Zapisy z transakcji

Zgodnie z teorią Watzlawicka[1] homeostaza rodziny utrzymywana jest dzięki regułom, które organizują komunikację jej członkiń i członków. Działanie tych reguł z powodzeniem da się obserwować w wewnątrzrodzinnych komunikatach, w każdym, z którego można wyróżnić aspekt treściowy i relacyjny. Aspekt treściowy pełni funkcję sprawozdawczą – opisuje, nazywa rzeczywistość; aspekt relacyjny manifestuje stosunek mówcy do przekazywanej treści oraz do osoby, do której ta treść jest adresowana. W relacjach określanych jako zdrowe (niezaburzone) aspekt treściowy porozumiewania się stanowi oś komunikatu, natomiast aspekt ustosunkowania się można traktować jako uzupełniający. Jeżeli jednak większa część informacji przekazywana jest relacyjnie, rozpoczyna się gra, pewna międzyosobowa transakcja oparta na pozornej stabilności położeń aktorów i aktorek rozmowy (jasny aspekt treściowy, niedopowiedziany aspekt relacyjny), gra w wymianę korzyści i zdobywanie pozycji (odsyłam do zagadnień analizy transakcyjnej[2]). Tak buduje się między innymi wizerunkowe pozory (dobrej matki, ojca, opiekunki, opiekuna itd.) – trzeba dobrze grać językiem, reszta jakoś ujdzie.

Gry w sprzeczności powodują dysonans u ich odbiorczyń i odbiorców: nie wiadomo, na którą część komunikatu należy zareagować w ramach odpowiedzi. Zachowują one jednak pozór jasności i tym samym służą budowaniu pozornych pozytywnych intencji nadawcy. W wielu sytuacjach jedyną możliwością zachowania rodzinnej homeostazy jest dalsze granie – ciągłe utrzymywanie piłki w polu, w przeciwnym razie rodzinie zagrozi kryzys (który, tu spoiler, i tak ma szansę zaistnieć po długich latach utrzymywania się w niej relacyjnych niedopowiedzeń i sprzeczności). Dlaczego zatem w wielu rodzinach zmiany w komunikacji zachodzą powoli lub nie zachodzą wcale? Zapewne ze strachu przed jej ewentualnym rozpadem i połączonej z nim troski. Podobnie dzieje się na płaszczyźnie komunikacji społecznej, która została opisana w Paragonie – przywołam na koniec przerażające i wyświechtane hasło „wszyscy Polacy to jedna rodzina”.

Niekoniecznie ze sobą spokrewnieni lub spowinowaceni członkinie i członkowie „rodziny” Wiercigroch-Woźniak ujawniają się w Paragonie dzięki urywkom rozmów, zapisom oczekiwań, opiniom z którejś ręki. Luźno zebrane z wierszy określenia najlepiej oddadzą charakter tej społeczności.

Kobieta: laska; to; rodzaj nijaki; nie brzmi dumnie, nawet nie groźnie, a więc przynależy do zbioru żeńskich cech; samica; królewna śnieżka z chłodną skórą, uśmiechem; dojrzała, więc jest gruszką, ma termin przydatności do spożycia, [jej] brzuch to akwarium, każdy może spenetrować, brzydka idzie na demonstrację, ładna na dyskotekę, idealna mama.

Dziewczynka: piegowate warkocze, tłuściutkie oczy, różni się od psa tym, że ma rozum, powinna (r)aportować.

Mężczyzna: znak zapytania w eleganckim garniturze, czerwonej muszce pod szyją; chłopak do wzięcia, kandydat na męża, uchodźca słodkich wód, głowa rodziny, tata (duży, nie boi się robaków, może wyrwać głowę z korzeniami, chodzi po wodzie jak Jezus, nie lęka się niczego), pedał (jeśli przyjmuje „terrorystów islamskich”).

Chłopiec: ma za zadanie bronić kraju, gatunki: herszt bandy, taki, co to o nim złego słowa nie można powiedzieć, lub mięczak.

Zarówno przekonania, jak i stereotypy odzwierciedlone powyżej zostały wykształcone w toku wychowania i są powielane; można uznać je również za wynik dobrych lub złych doświadczeń danej części społeczności z inną. „Oni i one” – osoby spod znaku stereotypu – to grupa często dystansowana, która nie ma prawa, by stać się „nami” (jeden z głównych sposobów na rozbicie stereotypu to nasze spotkanie z „nimi”). Grupa ta nie musi być od razu etykietowana w sposób negatywny, może też, na przykład, ulec pewnemu oddalającemu uwzniośleniu, mitologizacji.

Obejrzyjmy kilka z wymienionych stereotypów: uśmiechniętej bladolicej królewny śnieżki, aportującej dziewczynki trochę mądrzejszej od psa, chłopca, który ma służyć krajowi, ojca, który chodzi po wodzie i nie lęka się niczego. Z każdą ze stereotypizowanych postaci wiążą się pewne oczekiwania – królewna zawsze ma być piękna i blada, dziewczynka ma być posłuszna i niezbyt lotna, chłopiec ma odważnie bronić kraju, ojciec nigdy nie może się bać. Jak wyglądają w wierszach? Królewny bywają kontrastowe („moczył stopy w czerwonej farbie i odciskał na szorstkim prześcieradle/ zachwycił go ten kontrast/ długo poszukiwał go w kobietach”), konieczność „(r)aportowania” dziewczynki wynika z kulturowego zwyczaju nakładania jej „różowego kagańca, natomiast jeśli chłopiec będzie chciał dbać o kraj inaczej, niż by tego oczekiwano, zostanie nazwany pedałem. Za to ojciec bywa także bardziej subtelnym bohaterem, niż by się można było początkowo spodziewać („jestem w trakcie drugiego dnia bycia weganinem/ czuję się chudy i oczyszczony/ zwierzęta cały czas do mnie podchodzą i mówią dziękuję”). Wszyscy zaplątani są w grę, której zarówno przerwanie, jak i kontynuowanie może wiele kosztować.

Budowaniu dystansu, który ułatwia dewaluowanie lub mitologizowanie grup, służy tu, dopasowywany do sytuacji, sposób wypowiedzi. Jak wspominałam, w komunikatach rodzinnych wyróżniamy werbalną część wypowiedzi oraz jej element relacyjny, któremu zdarza się przybierać sprzeczny z nią wydźwięk i tworzyć grę w powiedziane versus niedopowiedziane. Podobnie na gruncie społecznym dzieje się w Paragonie. Nieharmonizujące ze sobą treści mogą być z powodzeniem wytwarzane przez jedną osobę, która działa w wielu środowiskach (w niektórych może nawet być anonimowa), więc nie grozi jej prędka demaskacja i spokojnie może utrzymywać nawet po kilka zdań na jeden temat (może na przykład jednocześnie popierać i nie popierać migracji uchodźców). Przyjrzyjmy się dwóm komunikatom spisanym w wierszu „Dylemat”, które uznać można za zaczątki dyskusji znanych z sieci: „kobieta pobita w Stambule/ bo nosiła szorty/ księżna Kate zaszalała z kreacją/ sukienka odsłoniła/ za dużo”. Każdy z komunikatów budzi pytanie, które pada również w wierszu „co to jest za dużo?”. Za każdym razem, oczywiście, jest to coś innego. Znaczenia odbijają się rykoszetem. Podobnie wzajemnie wykluczają się dwie niepisane społeczne zasady – pierwsza dotycząca pełnienia określonych życiowych ról kobiet i mężczyzn („koleżanka chce kupić dla syna rower/ obojętnie jaki byle nie różowy”) i druga, aby się tym normom nie podporządkowywać („nie wybieraj imienia tylko dlatego/ by kogoś zadowolić/ w przyszłości możesz tego bardzo żałować”). By zapewnić sobie zgodność ze społecznymi oczekiwaniami dotyczącymi płci i zyskać miejsce w mitologizowanej, a nie dewaluowanej części stereotypu (być bardziej królewną niż laską, której nikt nie wyrucha) należałoby stale spełniać zestawy wykluczających się wzajemnie wymagań – na przykład mieć jednocześnie popularne i oryginalne imię („wybierz imię popularne/ będziesz mieć pewność że nie zostanie wyśmiane/ przez kolegów za oryginalność/ wybierz imię oryginalne/ zapobiegnij kolejnej Zuzi i Jasiowi w przedszkolu”).

W świecie Paragonu wszystkie te oczekiwania nie mogą być jednocześnie spełnione, jedyną możliwością jest więc stawanie na wysokości raz jednej części zadań, raz drugiej i dostosowywanie bieżących komunikatów do profilu ideologicznego grupy, z którą w danym momencie jest się w kontakcie. Jak każda gra, kosztuje to dużo energii („a jeżeli jasna strona doby to iluzja nic niewarta/ nie pieniędzmi lecz sobą płacimy/a słono”) i nie prowadzi do ulepszenia systemu komunikacji. Niektórzy mogliby jednak powiedzieć, że chroni przed jego całkowitym rozpadem i sporą liczbą konfliktów. Tylko czy to dobrze?

Ostatni wiersz tomu stanowi rozliczenie z takim sposobem działania. Zestawia sprzeczne ze sobą komunikacyjne jednoczesności, które dopiero będąc obok siebie, mają szansę niezaprzeczalnie kontrastować. W kraju, dla którego wystawiony jest Paragon, wigilijny talerz układany specjalnie dla potrzebujących ma odstraszać uchodźców, zgorszenie budzi Kubuś Puchatek bez majtek, lecz już nie to, że tutaj jedynie „zdarza się rodzić po ludzku”, wyśmiana za swoje panieństwo zostałaby zapewne postać uznana za jeden z ważniejszych kulturowo kobiecych wzorców, jeśliby tylko zapomnieć na chwilę o nazwaniu ją matką boską. Wiercigroch-Woźniak wymienia tych kontrastów wiele. Komunikacja zostaje tutaj potraktowana jako transakcja, w której (jak informatyce), by ją dopełnić, należałoby wykonać wszystkie operacje lub całkowicie zrezygnować z ich przeprowadzania. Dochodzi do przerwania gry. Widać wszystkie karty. Co pozostaje? Najpewniej ponowna budowa od fundamentów, dzięki której być może „wychowywać się bez ojca” będzie oznaczało „po prostu/ wychowywać się bez ojca. Kropka” i gdzie słowo „kupować” wystarczy w zupełności i nie trzeba będzie go zastępować wysoko rozwiniętą, a nie wnoszącą zbyt wiele formułą „dokonać wdrożenia i realizacji nabycia na drodze przeprowadzenia uskutecznionej transakcji kupna-sprzedaży”.

Paragon zdaje sprawę z placu boju o komunikacyjną zmianę, która nie wszędzie miała jeszcze szansę zaistnieć. Wiercigroch-Woźniak na polu wiersza niemal niewierszowo sprawdza transakcję za transakcją, poprawia błędy, głośno zwraca uwagę. Jest szansa, że jej działanie przyniesie pożądany efekt, trzeba jednak na niego poczekać. Najpewniej dopiero w kolejnym sezonie rozliczeniowym okaże się, czy właściwa zmiana w sposobie porozumiewania się w odniesieniu do ról społecznych ostatecznie nadeszła.

 

Klaudia Wiercigroch-Woźniak, Paragon, Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2018.

[1] P. Watzlawick, An anthology of Human Communication, 1964.
[2] E. Berne, Games People Play, New York: Grove Press, 1964.

Weronika Janeczko

(1994) Doktorantka CogNeS UJ, redaktorka naczelna kwartalnika literackiego „KONTENT”. Publikowała w „biBLiotece”, „2miesięczniku” i „Małym Formacie”. Mieszka w Krakowie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!