Wiersze

Lutowanie to metoda trwałego łączenia elementów

Dostałem list, w którym poinformowano mnie,
że inżynier Lutownik próbuje przylutować mnie do tego miasta.
TO JEST WIADOMOŚĆ AUTOMATYCZNA.
PROSIMY NA NIĄ NIE ODPOWIADAĆ.
Nie odpowiedziałem.
Ale za każdym razem jak księżyc dawał dupy, widziałem
czarne jak załoga Żerania zęby inżyniera Lutownika,
wypadające za burtę jego spierzchniętych ust.
Chyba wypluł już całą miejską infrastrukturę – myślałem –
chodniki, hydranty, tunele, wiadukty i mosty. Widziałem
inżyniera Lutownika siedzącego nad swoją lutownicą.
Zastanawiał się ile ciał zdoła przylutować do tego miasta.
Dwoił się i piętrzył, szukał wolnych przestrzeni.
Powierzchnie reklamowe śródmiejskich kamienic
były już zajęte przez TVN, PKO, CCC i FSO.
Przez skróty i na skróty. Takie SHORT CUTS.
Łatwizna osadzała się na mieliźnie tego miasta.
Wsiadłem do nocnego pociągu z mięsem,
naprawdę nie mogłem wybrać niczego w życiu,
dlatego wybrałem nieświeże powietrze w prze
działach. Przy działach, armatach, haubicach i moździerzach.
Zimny lut spływał po mnie jak lód.
Nie odpowiedziałem
działem.

disnejland

wychodziła ze mnie stopniowo, w lekkim rauszu brudna diagnoza, rdza
płat po płacie, płacz po płaczu, patrz
tłuste oliwkowe oczy dojrzewają do widoku disnejowskiej księżniczki
i jej zgubnych pantofli prowadzących donikąd, rdza
w końcu staje się warstwą ochronną, bo co cię nie zniszczy zamieni się w płaszcz
płat po płacie, płacz po płaczu, patrz
przyglądam się z bliska pikselom disnejowskiej księżniczki jest pusta
przestrzeń między nogami, trzeba ją wypełnić, rdza
nabijam dziewczynę na pal, powiewa jak strach wśród kłosów
niosę jak sztandar na defiladzie, jest mi ciężko udźwignąć tę baśń
wychodzę z niej stopniowo, diagnoza to ja, rdza
wyciągam wnioski całe ubrudzone w brunatnej mazi
płat po płacie, płacz po płaczu, patrz
współczesne księżniczki są chuja warte,
powtarzam, kręcąc sztywnym palem
to taka karuzela wokół własnej osi

ostatnia scena z życia Warszawy

Zimne palce powietrza malują dziewczynom róż na policzkach.
Dziewczyny marzną w przykrótkich spódniczkach, pokazują
stringi między pośladkami, zapraszają do wnętrza galerii.
Praga ma wzwód i Praga zasypia. Snują się po niej
nocne autobusy. Przednimi kołami wjeżdżają na podjazd,
przed nimi puste ulice, za nimi puste słowa.
Chciałoby się ominąć tę dzielnicę, albo trochę przyspieszyć,
ale fast-forward przewija tylko do pewnego momentu,
w którym i tak będzie za późno, żeby cokolwiek zmienić.
Fatalizm tej dzielnicy polega na tym, że nic w niej nie dochodzi do skutku.
Wszystkie gesty zatrzymują się jakby przeszkodą była niewidzialna sieć –
martwa płaszczyzna, w którą wpada się jak na gołą ścianę.
Praga w końcu obudzi się z bólem głowy,
który rozsadzi ją od centrum aż po same peryferia.
Dziewczyny nadal będą chodziły po tych zgliszczach
z połamanymi obcasami i sztucznymi paznokciami.
Ich wielkie piersi jak bomby będą wybuchać
w rękach kolejnych dzielnic, aż całe miasto będzie martwe.
Na chodniki, jak tani żwir, posypią się zepsute zęby poetów.

Marta Stachniałek

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!