TRIGGER WARNING!

Cele to smutna książka, która nie nadaje się do czytania w samotności, w nocy i po ciemku. Gdyby najnowszy tom Adama Kaczanowskiego był serialem na Netflixie, na pierwszej stronie byłaby plansza ostrzegająca, że jest to utwór o ludziach, którym nie chce się żyć. W obliczu osobistego cierpienia nie czytajcie Kaczanowskiego wcale albo zaciśnijcie zęby i czytajcie do końca.

Spore fragmenty Celów/Cel pojawiały się w czasopismach jeszcze przed oficjalną premierą całego tomu – po kawałeczku w „Kontencie”, „ArtPapierze”, „Helikopterze”. Dość krytycznie do pierwszej części – litanijnego poematu „Koniec końców” – odniósł się Piotr Jemioło w „Kontencie”. Czytelnik-krytyk wyraził swoje znużenie powtarzającą się także w wielu poprzednich tekstach zasadą kompozycyjną, zaznaczył fragmenty nieśmieszne (zbijam piątkę), ale ostatecznie uznał, że tekst Kaczanowskiego „nie jest szczególnie wyrafinowany, co nie oznacza, że jest tekstem złym”. Jak głoszą zgodnie inni komentatorzy poezji Kaczanowskiego, watro czytać ją w całości, bo dopiero skończona poetycka układanka tworzy pełne znaczenia. Ta krytyczna recepta sprawdza się również w odniesieniu do najnowszego tomu, bo na książkę Kaczanowskiego składają się trzy historie: wspomniany już poemat „Koniec końców”, zasadnicza część – „Cele” oraz końcowa, zupełnie odrębna – „Zatłoczony korytarz miłości”, która, według autora, jest „wypłynięciem na powierzchnię, nabraniem powietrza”. I to właśnie ta trójkowa kompozycja oświetlających się tematycznie i formalnie tekstów przerywa jednostajność lektury, bo końcówka zupełnie wybija z rytmu i sprawia, że Cele chce się zapętlać, czytać w kółko, żeby sprawdzić, co znaczy ten dziwny splot apokalipsy i miłości.

W „Końcu końców” Kaczanowski prezentuje bohaterki-wydmuszki w świecie ich małych fikcji, ich wyobraźni (jedna bohaterka pisze książkę, inna fantazjuje, jeszcze inna marzy, śni). W wykreowanych  przez nie mentalnie scenariuszach dzieje się koniec świata, mniej lub bardziej prywatna apokalipsa. Ale w świecie rzeczywistym, w którym bohaterki są kolejno: autorką, urzędniczką, pielęgniarką, reżyserką – nie zmienia się nic, system pozostaje niezachwialny mimo wyobrażanych ciągle załamań, widzianych jako wielka pustka albo wielki nadmiar. „Koniec końców” to kryzys wyobraźni, a konkretniej – kryzys sprawczości wyobraźni, elegancko wpisujący się w to, o czym na łamach „Wakatu” w tym numerze rozmawiamy.

Pijana, bezdomna kobieta wchodzi do autobusu, ale autobus już nie jedzie dalej, bo jego kierowca ma dosyć bycia kierowcą.
Nauczycielki mają dość bycia nauczycielkami.
Sekretarki mają dość bycia sekretarkami.
Szefowe działów mają dość bycia szefowymi.
Gwiazdy filmowe mają dość bycia sobą.

[…]

Czy ktoś chce ocaleć? Krzyczy pijana, bezdomna, roztrzęsiona kobieta, siadając za kierownicą autobusu.

(s.8)

„Koniec końców” próbuje ustawiać dalszą lekturę tomu w warstwie symbolicznej, mówi, że ruch (jadący autobus, roztrzęsiona kobieta) to życie, chęć ocalenia, natomiast bezruch, stanie w miejscu, to rezygnacja z życia, bycie już za życia martwym.

W tym litanijnym wyliczeniu trafiają się jednak fragmenty wybijające z czytelniczo-wyobrażeniowego transu, na przykład wers: „Kobiety w kolejce do kasy w supermarkecie kłócą się, która pierwsza umrze”. Fragment to porażający, bo w gąszczu dość abstrakcyjnie i ekstremalnie skleconych historii – do tej akurat nic poeta nie dopowiada. Bo – zgadzam się – tak przecież jest, tak rozmawiają ze sobą moje babcie i ich znajome, tak brzmi ich codzienne żegnanie się przez telefon. Rozmowy o tym, że jest starość, że boli i że wszystkie umieramy, aż dziwne, że tak powoli.

Tytułowe cele to bardzo zręczna i pojemna formuła. W rozmowie z Dawidem Kujawą poeta tłumaczy, że w książce „mieszają się cele, do których dążymy, z celami, w których zostajemy zamykani”. Nie wyczerpują one jednak ścieżek interpretacyjnych ani filtrów, przez które można czytać tom Kaczanowskiego w kontekście samego tytułu: do celu się strzela, a więc przemoc (ale też sport); w celi więziennej zamyka się ludzi, a więc znowu przemoc (ale też kara); cel powinno mieć życie, cel potrzebny jest do osiągnięcia sukcesu (tak mawiają znawcy sukcesu). To w celach więziennych, klatkach w zoo oraz filmowych stop-klatkach zdają się tkwić bohaterowie zasadniczej części książki Kaczanowskiego (chociaż niewiele tu mamy tak charakterystycznych dla poety w ostatnich tomach spraw i bohaterów zwierzęcych).

W Celach oglądamy typowe dla poety zbliżenia, minimalistyczne scenki z puentującymi sytuację krótkimi dialogami, które układają się w koherentną, sztywną kompozycję. Przy takiej konsekwencji formalnej każdy element pominięty lub dodany, wszystko, co wyróżnia się w stosunku do modelu – podwójnie zwraca uwagę. Poeta doskonale to rozumie i świetnie gra na tym, że z braku też można wykręcić znaczenia, świetnie kieruje czytelniczą uwagę na zmianę w obrębie jednostajnego tonu wypowiedzi, odwrócenie schematu. Patrzenie, podglądanie, obserwowanie buduje między czytelniczką a bohaterami książki szybę, która zaczyna drżeć i rozbija się mniej więcej na poziomie wierszy „12.” i „13.”

Przyglądamy się zwartej gromadzie maratończyków, którzy próbują cofnąć czas. Zaczęli już biec do tyłu, ramionami wykonują gwałtowne ruchy, jakby się topili. Na chodniku stoją członkowie ich rodzin i nagrywają filmy telefonami. Jakiś nadwrażliwy licealista czyta z kartki własny wiersz:

– Chciałbym być twoim największym
problemem, a jestem swoim.
Chciałbym być bladym świtem runnerem,
a jestem przecinkiem i zerem.

(s.22)

Kreowana fikcja pęka i w reportażowe prozy poetyckie typowe dla Kaczanowskiego wchodzi w miejscu dialogu, żywego słowa – element liryczny. Okazuje się, że w przestrzeni końców świata wszyscy nagle zaczynają mówić wierszem. Pierwsze wejście rymów w tekst jest bezpieczne, uzasadnione stereotypową figurą „nadwrażliwego licealisty”, ale później już „mruczy pod nosem wiersz” przypadkowy pasażer komunikacji miejskiej, a następnie redaktor gazety oraz autor osiedlowego ogłoszenia. Fikcja rozpęka się także wtedy, kiedy narrator, nadrzędny podmiot, nie tylko oprowadza czytelniczki po apokaliptycznej scenerii, stosując gramatyczne formy prezentacji, ale także używa formuł hipnotycznych: „Nie wiemy, co myśleć, widząc to, co widzimy:”, „Nie rozmawiamy ze sobą, ale każde z nas wyobraża sobie tę scenę na opak”. Czytelniczki zostały wprojektowane w świat  opisywany przez Kaczanowskiego, w którym cały czas stoimy gdzieś z boku i wspólnie patrzymy na końce świata.

A w świecie wykreowanym przez Kaczanowskiego nic nie jest pewne, nie ma żadnych stałych (szczególnie na poziomie życia wewnętrznego i mówienia o nim). Niepewni są wszyscy, także dzieci, których pojawienie się zasługuje na większą uwagę, szczególnie w kontekście ostatniej części tomu – „Zatłoczonego korytarza miłości”, w którym Kaczanowski porusza wracający nieśmiało (także za sprawą Dominika Bielickiego) w najnowszej poezji polskiej temat ojcostwa. Poeta oprowadza raczej po przestrzeniach publicznych, a jeśli sceny rozgrywają się w domu, to również nie jest to dom zupełnie intymny, tylko taki z włączonym telewizorem – a więc z dodatkową, zapośredniczoną medialnie czyjąś sztuczną obecnością (jak w wierszu „20.”). Kaczanowski wypowiada i pokazuje pewne mechanizmy wspólnych, społecznych reakcji, jednak odchodzi od formalnego schematu pętli i powrotu – jego taktykę Joanna Bednarek nazywa konstrukcją wiru. Na takiej zasadzie powraca wciąż w książce na przykład zdanie „– Tak czy siak, wypadałoby klęknąć” – jako wyraz uznania lub podległości (nie ważne, czy padamy na kolana, czy klękamy na grochu).

Jednym ze słów-kluczy tomu, ale także Kaczanowskiego strategią radzenia sobie z kryzysem wyobraźni i, jak sądzę, wieloma innymi kryzysami, jest „remis” rozumiany jako pogodzenie się z brakiem jednoznacznej odpowiedzi. Remis jako punkt zero, w którym niweluje się siła dwóch przeciwstawnych wektorów energii. Remis pojawia się po raz pierwszy w wierszu „15.”, w którym mężczyzna myje samochód i jednocześnie go brudzi. Prosty obraz odsyła symbolicznie (nie tylko w tym wierszu, ale tutaj dość czytelnie) do poważnych problemów, takich jak chociażby globalne ocieplenie, kapitalizm, wyzysk, nieszczęście, depresja i rozmaite choroby. Remis to gra, remis to wojna. „Walczymy o remis. Wzywając windę i wysiadając z windy”, „wiemy,/ że remis jest w naszym zasięgu.” Ten, kto gra na remis, wie, że nie osiągnie sukcesu, bo zwycięstwa już nie ma. Końcowa część tomu, „Zatłoczony korytarz miłości”, chce uspakajać i dawać wskazówki, jak żyć albo jak myśleć o życiu w perspektywie świata remisu, łagodzi także posępny wydźwięk wcześniejszych diagnoz, podnosząc znowu kwestię istnienia prywatnego i publicznego, fikcji i jakiejś prawdziwej rzeczywistości. Ale ponowne poetyckie próby podważania i odwracania pojęć nie wymazują poczucia, że zwycięstwa nie istnieją, a remis nie daje łatwej radości, choć nie daje też oczywistego smutku. Chłopiec z wiersza „23.” krzyczy:

– Zjadłem wszystko, co było w lodówce! Nie potrafię jednoznacznie
stwierdzić, czy jestem głodny, czy najedzony!

 

Adam Kaczanowski, Cele, WBPiCAK, Poznań 2018.

Paulina Chorzewska

(1996) Studentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, pisze do „Małego Formatu”, zajmuje się literaturą i internetem.

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!