Mówiący kamień

Iluminacje Przybyłowskiego, wydane nakładem Lampy i Iskry Bożej, witają czytelnika cytatem z Ashberry’ego, już na samym początku dając do zrozumienia, jakie cele poeta stawia swojej książce. „Nasza historia nie jest już odosobniona” – w kontekście tytułu i okładki można odczytać dobór motta jako wyraźny sygnał ambicji poety, uznać go za zapowiedź oświetlenia nici łączącej żywot ewentualnego czytelnika i autora, oświetlenia wywodzącego się z wewnętrznego przeżycia, z jednostkowych historii splatających się w jedną i to naszą. Piszę o ambicjach, bo moją uwagę zwróciło „już” – jakby wcześniej nigdy do tego nie doszło, jakby dopiero przy otwarciu Iluminacji ogłosić można było ex cathedra – „stało się”: oto z rozbitych, odosobnionych historii swoim tomikiem Przybyłowski uczynił Jedną.

Z tym, że stało się coś zupełnie innego. Historia, którą Przybyłowski zapowiedział Ashberrym, jest nijaką wypadkową obrazów, motywów, konwencji czy nawet konstrukcji gramatycznych tak literackich, że ciężko mi jest wyobrazić sobie, iż jest to historia kogokolwiek z wyjątkiem zapomnianych podmiotów lirycznych i bohaterów powieści, których już nikt nie czyta. Cóż z tego, że każdy utwór w Iluminacjach przywołuje sytuacje jak najbardziej codzienne czy osobiste, jeśli słownik i gramatyka dykcji Przybyłowskiego ubiera je w najbardziej znoszone sceny, rekwizyty tak częste, że aż przezroczyste, w skojarzenia, których nikt poważnie już nie wypowiada, już nie wspominając o ich spisywaniu. Cały mój kłopot, jaki wywołuje lektura tych wierszy, polega nawet nie na ich pustym brzmieniu czy nijakości sensów, ale na zupełnej ich losowości. Frazy kiepskie sąsiadują ze zgrabnymi. Nawet stosunkowo udany wiersz trzeszczy, straszy niedoróbką i niedograniem elementów, z których Przybyłowski go złożył.

Ambicją, jaka na pewno przyświecała Iluminacjom, było napisanie poważnej literatury o poważnych sprawach, przez co tylko literatura została napisana. Przybyłowski każdym wersem przypomina, że czytamy wiersz – jakby się bał, że czytelnik tego nie zauważy. Jest to tym dziwniejsze, że celem dobrego poety powinno być właśnie takie zapomnienie. Liryczność, w którą Przybyłowski próbuje współczesność wpisać, przywołując ją najprostszymi symbolami, jest sztuczna i niezgrabna. Na przykład w Niewesołych świętach wydrukowano

Ale jak jej wytłumaczyć tajemnicę
krętych linii nocnych autobusów?

Sztampa pytania retorycznego, patetyczność zgrzytająca jak stara płyta winylowa, brak jakiegokolwiek dynamizmu – takich fraz w Iluminacjach jest mnóstwo. Retoryczność dykcji Przybyłowskiego jest tak anonimowa, że wers z takich rekwizytów/nie zbuduję wiersza jest bardziej trafny niż wypada.

Przybyłowski ma talent do pisania wierszy złożonych ze zdań już tysiąc razy napisanych, między którymi trafi się jedno przyzwoite. Na przykład Wysokie okna z jednej strony pochwalić się mogą wersem „czy tu zmarła / zmarła?”, w którym przerzutnia ładnie podkreśla grę brzmień i znaczeń, z drugiej strony pojawia się też „Вrudne / ściany i okna, pod łóżkiem kurz”. Niby wiadomo, że chodzi o nakreślenie scenerii, niby wiadomo, że chodzi o sygnalizowanie zaniedbania, ale dlaczego nie zdynamizować tego opisu. „Вrud / łączy ściany i okna, na łóżku leży kurz” – na przykład, cokolwiek, by nie wypełniać wiersza suchym, papierowym opisem. W tym samym tekście przedostatnia strofa znaczy właściwie tyle, że jest głośno wokół, po czym następuje wstęp do bardzo ładnej puenty: „Drewniany Bóg wisi obok lustra”. Zdania płaskie sąsiadują ze zdaniami uroczymi, jakby Przybyłowski nie potrafił odróżnić jednych od drugich.

Tu warto przejść do niezaprzeczalnie największej wady tej książki: nieustannego przegadania i lania wody. Wiele wierszy z tej książki równie dobrze mogłyby być nienapisane: takie Dni,; na przykład (nie potrafię uzasadnić istnienia tego tekstu) albo Zoom:

Kładka nad ulicą pozwala spojrzeć:
Świat z tej perspektywy, to wciąż świat.

Słyszę echo i naraz robi się niewygodnie.
Most. Czarna woda. Ramiona zagarniają powietrze.

Zarówno początek wiersza, jak i jego koniec serwują obrazy bez żadnej treści, frazy pozbawione wagi. W innych zaś wierszach połowę wersów można by było usunąć bez żadnej szkody dla jakości czy puenty, niektóre zaś tak jak Życie Maszyn – po skróceniu, w tym konkretnym przypadku do schodków, stałyby się bardzo przyzwoite. Życie maszyn w ogóle jest o tyle ciekawe, że prosty koncept, który jednak działał, został zepsuty ostatnią strofą. w której Przybyłowski wraca do dykcji mówiącego kamienia i tylko dwa ostatnie wersy się bronią:

nie bo muzyka zmusza nas do słuchania się
i tyle, rzędy maszyn dających szczęście
a później zamknięte oczy i zaciśnięte pięści
krąg ludzi liczących drobne grzechy
dobre uczynki i rzędy maszyn
proszę państwa rządy maszyn

Większość wierszy Przybyłowskiego najzwyczajniej męczy swoją długością, której nie sposób uzasadnić. W połowie lektury aż poszukałem informacji, kto redagował Iluminacje i gdy zobaczyłem słowa „wstępna redakcja”, wszystko stało się jasne. Temu tomikowi przydałby się bardzo dobry redaktor, klasy tych, których Вiuro Literackie zatrudnia za zdefraudowane hajsy.

Przydałby się, bo by nie uratował bo większość z tych wierszy dałoby się opisać jako nieustanną żonglerkę zgranymi obrazami życia literata, polegającym na nieustannym weltschmerzu, nieporozumień z kobietą, samotności i piciu alkoholu. Jeśli już Przybyłowski wychodzi z tych motywów, to sprawia wrażenie, jakby spisywał czarno-białe zdjęcia pretensjonalnych studentek:

Pusta przestrzeń za oknem, pejzaż
Przesuwany w trybie fast forward, kolory:
czerń i biel, czasem tylko ciepły brąz zdradzają

(Оboje)

parkiet ze zdartym lakierem
smutna olejna farba w kuchni
kilka plam tłuszczu, sterty starych gazet

(Wysokie okna)

Żeby być uczciwym, są też wiersze, które przed tym się bronią – Ziemia. Planeta ludzi, drugi najlepszy wiersz w książce, umiejętnie korzysta ze zjawisk atmosferycznych, wreszcie język wiersza ożywa. [Środek października w południe…] urzeka zmianą perspektywy, brakiem tak denerwującej w innych tekstach waty, sprawnymi wersami (wyznaje miłość a potem krzyczy z miłości) i chyba jedyną udaną puentą w książce. Podobnie Вoże ciało – które wyróżnić należy za oryginalniejszą (w kontekście reszty wierszy rzecz jasna) tematykę i intrygujący kontrast w ostatnim wersie, czy Мy, który jest bodaj jedynym tekstem w Iluminacjach, który jako miniatura nie potrzebuje nożyczek.

Zwróciło też moją uwagę, iż styl Przybyłowskiego jest ciekawszy, gdy pisze o seksie, tak jak w [środek…], choć nadal zdarzają mu się wersy najzwyczajniej żenujące („Czy wierzycie w miłość od pierwszego włożenia?”).

Właśnie poczucie żenady, oprócz kłopotliwości, co jakiś czas pojawiało się przy tekstach w Iluminacjach najgorszych, ktore swobodnie można byłoby nazwać poezją klasy B. Da się tak okreslić Długi weekend, wydający się ironiczną młodopolszczyzną przy każdym wersie zgrzytającą od rdzy:

Och, w tym miejscu domy żyją
w przyjaźni z drzewami. Spójrz,
na drugim planie czereśnie, bzy
wystukują o framugi okien cichy
rytm, winorośl tuli się do ścian

Podobnie Kanał, któremu nie zarzucę seksizmu tylko dlatego, iż jestem bodaj ostatnią osobą, która powinna to robić, za to zarzucę pogardę wobec dołów społecznych, dodatkowo opatrzoną jedną z najbardziej kiczowatych puent w Iluminacjach:

bluzeczki moich dziewcząt są przykuse dla głodnych i spragnionych
widoku ciałka oczu chłopców
(…)
moi chłopcy są brudni i zmęczeni i brakuje nam kul
brakuje nam snu żeby opisać tę ciemność

Na koniec warto wspomnieć o tekście wręcz programowym, czyli o Podległości, idealnie podsumowującej wyobrażenie Przybyłowskiego o literaturze. Jest to wiersz, który postuluje słowo martwe, bierne wobec zmian i procesów zachodzących w społeczeństwie, autoteliczne i zwrócone ku sobie. Zapisana w nim jest zastanawiająca swoją pewnością opinia na temat tego, czym się poezja żywi. Zawsze w poezji urzekała mnie jej wszystkożerność, więc jeśli poezja Przybyłowskiego nie żywi się krwią, farbą, gazem i brukiem, to dziwnym nie jest, że stała się tak… chuderlawa. Swoją drogą zagadką pozostaje dla mnie, jak można być osadzonym w tradycji polskiej literatury i twierdzić, że wiersz nie żywi się krwią. Alternatywa, którą Przybyłowski proponuje, jest tak banalna, że w sumie dobrze, że Przybyłowski od wierszy politycznych stroni.

Z tej książki wyłania się obraz autora, który bardziej przejmuje się samym aktem pisania, niż tym, co się pisze, dla którego atrakcyjniejszy od właściwości słowa jest stereotypowy obraz życia literata. Wyłania się z tych wierszy taki post-brulionowy Zagajewski kilka poziomów niżej. Żarty o Nike mu nie grożą.

Seweryn Górczak

(1991) Student historii UKSW, uczestnik Turniejów jednego wiersza i slamów. Publikował m.in. w "Lampie". Innych osiągnięć nie stwierdzono. Mieszka w Warszawie

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!