowicz na stronie Literackiej Polski:

[…] to tylko w Polsce daliśmy sobie wmówić jakąś bajkę, że wolny rynek jest lekiem na całe zło i sposobem wytłumaczenia całego świata. W krajach tak zwanych cywilizowanych jest zupełnie jasne, że czy to państwo, czy organy samorządowe dają pieniądze twórcom po prostu na zasadzie umowy społecznej – że to, co twórcy proponują, ma jakieś dobroczynne znaczenie dla odbiorców. Mówiąc brutalnie, pozwala im łatwiej wstawać rano do roboty przy taśmie. I z tego powodu aparat przemocy, czyli państwo, jest zdolny dystrybuować środki, którymi zarządza, na te właśnie kwiatki do kożucha, którymi jesteśmy jako wytwórcy treści artystycznych. Natomiast w Polsce państwo cały czas się szamoce ze szkodliwą bajką o gospodarce rynkowej, ale tak się nie da. Produkcja kultury nie jest częścią gospodarki rynkowej, nigdy nie była i nie będzie.

Powiecie: no jasne, reklamy książek na fanpage’ach promujących czytelnictwo, recenzje na zamówienie, zachęty do uczestniczenia w wyprzedażach, sponsorzy i patronaty – może to i konsumpcyjne, ale jakoś ci ludzie muszą zarabiać. W kapitalizmie: tak, dlatego ich cel to akumulacja kapitału (a konsekwencje są odczuwalne w całym polu kultury). W systemie nastawionym na uczciwszą redystrybucję zysków w formie świadczeń z progresywnego modelu podatkowego: nie, bo mamy na przykład dochód podstawowy, co znów znakomicie wyłuszcza Biedrzycki:

To znaczy, ile razy spotkam osobę z tego mojego niewidocznego streamu, jak powiedział Wojciech Bonowicz, a akurat tak się składa, że wiele z tych osób ma nieustabilizowaną sytuację życiową, czy wręcz walczy o byt, za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu, że należy wprowadzić jakąś formę dochodu gwarantowanego dla członków społeczeństwa. Trzeba powiedzieć sobie jasno: praca większości z nas nie ma sensu. I to jest tylko skutek szkodliwych bajek, że ludzie siedzą całymi dniami i dzwonią do nieznajomych osób, proponując im cudowne garnki. Nie ma z tego pożytku dla nikogo, lecz spełnia to szkodliwe moim zdaniem ideologiczne przekonanie, że coś należy robić, aby była nam udostępniona możliwość przeżycia do następnego dnia. Nie, praca osiemdziesięciu procent z nas, może nawet większej liczby, nie ma sensu. Należy się zorganizować w ten sposób, żeby korzyści z tej pracy, która ma sens, były rozdzielane między wszystkich.

Na stronie Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki (249 986 lajków) pojawia się grafika z mózgiem podnoszącym ciężary z książek i tekstem Rafała Kosika: „Jedno jest pewne, jeżeli ktoś czyta książki, ma znacznie większe szanse osiągnąć w życiu sukces. To najlepszy trening dla ludzkiego mózgu, który chce lepiej rozumieć świat”. Tak, to prawda, że ten lub ta, która lub który czyta książki, ma znacznie większe szanse osiągnąć w życiu sukces. Ale nie dlatego, że czyta książki, przeciwnie: dlatego czyta książki, że ma znacznie większe szanse osiągnąć w życiu sukces. To nie tak, że ci, którzy czytają książki, mają lepiej w życiu – to ci, którzy mają lepiej w życiu, czytają książki. Odwracanie tego przebiegu pozwala zastąpić realny klasowy determinizm neoliberalnym mitem samowystarczalnego self-made-mana – a w konsekwencji: pozwala zarabiać przez dawanie ludziom nadziei na (finansową, klasową, prestiżową) zmianę. W końcu wszystko w twoich rękach – tylko ty możesz wyrównać niesprawiedliwość społeczną, jakiej doświadczyłeś. Nie, nie ruchami związkowymi, nie oddolnymi działaniami, nie społeczną rewolucją, lecz własną pracą, rywalizacją i dążeniem za wszelką cenę na szczyt kariery. Tylko tak zapewnisz lepszy byt (więc i książki) swoim dzieciom (nie, nie ruchami związkowymi, nie oddolnymi działaniami, nie społeczną rewolucją, by inni mieli lepiej, tylko podbijaniem nierówności przez jednostkowe dążenie do klas uprzywilejowanych, by twoi potomkowie mieli lepiej).

Książki dają przynależność do innego świata, ale nie tego powieściowego: książki dają pozory przynależności do wyższej klasy, wraz z jej przyzwyczajeniami i praktykami codzienności. Utarło się, że jedną z nich jest czytanie – to się opłaca i pozwala wytwarzać proste dystynkcje klasowe.

 

III.

Tak, czytanie. Po prostu: czytanie. Nieważne czego i po co, nieważne kogo i z jakiego okresu, nieważne, jaka tematyka i czemu jej podjęcie służy. Po prostu: czytanie. Akcje promujące czytelnictwo powtarzają: czytajcie książki! Czytanie książek jest zawsze dobre, więc czytajcie książki (dziedziczcie, kupujcie, posiadajcie).

Dlatego strony na rzecz promocji czytelnictwa są tak potwornie apolityczne: każda książka każdej książce jest tu równa, nieważne, czy zajmuje się katastrofą smoleńską, czy zamachem smoleńskim, nieważne, czy wierzy w DIY, czy we wspólnotowe działanie. Wszystko równe, wszystko ważne, neoliberalizm górą, wszak liczy się samo czytanie, przesuwanie oczyma z lewej na prawo, z lewej na prawo. No i żeby to była książka, bo wiadomości w internecie czy wall na fejsie, mimo iż też czytanie i mimo iż też przesuwanie oczyma z lewej na prawo, z lewej na prawo, z nikogo klasy wyższej nie zrobią. Podpowiedź: akumulacja kapitału i apolityczność tak łatwo tu nie wchodzą, więc konserwatyzm odrzuca.

Najczęściej czytanymi książkami, właściwie odkąd tylko przeprowadzane są badania czytelnictwa w Polsce, są książki Henryka Sienkiewicza. I gdybym miała coś polecać, to raczej polecałabym, by nie czytać książek Henryka Sienkiewicza niż by je czytać. Podobnie jak książek rasistowskich, ksenofobicznych czy seksistowskich – książek Rafała Ziemkiewicza, Bronisława Wildsteina czy Marcina Kydryńskiego. Ale i wszystkich powieści z tradycyjnym modelem rodziny jako najlepszym bądź jedynym obowiązującym, wszystkich z podporządkowaniem kobiet męskiemu, aktywnemu ja, wszystkich z neoliberalnymi bajeczkami od pucybuta do milionera; wszystkich podtrzymujących wszelkiego typu nierówności.

Wychodzi na to, że plus minus wszystkich w ogóle książek. Dzięki nim niewątpliwie nie nadejdzie lepsze rozumienie świata, a raczej umocnienie w przekonaniu o słuszności funkcjonującego świata, bez poznania jego fundamentów i konsekwencji – społecznych, politycznych, kulturowych. Także w skali globalnej: nigdy dość przypominania, że gdy tutaj siedzimy sobie i czytamy we własnym pokoju, gdy tak swobodnie przesuwamy oczyma z lewej na prawą, z lewej na prawą, na świecie 800-900 milionów ludzi jest niedożywionych. Owszem, książki mogą to ujawniać i nawoływać do działania, jak genialny Głód Martína Caparóssa. Zwykle jednak tego nie robią, schowane w apolitycznym, skrajnie indywidualistycznym myśleniu reprodukującym system, dzięki któremu mogą się dobrze sprzedawać.

A rynkowi to jest na (niewidzialną) rękę. Lepiej w wolnym czasie czytać kolejną książkę. I kolejną, i kolejną, i kolejną. To ci i te, którzy i które mają nadmiar czasu na rozmaite działania – lepiej skanalizować je w czytaniach niż w realnych aktywnościach na rzecz zmiany warunków (także warunków czytania). Kto lub która zaś nie ma czasu (bo praca), wystarczy, że książki posiada.

Tak, książki (podobnie jak obrazy, filmy, memy) mogą robić dużo, dużo złego: książki mają swoje konsekwencje, ale nie dlatego, że są książkami i nawilżają mózgi, lecz dlatego, że mają swoje przesłanki i konkretne intencje, że służą bardzo konkretnym celom, że wchodzą w konkretne pole i wywołują konkretne działania (symboliczne, finansowe, fizyczne). Książki robią – robią politycznie. Więc mogą być dobre lub złe, w zależności od działania.

I w kapitalizmie książki robią dużo, dużo złego, bo chcą się sprzedawać, a do tego trzeba mocnej wizji samowystarczalnej jednostki, mocnej wizji tradycyjnej, patriarchalnej rodziny, która z pokolenia na pokolenie przekazuje sobie książki (także poza determinizmem, w ramach wyboru: chcesz dobrze dla swojego dziecka? kupuj książki), więc w istocie izolacjonizmu, apolityczności, seksizmu, ksenofobii i klasizmu. Wszystkich naszych polskich chorób, które pozwalają ja (polskiemu, męskiemu, heteroseksualnemu, katolickiemu) osiągnąć najwięcej.

Dlatego wymyślona przez Olgę Tokarczuk i przywołana przez Justynę Sobolewską na Facebooku propozycja hasła promującego czytelnictwo: „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my czytamy” wydaje się trafiać w punkt: Polska, tak wyraźnie ostatnio manifestująca swoją polskość i patriotyzm, rzeczywiście nie zginie, póki my – określone klasy – czytamy.

W ten sposób czytanie przestaje być – to często powtarzana klisza – otwierające, a staje się samoreprodukującym się działaniem, służącym podtrzymywaniu pozycji, więc i kapitału. Z takiego czytania, choćby i w szkole, wychodzi ksenofobiczne, nastawione na zdobywanie jednostkowego prestiżu i robienie kariery (dla rodziny, dla Polski) społeczeństwo. Dlatego nieuwzględnione w badaniach czytelnictwa jako czytanie książki aktywności – czytanie Facebooka, Twittera, wymiana korespondencji na Gmailu, aktywność w mediach społecznościowych – okazują się znacznie bardziej otwierające. Pozwalają na aktywne współuczestnictwo, możliwość decydowania o sobie i swoich wyborach, nie tylko jako odbiorca czy odbiorczyni nadawanego z góry komunikatu „czytajcie!” lub „czytanie jest dobre!”, ale i nadawca czy nadawczyni innych komunikatów w swojej własnej sprawie – naprawdę, dzięki szkole wszyscy potrafimy czytać i pisać, nie tylko elita.

Jak strony internetowe mają się do stron maszynopisu? Jak karty i zakładki w wyszukiwarce mają się do kart i zakładek w książkach? Jak zapisywanie plików ma się do zapisywania tekstu w książkach? Ile to książek: tablica na Facebooku i feed na Twitterze, codziennie odwiedzane i czytane? I dlaczego coś zamkniętego między okładkami i płatnego, w dodatku zajmującego fizycznie miejsce, ma być lepsze niż coś niezamkniętego między okładkami i niepłatnego, w dodatku niezajmującego fizycznie miejsca, kiedy i jedno, i drugie jest tekstem (lecz tylko jedno musi zostać sprzedane)? Dlaczego bardziej ufać wyznaniom celebryty na temat odżywiania w okładce niż otwartemu raportowi dotyczącemu odżywiania na stronie internetowej albo wypowiedziom użytkowników pod wpisem dotyczącym diet na Twitterze? Ale tego nikt nie będzie promował na fanpage’ach jako prestiżowego, kiedy bawi się w to jakieś dwie trzecie społeczeństwa. To nie pozwalałoby na pełną kontrolę sprawowaną przez tych, którzy ją mają; przez tych, którzy dostają publiczne przeważnie pieniądze za czytanie książek – jako pracownicy uniwersytetów czy instytucji związanych z literaturą oraz jako jurorzy i jurorki konkursów literackich. Inni za czytanie książek płacą pieniędzmi prywatnymi.

Chyba że ich nie mają. Mogą też nie mieć czasu. Albo ochoty.

 

IV.

Są też instytucje, które czytanie dla czytania oczywiście popierają, bo czytanie ważne jest i nawilża mózgi – inaczej utraciłyby sens bytu – ale stawiają przede wszystkim na to, co warto czytać. Tak działają na przykład konkursy literackie.

Konkurs literacki to jak z całego kraju zbierze się wszystkie książki – czasem w danej kategorii (proza, reportaż, fantastyka, poezja, tłumaczenie) – i spośród nich wybierze jedną, której autorowi lub autorce da się statuetkę i jakieś grube pieniądze (Nike – 100 000 zł, Angelus – 150 000 zł, Paszporty „Polityki” – 10 000 zł, Nagroda Literacka m.st. Warszawy – 100 000 i 20 000 zł, Gdynia – 50 000 zł, Szymborska – 200 000 zł). Nagroda wzburza rynek w ruch, wszak nie przeczytać nagrodzonej książki to w pewnym (i aspirującym do niego) środowisku wstyd, więc kasa daje więcej kasy, wedle podstawowej zasady akumulacji kapitału w obowiązującym systemie. Jedna, wybrana przez grono autorytetów osoba dostaje pieniądze i więcej pieniędzy, więc prestiż. Cała reszta dostaje nic – przegrała. Po gali odbywa się zwykle wielki i bogaty bankiet pełen darmowego alkoholu i darmowego jedzenia dla tych, którzy są napici i najedzeni. Po imprezie wszystko wraca do normy – literatura znów znika, by powrócić z hukiem przy kolejnej nagrodzie.

Rywalizacja, jednostkowy sukces, karnawalizacja literatury i podporządkowanie kapitałowi – wszystko to znane rzeczy. Nie ma za wielu stypendiów dla piszących, dzień w dzień i bez oklasków, nie nagradza się działań całych grup ludzi, którzy uczestniczą w powstawaniu książki, serii książek lub wydarzeń, nie ma powszechnych związków zawodowych literatów, lokalne związki literatów polskich to wsobne środowiska autorów wydających głównie samych siebie, totalnie odłączone nie tylko od rynku, ale i od szerszego obiegu literatury i szerszego dostępu do czytelnika. W skrócie: rządzą jednorazowe karnawały literatury, koniecznie z przegranymi i zwycięzcą – osobą, nie grupą czy instytucją, bo chodzi o jednostkę i jej sukces, i uśmiechniętą twarz na zdjęciu – oraz oczywiście z autorytetami rozstrzygającymi, kto teraz będzie miał na życie / lepsze życie, komu teraz prestiż, szacunek, wywiady i ogólnie sława, a komu nie.

Literatura staje się czymś niecodziennym, elitarnym, hierarchicznym, zrzuconym na barki autorytetów, zasadzającym się na wszechobecnej rywalizacji i indywidualnym sukcesie kosztem innych piszących, bez jakiejkolwiek współpracy czy myślenia kolektywnego, bo to się zwyczajnie nie opłaca.

Zaangażowanym przechwyceniem takich wzorców i ich konsekwencji miała być Górnośląska Nagroda Literacka Juliusz w Rybniku:

Nagroda ta powinna wspierać i honorować twórców, którzy w swoich książkach podejmują rozmaite idee mniejszościowe. Tak sprofilowane wyróżnienie literackie jest bardzo potrzebne w polskiej przestrzeni publicznej. Nagroda spełniałaby także podstawową rolę krytyczną: czyniłaby bardziej widocznymi te narracje, obrazy i języki, które mogą „przepaść” w olbrzymiej ilości aktualnej produkcji literackiej.

Założenie nagrody, świadome warunków pola literatury i włączające się w proces ich stopniowego korygowania, byłoby więc takie: mamy te nagrody i to one (przemocowo, mocą elity i autorytetów, przez zasadę rywalizacji) wyznaczają nam hierarchie w literaturze, więc zróbmy tak, by na tym opresyjnym systemie korzystali ci i te, którzy i które z reguły sami i same podlegają społecznym opresjom. Przechwycenie i subwersja – brzmi naprawdę fajnie. Nie rewolucyjnie, ale jako reformizm mogłoby się sprawdzić.

A jednak po wypuszczeniu na YouTubie rozmów z członkiniami i członkami jury (prawie parytet – super) entuzjazm co najmniej zrzedł. I to nie tylko dlatego, że poetyka filmów właściwie kopiuje tradycyjną poetykę filmów konkursowych, bez ich mniejszościowego przerobienia czy odwrócenia; czarno-białe kadry, pytania zadawane jurorkom i jurorom jako tekst między ich wypowiedziami, więc z wykluczeniem głosu i aktywnej roli pytającej bądź pytającego na rzecz skupienia wyłącznie na autorytecie, muzyka klasyczna sentymentalnie podbijająca niezrównaną istotność rzeczy, o których się mówi, fortepian, biały obrus i juki: wszystko to skłania ku bardzo konserwatywnej wizji literatury i nie daje za wielu sygnałów jej przewartościowania (wyśmianie tej poetyki byłoby wyśmianiem tego, co na poważnie mówią jurorzy). Ale ok, mniejszościowi twórcy w reakcyjnej oprawie to już jakiś gest: niezgoda na funkcjonujące hierarchie i ich opresje przez wprowadzenie w konserwatywne otoczenie osoby, która tradycyjnie była z niego wyrzucana, i postawienie jej na podium. Niech będzie. Mniejszościowych twórców jednak na razie nie ma, są za to wypowiedzi jurorów i jurorek z konkretnej klasy, z uniwersytetów: uznani etatowi profesorowie, profesorki, doktorzy i doktorki.

I tak dr Kacper Bartczak rozpoczyna swoją opowieść od obrazu fascynującego domu z poddaszem swojej babci, która była świetną gospodynią domową, podobnie jak jej siostry. Dr Joanna Bednarek stwierdza z kolei, że człowiek po dziesięciu godzinach ciężkiej pracy wybiera rodzaje rozrywki, które nie wymagają myślenia, dlatego nie wybiera literatury (bo przy innych rodzajach rozrywki nie trzeba myśleć, za to przy literaturze – nieważne, jakiej, byle literatura – tak). Pomijając dziwną hierarchię mediów wspartą na liczbie przepracowanych godzin i możliwościach umysłowych z niej wynikających (literatura – klasa średnia i wyższa; inne rodzaje rozrywki – klasa niższa) – od kogo i dla kogo zatem jest ta nagroda? Od tych, co ich babcie miały fascynujące domy z poddaszem, dla tych, co mają czas i siły myśleć, bo nie pracują dziesięciu godzin dziennie i dlatego wolą literaturę, a nie inne rodzaje rozrywki?

Na to wygląda. Jest to zatem mniejszościowa nagroda literacka wsparta na opresji klasowej. Elita – w końcu niewątpliwa mniejszość w społeczeństwie – sponsoruje mniejszościową nagrodę wartą 40 000 złotych. Seems fair.

Oczywiście, nie wszystkie wypowiedzi jurorek i jurorów brzmią w ten sposób. Zupełnie inne myślenie przedstawia prof. Alina Świeściak, gdy opowiada, że syn jej kolegi, profesora uniwersyteckiego, gimnazjalista, nie przeczytał w życiu żadnej książki, a jest bardzo inteligentnym człowiekiem – z innego rodzaju wiedzą i innego rodzaju wrażliwością niż osoby wykarmione książkami, ale na pewno nie gorszą; dodaje, że prawdopodobnie niedługo książka będzie rozrywką dla hobbystów i nie ma w tym nic złego. Prof. Anna Kałuża podkreśla z kolei, że nieważne, jak wiele czytamy (więc i ile poświęcamy na to czasu czy pieniędzy), tylko jak czytamy i jak rozmawiamy o tym, co przeczytaliśmy, a w tle jej wypowiedzi z łatwością możemy wyczuć bardzo ważny estetyczno-etyczny projekt literatury, który krytyczka konsekwentnie forsuje w swoich kolejnych tekstach i książkach.

Możliwość wystąpienia obok siebie wypowiedzi tak fundamentalnie odmiennych pod wspólnym hasłem „myślenia mniejszościowego” niepokoi. Tym bardziej, gdy weźmie się pod uwagę problematyczność tak ustawionych konkursów z punktu widzenia operaizmu: to klasa inteligencka, osoby z etatami na uczelniach i potężnym (w dużej mierze odziedziczonym) kapitałem kulturowym, decydują o tym, jaki mniejszościowy autor bądź autorka (oczywiście jeden bądź jedna kosztem innych) wygra. W efekcie, głosu mniejszościom udzielają znów osoby z klas wyższych, one wszak mają narzędzia i kapitał. Same mniejszości – tu przede wszystkim klasowe – nie mają możliwości decydowania o sobie. Zostają uprzedmiotowione: stają się przedmiotem badań i wyborów osób z wyższej klasy.

Etatowi czytelnicy i czytelniczki, decydująca o wynikach nagród elita, jawią się zatem jakoś na kształt teodycealnego Boga: skoro jest zło – a jest – to albo są go nieświadomi, albo postępują nieetycznie; albo nie mają zatem wiedzy, która daje im przecież w polu literackim legitymację do podejmowania decyzji, albo mają, ale mimo to podbijają nierówności. Ujawnienie jednego bądź drugiego w oczywisty sposób zburzyłoby pozycję rozstrzygającego autorytetu, choć otworzyłoby na zmiany funkcjonowania pola i włączyłoby w jego zasięg innych aktywnych, decydujących – w końcu o sobie – czytelników, nie tylko tych etatowych. Więc może czas wreszcie przestać się oszukiwać i uśmiercić tego Boga.

Zwłaszcza że to z pieniędzy podatników i podatniczek etatowi czytelnicy i czytelniczki zdobyli wykształcenie wyższe, które tak fortunnie ustawiło im pozycję.

Myślenie wyższościowe, uprzedmiatawiające nie tylko autorów, ale i czytelników, do których specjaliści od literatury zwracają się gdzieś z góry konkursami, festiwalami i akcjami, wywołując wstyd i mobilizację do czytania, nie pozwala tym, o których tu w końcu chodzi, dojść do głosu. Decyzje ich dotyczące zapadają poza nimi, w gronie etatowych profesjonalistów. 25 lipca poetka i redaktorka Małgorzata Południak napisała na swoim koncie na Facebooku:

Krytyczka literatury ze Śląska zapytała mnie, jakiego irlandzkiego poetę cenię najbardziej. Odpowiedziałam, zresztą zgodnie z prawdą, że Heaney’a. Oczywiście uznała, że nie jestem interesująca. Przez chwilę zastanowiłam się, o co jej właściwie chodzi w tej niechęci. Później uznałam, że nigdy mnie nie zrozumie, tak samo, jak wielu innych ludzi, nie mają pojęcia, co to znaczy chodzić po torfie i kim są ci przesiąknięci bagnem. Zadarła głowę zbyt wysoko, nie protestuję, przecież jestem stąd.

Podejście wyższościowe to konsekwencja reakcyjnego myślenia o literaturze i jej roli oraz hierarchiach ją prowadzących: powidok czasów kultury pisma, gdy analfabetyzm był powszechny i tylko garstka elity miała dostęp do książek i możliwość ich rozumienia oraz przekazania interpretacji treści (jako samych treści) tym, którzy i które nie potrafili czytać. Obecnie jednak analfabetyzm w Polsce sięga zera, teksty bywają również otwarte i dostępne dla każdego (niekoniecznie w płatnych okładkach), interpretacjami dzielą się ludzie na przykład w mediach społecznościowych, a gdy strony takie jak Literacka Polska, gdzie wisi świetny, zaangażowany wywiad z Miłoszem Biedrzyckim, blokują prawy przycisk myszy, przez co nie można kopiować treści, użytkowniczki i użytkownicy internetu świetnie wiedzą, jak to obejść, i i tak będą kopiować i udostępniać treści (wystarczy wyłączyć JavaScript). Feudalne relacje zwyczajnie już się nie sprawdzają.

A wciąż działają, także na otwartych profilach promujących czytelnictwo, utrzymując klasowe podziały w mocy.

 

VI.

Strategie reformistyczne w polu literatury nieuchronnie napotykają na klasowe nierówności, z którymi muszą się mierzyć – bardziej bądź mniej świadomie, czego przykłady wyżej. Czasem jednak owe nierówności stają się powodem do dumy. Przoduje w tym zwłaszcza poezja. 24 kwietnia obchodziliśmy Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Z tej okazji „Gazeta Wyborcza” całkowicie oddała swoje łamy pisarzom i pisarkom. Wśród niemal 60 pisarzy i pisarek 3 osoby są związane z poezją: Justyna Bargielska, Jacek Dehnel i Michał Rusinek; co ważne, poza poezją funkcjonują jednak także w szerszym polu literatury: Bargielska i Dehnel są prozaikami, którzy kojarzeni są także ze swoich wypowiedzi na tematy społeczno-polityczne, a Rusinek to figura w Mercedesie Benzie z głosem Szymborskiej.

W książce wokół czytelnictwa Szwecja czyta, Polska czyta też brak poezji. Podobnie w projekcie socjologicznym Korporacji Ha!art „Literatura polska po 1989 roku w świetle teorii Pierre’a Bourdieu”. W badaniach czytelnictwa trudno powiedzieć, czy tomik poezji to książka – nawet przy kryterium trzech stron maszynopisu nie wiadomo, czy gdyby połączyć pocięte wersy niektórych tomów w tekst ciągły, wyszłyby trzy strony; zresztą, wówczas to nie byłaby już poezja. W samym raporcie wisi tak: „Badani sporadycznie wymieniali poezję lub dramat, co najpewniej wynika nie tylko z faktu, iż są to gatunki czytywane rzadko, ale również z tego – że czytać książkę oznacza dla większości badanych czytać powieść”. Poezja jest gdzieś tam sobie obok, na uniwersytetach, dostępna dla niewielu, bo za droga, a kanały dystrybucji mało szerokie.

Trochę jak kilkaset lat temu, gdy analfabetyzm i feudalizm. Ale niektórym to całkiem pasuje. Krzysztof Sztafa w niedawnej polemice w Biurze Literackim twierdzi:

[…] mam wrażenie, że w całej swojej społecznej i – to być może kluczowe – rynkowej nieistotności, w całej tej cudownie lekkiej nieważkości współczesna poezja jest dzisiaj formą exodusu: szczególnym rodzajem zerwania, cięciem, produktywnym wyłączeniem spod jurysdykcji wszelkich instrumentalnych, celowo-racjonalnych logik, na które w ostatniej instancji składa się wspomniane Imperium.

Nie jest w tym samotny, oto Hans Magnus Enzensberger:

Oczywiście roztrząsając związek poezji i cywilizacji technicznej, nie należy się gorączkować. Ten związek nie jest jednoznaczny. Przyjętemu u nas marksizmowi, który mówi: „nadbudowa”, a myśli: bezpośrednia determinacja ekonomiczna, poezja nowoczesna zadaje kłam. Wprawdzie idzie krok w krok z dominującym sposobem produkcji, ale czyni to tak, jakby dotrzymywała kroku wrogowi. Wiersz to nie towar – to zdanie nie jest bynajmniej tylko idealistycznym frazesem. Poezja nowoczesna od zawsze usiłowała się wymknąć prawom rynku. Wiersz jest antytowarem i już: taki był i taki pozostaje społeczny sens wszelkich teorii opisujących poésie pure. Stawiając taki postulat, broni się całej literatury i wygrywa spór o rację z wszelkim nazbyt skwapliwym zaangażowaniem, które chciałoby rzucić literaturę na rynek ideologiczny. Swoją drogą przeciwieństwo między wieżą z kości słoniowej a agitacją i propagandą nie służy poezji. Ten werbalny spór przypomina jałowy bieg dwóch białych myszek ścigających się w klatce na deptakowym młynku. Antytowarem, który okazuje się „czystym” [pur] sprzeciwem wobec manipulacji, są wszakże najbardziej zaangażowane „wyroby gotowe” Majakowskiego. I również najswobodniej bujający w obłokach tekst Arpa czy Eluarda pozostaje wytworem poésie engagée już przez to tylko, że w ogóle jest poezją: sprzeciwem, a nie zgodą na to, co istnieje[1].

Stąd zaś niedaleko do projektu ogólnie antyinstytucjonalnej wolności poezji, o której co rusz opowiada Piotr Śliwiński:

[Poeta] Przynosił słowo, które nas krzepiło, łączyło? Tak. Ale przede wszystkim ważne było, że chcieliśmy zobaczyć wolnego człowieka, a poeta to był ktoś, kto myśli i mówi, co chce. Oczywiście, składało się tak, że to, co mówił, było tym, co chcieliśmy usłyszeć. Ale przede wszystkim miał tę frapującą zdolność bycia na swoich warunkach.

Ludzie zazwyczaj układaniem wierszy się nie zajmują, zazwyczaj zajmują się układaniem sobie życia. Samo pisanie wierszy jest więc gestem ustanowienia swoich własnych warunków. Jest gestem antyinstytucjonalnym, nawet jeśli kultura i społeczeństwo zakładają jakąś użyteczność poezji. I to nie zmieniło się do dziś. Poeta jest człowiekiem wolnym, choćby dlatego, że to on coś robi z językiem, a nie – nie do końca – język z nim.

Sprzeciw, wolność, autonomia – wszystko to brzmi bardzo pięknie i właściwie bardzo bym chciała. To, że akurat mówią o tym mężczyźni, którzy w naszej kulturze o wolności w ogóle lubią dużo i z przyjemnością, na razie pomińmy: wykluczenia – w ramach konserwatywnych wartości – lubią się nakładać. W tej chwili warto wyłuszczyć, co następuje: poezja funkcjonuje w bardzo konkretnych instytucjach, nie jest antyinstytucjonalna. Co więcej, instytucje te mają swoje właściwości, nie są apolityczne. Np. uprzedmiotawiają klasy niższe. Czy sprzeciw, wolność i autonomia są możliwe z ubezwłasnowolnieniem klas niższych? Przepraszam, jeśli kogoś tym urażę, ale nie są. Inaczej pod przykrywką walki o nieistnienie bądź zaistnienie poezji na rynku – jak postulują przywołani – podbija się tylko skrajnie wykluczający układ. Niestety, najpierw trzeba posprzątać na własnym polu. Może to niemiłe, może to w ogóle robota kobiet to sprzątanie, może to nieciekawa generalnie praca domowa i (w obecnym systemie) niepłatna – ale trzeba, bo sprzeciw i wolność przy jednoczesnym wykluczeniu klasowym to jest i w mediach publicznych (narodowych), i na rynku rzecz całkiem powszechna, naprawdę. Nie trzeba do tego poezji i jej autonomii, wystarczy Macierewicz, Korwin-Mikke albo Kukiz.

Podobnie jak klasy niższe powinny móc decydować o sobie i swojej literaturze, podobnie etatowi czytelnicy są odpowiedzialni za działania, które podejmują, i pole, w którym funkcjonują – jedno bez drugiego nie istnieje. Jeśli pole jest klasistowskie i wykluczające, a etatowi czytelnicy wciąż w nim harmonijnie funkcjonują, bez głośnego sprzeciwu względem feudalności uniwersytetów bądź demaskacji wyższościowego myślenia prowadzącego działania w tym polu, bez aktywności w związkach zawodowych i świadomych zmian pola, to coś jest nie tak na linii estetyka–etyka. I to w sposób oczywisty blokuje autonomiczne działania twórców oraz nieetatowych czytelników, czytelniczek i nieczytelniczek, nieczytelników we własnej sprawie – pozostaje im działanie wbrew instytucji: bunt, sprzeciw, strajk. Klasowe wykluczenie to wina bezczynności literackich elit.

I dotyczy to wszelkich nierówności, które kierują tym systemem:

Ludzie w najbiedniejszych rejonach świata kupują najtańsze jedzenie i ubrania, które wyprodukowano kosztem cierpienia dzieci, niewolniczej pracy ludzi, kosztem cierpienia zwierząt, dewastacji środowiska – nie dlatego, że nie przejmują się tym, ale dlatego, że są do tego zmuszeni przez biedę. Po prostu nie mają wyboru.

To my, żyjący w krajach rozwiniętych, mamy możliwość zmienić świat, dokonując etycznych wyborów. I powinniśmy przemyśleć naszą nieograniczoną konsumpcję, przerośnięte potrzeby materialne. Większość z nas naprawdę ma znacznie więcej, niż jest niezbędne do życia.

Przywołanym panom od literatury łatwo mówić o niezależności od rynku – choć to oczywiście totalna bzdura, bo gdy poezja implikuje warunki produkcji i konsumpcji oraz stosunki pracy, nie można mówić o żadnej wolności od rynku – ale gdy prowadzi to ku apolitycznemu, izolacjonistycznemu myśleniu, to rynek staje się tylko losowo wygenerowanym demonem, bo równie dobrze mogłoby to być państwo i jego dofinansowania czy feudalne hierarchie – poezja zawsze, chcąc nie chcąc, będzie od czegoś zależna, funkcjonuje bowiem w społeczeństwie, to zaś kieruje się określonymi regułami. Nie o krytykę rynku w rzeczywistości zatem tutaj chodzi, lecz o utrzymanie mocnej, autorytarnej pozycji. A tę poezja może zachować dzięki wysławianej tu niepopularności, więc i konserwatywnemu założeniu, że nie jest dla mas, że poezja to nic codziennego ani życiowego, nic dla ludzi, którzy na co dzień nie zajmują się układaniem wierszy, tylko układaniem sobie życia.

Za tak ustawionym argumentowaniem kryje się podskórne przeświadczenie o tym, że niepopularność nadaje poezji istotności, że jest potwierdzeniem jej jakości, a zatem – że popularność to coś złego, bo masy bezmyślnie wybierają rzeczy najprostsze, najłatwiej dostępne i ogólnie bezwartościowe: grafomańskie. Apologetyzowanie niepopularności poezji wychodzi zatem z myślenia ściśle klasowego: z pogardy dla ludu i jego wyborów. I to jest rynkowi bardzo na (niewidzialną) rękę. Gdyby bowiem rzeczywiście chodziło o niezależność od rynku, apologeci takiego myślenia nie mówiliby o abstrakcyjnej, uniwersalnej wolności, sprzeciwie czy autonomii, hasłach po równo – w rozmaitym rozumieniu – neoliberalnych, faszystowskich, jak i socjalnych, a raczej o opresyjności kapitalizmu, więc i sprawiedliwości społecznej: o związkach zawodowych poetów, dochodzie gwarantowanym, stosunkach pracy i wyzysku w kulturze czy feudalności uniwersytetu – o tym, o czym w wywiadzie opowiadał Miłosz Biedrzycki, przyznając jednocześnie, że w domu rodzinnym książki piętrzyły się pod sufit.

Jak widać, czytanie książek, nawet klasowo ustawione, może – nie musi! – otwierać także na inne myślenie: świadome swojego klasizmu i dążące do jego zmiany. Szczególnie otwierające w tym kontekście mogą się okazać książki postoperaistyczne, np. Autonomia robotnicza pod redakcją Krzysztofa Króla, Filozofia Marksa Étienne’a Balibara czy Politycznie czytanie „Kapitału” Harry’ego Cleavera (gdzieś obok oczywiście przeistotne książki Michaela Hardta i Antoniego Negriego). Podobnie zaangażowane strony promujące konkretnych autorów i autorki książek z konkretnymi założeniami, jak Polecam poczytać Lenina, Polecam poczytać Trockiego, Polecam poczytać Schopenhauera czy Polecam poczytać Świrszczyńską.

Powołując się na pozarynkowość, profesjonalni czytelnicy poezji w istocie podbijają pogardę dla popularnych rozrywek mas: problem bowiem nie w klasistowskim systemie społeczno-gospodarczym, który należałoby zmienić, lecz w jego ofiarach; a że problem w masach, to należy je zawstydzić i zmobilizować do zmiany za pomocą argumentu o awansie klasowym, podtrzymując tym samym panujące nierówności. Zamiast zaangażowanego działania uprzywilejowanych w zmianę systemu – zwalanie winy na podporządkowanych i upokarzanie ich przez wywoływanie wstydu, a w efekcie obarczanie konsekwencjami, za które nie odpowiadają. Literatura, głupcze! Czytaj! Dlaczego nie czytasz, przecież to dla ciebie najlepsze! Widzisz te wyniki? Są prze-ra-ża-ją-ce – i to twoja wina! To dla twojego dobra, uwierz.

Rzecz w tym, że nieetatowi czytelnicy i czytelniczki wiedzą już lepiej, co dobre dla ich dobra. Profesjonalni czytelnicy nie mają prawa decydować za nich; nie mają prawa odbierać im głosu i świadomości własnych wyborów, więc i odpowiedzialności za nie. Czytanie książek nie jest niczym niezbywalnym i ludzie zdają sobie z tego sprawę, a jeśli czytają, to mają ku temu często zupełnie inne powody niż prestiż czy posłuszeństwo wobec zdania autorytetów – mechanizmy promocji są zwyczajnie nieskuteczne, bo bazują na hierarchicznym, feudalnym systemie, w którym literatura i osoby zrzeszone wokół niej znaczyły zwyczajnie inaczej niż dziś. Gdy rzeczniczka PiS Elżbieta Witek tłumaczyła, że czerpała wiedzę o Katyniu z przedwojennych książek, do których dostęp zapewnił jej prof. Henryk Zieliński, internautki i internauci w sposób bezwzględny rozprawili się z tak ustawioną wiedzę. Książki i tytuły naukowe nie dają już bezwzględnego autorytetu, a ludzie nie są głupi. W polu literatury, zdaje się, uważa się jednak inaczej.

Dlatego literatura wciąż działa jako alternatywa dla innych rodzajów popularnych (więc gorszych) rozrywek, i, w przeciwieństwie do nich, obiecuje prestiż. Wykluczanie jednych rozrywek na rzecz innych mocą autorytetu, bez świadomości ich współdziałania i wzajemnych wpływów, ubezwłasnowolnianie odbiorców, których wyborów nie uznaje się za świadome i rozumne, lecz bezmyślne i powodowane niewyrobieniem, w istocie służy wyłącznie zachowaniu zanikającej pozycji literaturoznawców i ludzi związanych z literaturą: zachowaniu prestiżu, etatów, instytucji finansowanych z pieniędzy państwa, sponsorów i ogólnie kontroli – władzy symbolicznej. Nie o czytelniczki i czytelników tu chodzi, lecz o tracących grunt pod stopami etatowych czytelników i czytelniczki, którzy tracą kontrolę, więc i przywileje. Stąd te głośne, smutne krzyki: „czytajcie, bo czytanie jest dobre!”.

Na szczęście, coraz mniej osób z ludu się na to nabiera, czego dowodem są tegoroczne wyniki czytelnictwa. I jeśli to ich świadomy sprzeciw i wybór, a właściwie dlaczego mielibyśmy myśleć inaczej, to tak zaczyna się rewolucja – nieetatowi czytelnicy i czytelniczki oraz nieczytelniczki i nieczytelnicy, panie Bożenki i inne panie i panowie nie zgadzają się na ubezwłasnowolnienie. Wybierają formy rozrywki, które im pasują – i to jest ich wybór. Chcą decydować o sobie, o swojej kulturze i jej hierarchiach. Walczą o swoje prawa, o swój głos w kulturze.

A że literatura od wieków im ich nie daje, to to jest ich strajk. 37% to bojkot konsekwentnie ubezwłasnowolnianych czytelniczek i czytelników. To ich działanie.

Bez czytelników i czytelniczek nie ma literatury, więc i etatów profesjonalnych czytelników i czytelniczek na uniwersytetach, instytucji, konkursów i festiwali. Czas na zmiany, czas najwyższy: czas uwzględnić żądania nieetatowych czytelników i czytelniczek w literaturze.

Póki nie będzie w Polsce socjalizmu, póty czytanie książek będzie się wiązać z podbijaniem klasowych nierówności.

Więc jest o co walczyć.

 

Cześć, mam na imię Maja i jestem polonistką (moja matka też).

 

 

CC-ludzik   Tekst dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska (CC BY 3.0 PL)

 

 

[1] Hans Magnus Enzensberger, Światowy język poezji nowoczesnej, tłum. Andrzej Kopacki, „Literatura na Świecie” 2015, nr 11-12, s. 32-33.

 

Maja Staśko

krytyczka literacka, doktorantka interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM. Współpracuje z „Ha!artem”, „Wakatem” i „EleWatorem”. Mieszka w Poznaniu.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!