Onomastyka klęski. O książce Do stu Marcina Sendeckiego

Mówiącego w wierszach z Do stu poznajemy, gdy spogląda wstecz. W tytułowym, otwierającym książkę utworze, opisuje, co robi się w życiu najpierw, to, co potem opowiada już tak, jakby życie znał bardzo dobrze. Nie dowiadujemy się, z jakiego punktu własnej historii mówi bohater wierszy, jednak w oparciu o uporczywe powtarzanie zestawień najpierw-potem wnioskować można, iż przeszłe jest tu najbardziej istotne: że to przeszłe buduje w tej książce teraz.

Podmiot książki Sendeckiego odsuwa się od codziennego mierzenia się z własną historią/przeszłością poprzez angażowanie się w zwyczajne czynności, co do zasady niewiążące się z rozpaczą, żalem, poczuciem winy, gniewem i bezsilnością. Te odczucia wracają jednak w zakończeniach większości wierszy Do stu, tylko pozornie zajmujących się czymś innym niż przetwarzaniem trudnych wspomnień:  „Jest jawa, sen i koryto // nieopłaconych rat” („Warsztaty”), „Buksują koła // Po dniu jeszcze dzień // jak klepak” („Walny”), „Co miało nie przyjść, nie przychodzi // Darmo się z rokiem mija rok” („W ostatni”), „Wracałem metrem, ocierając twarz” („Dworzec”) i wiele innych. Jedną ze strategii radzenia sobie podmiotu z tym, co wydarzyło się w jego życiu, stanowi unikanie doświadczenia rozpadu, załamania się. „Trzeba się trzymać” pada w jednym z wierszy. Trzymanie się zakłada początkowo trzymanie się nadziei na zmianę sytuacji, w której znalazł się bohater wierszy – „Święta Rito, miej litość, nie módl się za nami” („Geopolityka”). W związku z tym teraźniejszość, o której podmiot zaczyna w końcu opowiadać – budowana przez niego dosłownie z tektury (regalia z tektury) – jest ze wszech miar tymczasowa, dość niedbała, niegotowa, by dłużej w niej pomieszkiwać.

Pogrążony myślami w przeszłości bohater wierszy, jeżeli już zwraca się do kogoś, to jedynie do osób, które od niego odeszły, z którymi utrzymuje jednak pewien rodzaj jednostronnej, choć bardzo istotnej relacji: do przyjaciela – Cezara, który już nie żyje („Światło”) oraz do kobiety, która najpewniej od niego odeszła. Każdy rodzaj opuszczenia na łamach tej książki zdaje się rodzajem śmierci: zachodzi nagle i nieodwołalnie, niosąc ze sobą element żałoby. W warstwie językowej książki nie da się precyzyjnie ustalić, że jedno z adresatów wierszy jest wyłącznie żywe, a drugie wyłącznie martwe: jedyny utwór, który zawiera zwrot w czasie przyszłym („może kiedyś przeczytasz”), nie posiada żadnych określeń w trzeciej osobie, które mogłyby służyć zidentyfikowaniu płci adresata/adresatki wypowiedzi, można więc stwierdzić, że wspomniane słowa kierowane są do Cezara, kobiety lub do nich obojga. Dochodzimy zatem do paradoksu, w ramach którego to, co żywe i martwe może w pewien sposób współistnieć w jednej żyjącej lub nie odbiorczyni/odbiorcy. Niezależnie od powodu odejścia (śmierć, rozstanie czy cokolwiek innego) zarówno kobieta, jak i Cezar, chociaż fizycznie są nieobecni, stanowią żywą część świata bohatera: jednym z jego sposobów reagowania na otoczenie, myślenia i odczuwania.

Związaną z tym strategią przetrwania mówiącego w wierszach jest utrzymywanie kontaktu z tymi osobami – nie pozwala im ostatecznie odejść, tym samym nie dopuszczając do swojego ostatecznego osamotnienia: „pojechałem na cmentarz, // żeby się tam nie znaleźć” („Pojechałem”);  „Muszę mówić do siebie, bo nie ma cię ze mną”, („Las”). Ocalanie ulubionych, ukochanych, ważnych wydaje się skazane na klęskę (każde z nich odeszło, nic nowego z ich udziałem nie może się dla bohatera wydarzyć), jednak mimo tego podmiot ożywia ich i przeżywa interakcje z nimi po raz kolejny w pisanych przez siebie wierszach: „Skoro jesteśmy w jednej książce, // to jakby razem, chleb i sól.” („Skoro”).

Początkowo praca wiersza służy w Do stu oddalaniu się autora od tęsknoty: „Piszę się i pisze.// Na chwilę zapomina, // ale nie to i nie tamto” („Strumyk”) – ta jednak zawsze mimo wszystko wraca. Wiersze służą tu także za swego rodzaju codzienny wypełniacz czasu: „[jedna długa linijka od pełni po nów jedna długa linijka mierzy zachód i wschód]”. Okazuje się jednak, że w obliczu długotrwałej tęsknoty za przyjacielem oraz za kobietą, która odeszła – tu padają słowa dotyczące pamięci o wspólnie spędzonym czasie: „I wrychle spierzchły poblask dni, // o których chciałabyś zapomnieć. // (A za mną będą wiecznie szły).” – pisanie, a tym samym również praca wiersza, okazują się niewystarczające; „wiersz niczego nie umie cokolwiek mówiono” („Tonem), „wiersz potrafi się skończyć Miłość się nie kończy” („53”). Pozostają tylko kwestie po skończeniu się wiersza – dużo, jak się okazuje, od tego wiersza silniejsze. Nigdy nie pojawiają się one jednak w ramach bezpośrednich wyznań, ich transmisja zachodzi w większości poprzez formę utworów z najnowszego tomu Sendeckiego.

Budząca skojarzenia z poezją Romantyzmu forma utworów lub ich fragmentów (jak piąta i szósta od końca linijka wiersza „War”, którą można by wpisać w Mickiewiczowskie „Czaty”) wzbogacona o mieszankę romantycznej właśnie, zaprawianej elegijnym tonem ironii, zapewnia podmiotowi pewien dystans do przekazywanych w wierszach znaczeń. W celu uniknięcia nieporozumień warto wspomnieć tu również o dość trafnym porównaniu najnowszej książki Sendeckiego do wierszy Iwaszkiewicza, którego dokonał na łamach „Wizji” Oskar Meller; wymaga ono bowiem doprecyzowania. Chciałabym zwrócić uwagę, że tym, co różni Iwaszkiewicza od Sendeckiego – i tym samym od Romantyków – jest kluczowa rola ironii; pozbawiony ironii Sendecki byłby mniej romantyczny, za to bardziej iwaszkiewiczowski.

Taki zironizowany i zarazem zromantyzowany sposób budowania przekazu może służyć z jednej strony poszerzaniu pola do bezpiecznego wyznawania uczuć (zawsze można się wycofać: to przecież tylko ironia, to przecież tylko rodzaj dalekiej mi stylizacji) i pamiętania o przyjacielu oraz partnerce. Z drugiej zaś strony – zdaje się pomagać podmiotowi w zapominaniu i, w końcu, w stopniowym oddaleniu od tych, którzy z różnych powodów musieli od niego odejść. Trzeba jednak pamiętać, że na kartach Do stu zarówno porządek życia, jak i śmierci, pamiętania i niepamiętania, a także utrzymywania kontaktu i samotności, przenikają się.

Elegijność tonu tych  zdystansowanych, czasami gorzkich wierszy (aż nasuwa się porównanie do najnowszej wersji dykcji Marty Podgórnik, zwłaszcza że zarówno ona, jak i Sendecki są autorami przetworzenia ballady „Chelsea Hotel no.2”) oraz przebijające się przez utwory świadectwa bezsilności bohatera wobec sytuacji, w której się znalazł, i mimo tego stałe podejmowanie przez niego wierszowej pracy, tak bardzo przecież niewystarczającej, doprowadza go do krótkich przełamań tworzonego z uporem dystansu. Sendecki jako jeden z nielicznych publikujących obecnie poetów „Brulionu” pozwala sobie otwarcie na łzy: „Pojechałem na dworzec, żeby kupić benzynę do zippo, bo jest ruch na dworcu// [i trzeba się trzymać// Wracałem metrem ocierając twarz”. Mimo obwarowania się środkami stylizacji smutku na pewien rodzaj uciążliwego, bo uciążliwego, ale życia, bohater wierszy krztusi się przyjętą formą („Na to się pisze żeby się zakrztusić // Na to się tonie żeby znaleźć grunt”, Szpunt; „Po to się bawić, żeby ukryć łzy”, – „A”).

Ukrywanie łez w „zabawie”, trzymanie się (tym razem: pozorów niezakłóconego funkcjonowania), kontynuowanie tworzenia wierszy mimo bezskuteczności tego działania, pielęgnowanie miłości i przyjaźni, która już nigdy nie będzie odwzajemniona, wstrzymuje rozwój żałoby bohatera wierszy i tym samym jej zakończenie: zostaje on  przez siebie uwięziony w powtarzającym się ciągle (do dwóch, trzech, stu, do tysiąca), nieznośnym cyklu „wielkiego niczego”. Początkowo powtarzanie wspomnianych cykli (również w warstwie językowej)  miało służyć jako sposób radzenia sobie i uchronić bohatera od rozpadu, teraz jednak go do tego rozpadu (a może i po Hölderlinowsku – szaleństwa?) prowadzi. Liczenie ponownych prób utrzymania więzi, której „i po tysięcznym razie się nie zapomina”, zamienia się w powolne unicestwianie bohatera, który zamiast walczyć o miłość („Póty miłość, póki nie zacznie liczyć” – „Litość”),, zaczyna oswajać własną śmierć („To krótki postój, mówią, nawet nie poczujesz. Żył i żył, aż się popsuł” – „Stare”). Co ciekawe, zakończenie tej bezlitosnej pracy powtarzania, ironii i stylizacji nie kończy się w ostatnim wierszu „Wiersze” ani śmiercią bohatera, ani śmiercią  wiersza, ani też najważniejszej w Do stu emocji. Perspektywa śmierci wzmacnia tylko ich znaczenie,  poprawia im jedynie metrum na wysokiej grzędzie.

 

Marcin Sendecki, Do stu, Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2020

Weronika Janeczko

(1994) Doktorantka CogNeS UJ, redaktorka naczelna kwartalnika literackiego „KONTENT”. Publikowała w „biBLiotece”, „2miesięczniku” i „Małym Formacie”. Mieszka w Krakowie.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!