To nie kryzys, to zmiana

Opowieści o końcu i kryzysie są równie ważne i równie potrzebne, co opowieści o początku i nowym rozdaniu. W gruncie rzeczy stanowią awers i rewers tej samej historii, którą opowiadamy sobie, żeby przykryć nieekscytujący i prosty fakt trwania, które niezbyt łatwo układa się w narracje. Przyzwyczailiśmy się do rozdziałów i cięć montażowych, wdrukowaliśmy je sobie tak głęboko, że udało nam się je znaturalizować. Zamiast patrzeć na pełen obraz, patrzymy jedynie na fragment, wycinek. Na drzewa tam, gdzie rosną lasy. Jeśli gdzieś jeszcze rosną, oczywiście.

 

The Vault of the Atomic Space Age

Klasyczna fantastyka obiecywała nam latające samochody, jetpacki, osobowe podróże na Marsa i inne planety. Obiecywała, że będziemy śmiało podążać tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek. Nic z tego, oczywiście, nie okazało się prawdą, choć pokolenia naszych dziadków i pradziadków z pełnym przekonaniem wysyłały swoje dzieci w kosmos.

Akcja Odysei kosmicznej Arthura C. Clarke’a i Stanleya Kubricka dzieje się zaledwie trzydzieści lat po premierze filmu i książki (obie z roku 1968). Podobnie jak akcja Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? (również z ’68) Philipa K. Dicka, który wypędził boomersów w kosmos po nuklearnej zagładzie z roku 1992 (w późniejszym wydaniu, z okazji filmu, wskazówki zegara zagłady przesunięto nieznacznie, dając nam czas do 2021, tik-tok, tik-tok).

Ach, no i mieliśmy (my, ludzkość, rękami korporacji Rosena) produkować na Marsie androidy, a nie demokratyzować postradzieckie republiki i bawić się w Północnoamerykańskie Układy Wolnego Handlu.

Androidy. Na Marsie. I masowe ucieczki ze skażonej Ziemi na inne planety. O tym pierwszym możemy zapomnieć. O tym drugim zresztą też. Ze wszystkich tych przewidywań jedno, co nas czeka, to nienadająca się do życia Ziemia. Być może jeszcze nie w 2021, ale bez dwóch zdań raczej bliżej niż dalej. Co poszło nie tak?

 

1984 was NOT supposed to be an instruction manual

O ile fantastyczno-naukowy optymizm okazał się cokolwiek przesadzony, o tyle autorzy i autorki dystopii nie mają powodów do narzekania. Poczynając od wspomnianego już Dicka, który w każdej kolejnej książce odmalowywał nasze potencjalne przyszłości w ciemnych barwach (choć, przypominam, że w jednym z tych czarnych scenariuszy w roku 1992 produkowaliśmy androidy na Marsie, na którego przynajmniej niektórzy z nas mogli się ewakuować ze skażonej Ziemi), czy Harry’ego Harrisona, autora między innymi Przestrzeni! Przestrzeni! i Zemsty stalowego szczura (a także kilku innych książek, których tytuły nie są już tak efektowne), który musi być pośmiertnie bardzo zadowolony ze swojej sojczewicy i apokaliptycznej wizji, w której ludzkość spotykają różne nieprzyjemności w wyniku klęski przeludnienia. Nam w Europie, co prawda, to raczej nie grozi, a i Nowy Jork na przełomie stuleci (akcja Przestrzeni! Przestrzeni! osadzona jest, a jakże, w 1999 roku) miał na głowie inne kłopoty niż 35 milionów mieszkańców.

Nie można też nie wspomnieć o Margaret Atwood, która na fali popularności serialu zrealizowanego na podstawie jej powieści Handmaid’s Tale z 1985 roku (osadzonej, a jakże, pod koniec dwudziestego wieku) pisze właśnie, po trzydziestu latach, kolejną książkę o teokratycznej Republice Gilead. Jestem pewien, że czekają na nią nie tylko fanki i fani serialu Hulu, kilku nienawidzących kobiet zamordystów też się pewnie niecierpliwi. Są wśród nich również tacy, którzy będą musieli poczekać na polskie tłumaczenie.

Dla porządku można też wspomnieć o powojennych kodyfikatorach gatunku dystopijnego s.f.: George’u Orwellu (gratulacje – nie dość, że nasze ekrany nas podglądają, to jeszcze podsłuchują nas, żeby wyświetlać nam lepsze reklamy) czy Rayu Bradburym (dobra wiadomość jest taka, że poza ekranami na ścianach mamy również maluśkie ekrany po kieszeniach; zła jest taka, że nie palimy książek, po prostu ich nie czytamy).

Tak czy inaczej, jeśli chodzi o klasyfikację generalną dwudziestowiecznej fantastyczno-naukowej futurologii: dystopijna przyszłość, w której miasta zostały zniszczone przez potwory – 1; w pełni zautomatyzowany luksusowy gejowski kosmiczny komunizm – 0.

 

This episode of Black Mirror sucks

Dawno, dawno temu, gdy nikomu nie śnił się jeszcze „Bandersnatch”, najbardziej ekscytującym odcinkiem antologicznego serialu Netflixa był Hymn Narodowy, w którym premier Wielkiej Brytanii na oczach kilkumilionowej widowni zgwałcił świnię. Jak się okazało, ta akurat historia nie należała do gatunku speculative fiction w tym samym stopniu, co inne z pierwszego, czteroodcinkowego sezonu. Gdy cztery lata po premierze Hymnu Narodowego wybuchła Piggate, scenarzysta i showrunner Charlie Brooker powiedział w wywiadzie dla „Guardiana”: „Przez chwilę naprawdę zastanawiałem się, czy rzeczywistość nie jest symulacją, czy nie istnieje ona tylko po to, by mnie oszukać”.

Tego problemu nie mają (na szczęście bądź nieszczęście) obywatele Chińskiej Republiki Ludowej, gdzie na pełnej, pod postacią Systemu Wiarygodności Społecznej, wjechał pierwszy epizod trzeciego sezonu brytyjskiego serialu. W nieprzychylnych Netflixowej produkcji kręgach większość opowieści z Black Mirror podsumowywanych jest zwrotem: „co jeśli telefony ale za dużo”. W ten sposób problematyka serialu spłaszczana jest do zwykłych lęków przed rozwojem nowych technologii. To nie do końca prawda. W otwierającym trzeci sezon Nosedive tym nadmiarem jest przełożenie systemu ocen-gwiazdek na relacje międzyludzkie, jak gdyby nie wystarczyły do tego poczciwe lajki i swipe righty. Na poziomie administracji państwowej robi się z tego potężna czarna lista, banhammer bardziej nawet bolesny od tego, którym okładają nas od czasu do czasu cyfrowe megakorpy.

 

Żyjemy w społeczeństwie

Skoro już doszliśmy do tego, że dystopie wygrały zimną wojnę z utopiami, warto przyjrzeć się sprzężeniu zwrotnemu, jakie z tego wynikło. Nie tylko bowiem, jako odbiorczynie i autorki, lubujemy się w dystopiach (czy postapokalipsach, które nie są jednak tym samym, ale mają tendencję do współwystępowania w filmie czy literaturze), zaczynamy również postrzegać naszą współczesność przez obrazy i sytuacje podpowiedziane nam w dystopiach. Kiedy opowiadamy sobie historie, nie tylko ekstrapolujemy nasze doświadczenia na przyszłość, jak dotychczas (Gilead Atwood jest w istocie mash-upem Stanów sprzed wojny secesyjnej i Rumunii Ceaușescu), ale również zaczynamy postrzegać nasze życia w dystopijnych kategoriach.

Aktywistki, które ubierały się w kostiumy Służebnic (a nie, jak chciała tłumaczka Atwood, Zofia Uhrynowska-Hanasz, Podręcznych), photo-bombując Trumpa przy okazji różnych publicznych wystąpień, odwoływały się do jasnych, zrozumiałych symboli, wykorzystując ich popkulturowo-polityczną moc, pozbawiały się sprawczości, głosu, możliwości wyartykułowania swoich postulatów. Wybierały niemy protest, budując znaczenia za pomocą kostiumu i obrazu. Jednak nawet najbardziej wstrząsające obrazy, nawet najbardziej wymowne cosplaye i performanse oporu nie zastąpią głośnego wyrażania sprzeciwu, formułowania postulatów i politycznej walki. Obrazy mają moc, mogą apelować, mogą wzywać i mobilizować do działania. Ale nie przeciwstawią się politykom o autorytarnych ciągotach i nie przedstawią kontrpropozycji, odmiennej wizji, która zdolna byłaby odsunąć ich od władzy. Dopóki wrogami są Trump, Kaczyński, Órban, Putin, Duterte, Kadyrov, ich regionalne warianty czy miniony, a nie OberKomendandt, Wielki Brat czy Mistrz z pierwszego Fallouta, dopóty mamy jeszcze głos, z którego nie możemy rezygnować.

Michał Kmiecik

Dramatopisarz, reżyser. W latach 2015-16 dramaturg Teatru Nowego im. K. Dejmka w Łodzi. Publikował w "Krytyce Politycznej", miesięczniku "Dialog", "Notatniku Teatralnym". Laureat stypendium artystycznego miasta stołecznego Warszawy w dziedzinie literatury w roku 2018. Autor powieści Całkiem spora apokalipsa. Mieszka w Warszawie.

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!