Wiersze Natalii Malek, czyli nie czucie tej radości, ale wiedza o niej

Pierwszy raz zobaczyłam Natalię Malek na scenie konkursu jednego wiersza w trakcie którejś z Nocy Poetów, a drugi raz niewiele później, podczas Spotkań Uli. Za każdym razem wyciągała z kieszeni (wirtualnej) wiersz, który kładł na łopatki ko-ryzykantów. Niewysoka dziewczyna o frapującej twarzy i niskiej barwie głosu czytała w transie, niesiona przez podskórny rytm tekstu. Nie były to utwory w pełni dopracowane, a jednak meandrująca wyobraźnia, błyskotliwe skojarzenia zyskiwały uznanie jurorów takich jak Piotr Sommer, Maciek Woźniak czy Marcin Sendecki. Kiedy ją obserwowałam, nie miałam świadomości, że chwilę później będę mieć przyjemność redagowania jej tomu, wspólnego myślenia nad wierszami. Oczywiście, pisanie o wierszach, które samemu się redagowało, jest rodzajem perwersji – o tyle wyrafinowanej, że jedna z tych pozycji wymaga zbliżenia, druga dystansu, jedna zakłada życzliwość, druga neutralność. Krytyko-redaktor staje w obliczu paradoksu: ma być i nie być surowy jednocześnie, angażować się i pozostać beznamiętnym. Jedynym wyjściem (między Scyllą biczowania i Charybdą pieszczot) zdaje się być cross dressing: dziennik podróży prowadzony w stroju zaangażowanego reportera.

Jak powiedziała Virginia Apgar, matka położnych: Każda kobieta staje się wyzwoloną w momencie, w którym opuszcza macicę. Brzmi to świetnie, jednakże w rzeczywistości ten proces zajmuje dziesiątki lat, a osiągnięcie wolności w zakresie formy i języka poetyckiego jest jeszcze trudniejsze. Prawie nikt w chwili debiutu nie staje się niezależny, co najwyżej wyzwala się od pokładów obrazów, przemyśleń i lektur, które zalegały w twórczej nieświadomości. Malek nie jest tu wyjątkiem, jej wiersze to przede wszystkim fermenty (fermentuje we mnie tekst, widzę go w bałaganie – Opis) – nachodzenia fraz, sensów, niezgody słów, jakby w tryby języka dostał się piasek i niepokojąco tarł. Oczywiście, że nie jest czysto, przed przenika do albo, a znak równości podpowiada ciągłość, jedność, buddyjski flow pisze poetka (Biedronka, kawałek Haszyszu). Wszystko się zgadza – nie ma tu bezwzględnej precyzji zdań, którą mogliśmy podziwiać u innej SDK-owej debiutantki Zosi Bałdygi, za to jest niepokojące zazębianie się odległych sensowo fraz, zaskakujące zwarcia i przejścia, nadmiar, który potrzebuje okiełznania, bogactwo wyobraźni, wymagające stałego ćwiczenia się w sztuce rezygnacji.

Wiersze Malek są, przynajmniej częściowo, pamiętnikiem z okresu dojrzewania, pisanym post factum. Pojawiają się w nich fetysze i obsesje porównywalne z Gombrowiczowską łydką: tyłeczki, pośladki (a także brzuch, oczy, ramiona) – części ciała, które biorą udział w erotycznej grze między młodymi chłopakami, facetami-starcami a chudymi nastolatkami. Porządek świata jest zachowany: starcy zazdrośnie podglądają (Poluje się oczami. Pożera się oczami), chłopcy są nieśmiali i trzymają się w grupach (mają już pewne doświadczenie. Niewielkie, lecz wiedzą, co znaczy), nastolatki testują swoją kobiecą siłę (będę wam dozgonnie wdzięczna, jeśli w milczeniu pomalujecie mi oczy). Tą zalotną, nieco perwersyjną i świadomie wywoływaną nastoletniość podkreślają słowa, takie jak „pamiętniczek”, „drogie dziecko”, „pachniesz niemowlęciem”, „trądzik”, „niezguła”. Dojrzewanie oznacza też szereg niezrealizowanych jeszcze, dopiero wyłaniających się możliwości. W wierszach Malek czyta się i przeżywa się to, co się czyta, często bardziej niż to, co się wydarza, a równocześnie cały czas oczekuje się na więcej: życia, seksualności, dziania się –

Dziś w nocy czytam Opis, powtarzam frazy, dotykam się
i wiem: gdy będzie chciało przyjść po więcej,
odsłonię mu kark

(Opis).

To zdanie zachęca, by świat wkraczał w nas jak najmocniej, jednak fragment innego wiersza (Niezguła) pokazuje, że rzeczywiste wkroczenie się nie odbywa, gdyż nie ma żadnej kolizji między podmiotem a światem, żadnego tarcia, tylko obietnica:

Piszcie do mnie, śmiało, czerwone mróweczki, znudzone starym autem i jego
zawartością. A ja się w tym rozkocham jak chuda nastolatka;

rozniosę jak biuletyn. Po nocy, ale czule.

Być może miał rację Piotr Marecki, mówiąc o nowym pokoleniu, właśnie wchodzącym do literatury (odwoływał się do obrazu nastolatków wykreowanego przez Dominikę Ożarowską w książce Nie uderzy żaden piorun). Miałoby ono być lekko znudzonym i konsumującym pokoleniem wolnego kraju, czekającym, aż uderzy piorun, aż wydarzy się coś, co poruszy i zmusi do działania. Malek jest nieco starsza od tego pokolenia, dlatego do jej poezji tylko częściowo możemy odnieść wypowiedź Mareckiego. Jednakże niedogodność narodzin i upadek w czaswydają się dla autorki tematami obcymi. Starość jest oswojona bądź odsunięta (aż chciałoby się zestarzeć, nie myśląc o starości), seksualność nie stanowi tabu czy zagrożenia (wpisują anal i łączą go z podróżami), wolne popołudnia w wolnym kraju zostają zagospodarowane na intelektualną i twórczą pracę. Odbywa się turystyczne (bezpieczne) poznawanie świata, a o życiu decydują obowiązki i obrządki. Dla jednych umiarkowanie będzie wadą tych tekstów, dla innych zaletą, gdyż stronią one od czarnowidztwa, nie raczą czytelnika patosem, nie zmuszają do zajmowania się rozdarciem autora.

W utworze Z miłością, bez zająknięcia Malek pisze: Jeśli miałabym pisać kartkę, która nie przerodziłaby się w nic osobistego… – i takie pisanie jest w istocie bliskie tekstom tworzonym przez poetkę, raczej pomyślanym niż przeżytym, powściągniętym emocjonalnie. Przypomnijmy sobie dla porównania gęste, rozdygotane wiersze z debiutanckiej książki Iwony Kacperskiej, gdzie wszystko pęcznieje, puchnie, rozpycha się, podmiot jest pochłaniany przez świat, nie ma mocy, by się przed nim bronić. U Malek jest zupełnie inaczej: mówiący w wierszach zachowuje równy dystans wobec podmiotu i przedmiotu, siebie i świata. Wyraża się to m.in. unikaniem słowa „ja”, a formułowaniem tekstu z perspektywy: on, oni, ci, każdy, my, to. Te rzadkie momenty, w których mówi się „ja” odsłaniają fakt, że te wiersze są przede wszystkim „wiedzeniem” świata, zapisem obrazów, analizą, nie zaś przeżyciem, odtrąceniem czy oddaniem się: np. w wierszu Człowiek pająk: nie czuję tej radości, ale o niej wiem.

Kluczowy w poezji Malek wydaje się spójnik „wobec” (opada mi powieka wobec tylu światów), stawiający podmiot nie w świecie, nie przeciw światu, ale właśnie w pewnym niezaangażowanym oddaleniu – obserwatora, turysty. Światy, o których mowa w tym zdaniu, to zarówno inne kultury (kairskie slamsy, Miasto Umarłych, Toledo, Neapol, Ameryka), jak i nieco bliższe regiony (prowincja, MTK, pociąg, miasto, inni ludzie). Nawet jeśli te miejsca kontemplowane są w tragicznych dla nich momentach (Swisztow, Munszijet Nasser), to zawsze dzieje się to z pewnego oddalenia, terytorialnego i emocjonalnego. Według Zygmunta Baumana turysta w ponowoczesnym świecie poszukuje nowych „doświadczeń”, które może mu zafundować tylko inność. W ten sposób widoki, odgłosy, zapachy stają się wrażeniami, a sam turysta znajduje się wewnątrz przeźroczystego pęcherzyka o ściśle wybiórczej przenikliwości, który go chroni. Być może jednak to podmiot musi stworzyć wokół siebie pęcherzyk, by bronić się przed tragediami, o których nieustannie donoszą media, by odizolować się od tego, co widzi i słyszy, tak by nie zakłócało to jednostkowego, i tak trudnego życia. Nie sposób określić, czy bohater wierszy Malek szuka wrażeń czy też ich unika, natomiast na pewno egzystuje w chroniącym go pęcherzyku.

Czytając Pracowite popołudnia, warto zwrócić uwagę na imię męskie Marcin, które patronuje tomowi (jak zaznacza autorka na okładce – darzy je szczególną sympatią). Tajemnicą poliszynela jest zarówno istnienie (w sferze zwanej życiem) chłopca o imieniu Marcin, jak i oczytanie oraz fascynacja Malek poezją Świetlickiego (w sferze zwanej literaturą). Trudno jednak tego imienia nie rozpatrywać przede wszystkim w ironicznym kontekście, jako gry ze stwierdzeniem „Polska poezja ma na imię Marcin”. Wprawdzie styl Marcina w niewielkim stopniu spenetrował teksty Malek (zaskakująco blisko jest jej raczej do postmodernisty Sosnowskiego z jego wyczuleniem na brzmienie, swobodną grą znaczeń, intertekstualnością, niż do postromantyka Świetlickiego z jego mocnym wersem, ironicznym aforyzowaniem, przewrażliwieniem), jednakże coś jest na rzeczy, przynajmniej w zakresie inspiracji. Być może im bardziej kogoś podziwiamy, tym staranniej chcemy uniknąć bezpośrednich podobieństw do niego. Tak czy inaczej, rozbieżność między wizją a realizacją, pragnieniem a faktem nie jest niczym nowym i tylko pokazuje, kto w większym stopniu narzucił współczesnej literaturze swoją dykcję, kim się aktualnie – może nieświadomie – pisze. Jak się okazuje, polska poezja ma jednak na imię Andrzej. Kiedy bohater liryczny wierszy Malek odbywa wędrówkę od Marcina (Marcin zostaje wywołany) do rezygnacji z Marcina (nie pójdziesz już z Marcinem), jest to wyłącznie wędrówka mentalna, nie językowa, bo tekstowo od początku nie był z Marcinem, tylko z Andrzejem. Jest to i tak mniejsze zaskoczenie, niż wówczas, gdy będąc z Józefem dowiadujemy się, że jesteśmy z Fritzlem.

Pomimo pewnej nadprodukcji sensów i obrazów ten debiutancki tom zasługuje na uwagę, gdyż nie ma w nim wiersza, który byłby jałowy czy pusty. W każdym znajdujemy przynajmniej jedno pozostające w pamięci ujęcie. Weźmy chociażby frazę z tytułowego utworu Pracowite popołudnia:

Pachniesz niemowlęciem, powiedział i przejechał ręką
po moim pośladku. Czytałam Adorno pod Elizabeth Bishop,
żeby natknąć się na zdanie, które chciało bezgłośnie opuścić ciało:
pozwól mi.

Zostało tu spiętych kilka porządków: niewinności, erotyki, lektury, zewnętrznej obserwacji, intuicji i cielesnego doznania. Takie spiętrzenie owocuje intensywnym czytelniczym przeżyciem, jest jak pastylka musująca na języku. W kolejnym ciekawym tekście Swisztow Malek robi językowy trawers nad banalnością:

Nad Dunajem obudziły się wiśnie. No, wyobraź to sobie –
białe spódniczki na chudej nóżce”

– stworzony obraz jest na tyle wyrazisty, że z łatwością rozgaszcza się w pamięci. W wierszu Frenzy trafna obserwacja zostaje połączona z wariacją na związki frazeologiczne, dwa skontaminowane wyrażenia (mydlane opery i mydlenie sobie oczu) zostają rozegrane w jednym zdaniu: Jay Hawkins wykrzykujący swoje opery, mydlenie sobie/ oczu, stawianie kroków. W innym miejscu tego samego wiersza nakładają się aż trzy wyrażenia „zajść gdzieś/ do kogoś”, „zajść w ciążę”, „iść po rozum do głowy”: mimochodem tu zaszliśmy i teraz zachodzimy w głowę. Teksty Malek obfitują w takie zręczne, często ironiczne przejścia, lingwistyczne poszukiwania – poetka dokonuje operacji na żywym języku, w wyniku których powstają frapujące zwroty, np. otulenie zrozumieniem, uziemienie skazą czy trasa niepełnego oniemienia. Pełne są też ciekawych porównań i świetnych opisów: dzień na prowincji, z mokrą nutą gasnącego stycznia; ciała jak grube boje zanurzone w misce, które wychylają się na chwilę, prowokując małe, oddalone światy; ratusz jak spojówka zwierzęcia o dziwnym wyrazie. Dodatkowo ironia i humor nadają tym tekstom literackiego smaczku:

Gdy przejadł to, co odłożone na majówkę i ślub koleżanki,
wypuściłam go z domu jak czerwony balonik. Długa nitka
zaczepiła o dach zamkniętego na amen teatru

Na pewno nie zawiodą oczekiwań nawet wymagającego czytelnika i sowicie się odwdzięczą za czas spędzony nad lekturą.

(wokół debiutu Natalii Malek Pracowite popołudnia wydanego nakładem Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie)

Kamila Pawluś

(1979) Poetka, prozatorka, tłumaczka, krytyczka, animatorka kultury. Absolwentka Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na UW. Współredagowała kwartalnik Tekstualia. Przetłumaczyła Antropologię religii Fiony Bowie (WUJ, 2009)i fragmenty Społeczeństwa sieci Manuella Castellsa (PWN, 2009). Laureatka nagrody głównej w Ogólnopolskim Konkursie na Debiutancką Książkę Poetycką organizowanym przez Kwartalnik Kulturalny Opcje (tom Rybarium, 2008). Teksty literackie i krytycznoliterackie publikowała m.in. w Zeszytach Literackich, Kwartalniku Artystycznym, Czasie Kultury, Wyspie, Portrecie, Opcjach. Stypendystka MKiDN w dziedzinie literatury (2011). W 2012 roku wydała drugi tom wierszy – "Klaustrofobia na wynos" (WBPiCAK, Poznań)

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!