Zapis ciszy. O Alei Włókniarek Marty Madejskiej

Rozpoczynając pracę nad tą książką, chciałam opowiadać o minionych pokoleniach robotnic wyłącznie ich głosem. Nie udało się. Po pierwsze, milczenie stało się już nieodłączną częścią ich historii, a ogromna jej część jest żmudna i nigdzie niezapisana. Składa się z heroicznej, skierowanej ku przeżyciu wytrwałości. Z bilionów utkanych metrów tkanin, wyżętych ścierek, obranych ziemniaków, niedospanych nocy. To powtarzalny rytm dni zanurzonych w powtarzalnym rytmie fabrycznej pracy, w powtarzalnym rytmie domowej krzątaniny. Po drugie, poszukiwanie alei Włókniarek to część mojego poszukiwania odpowiedzi na setki pytań o przeszłość i teraźniejszość.

Marta Madejska pisze o włókniarkach, ale przede wszystkim rozkłada nad nimi matczyne skrzydła, sięgając po narrację prowadzoną z perspektywy czasu, która pozwala jej jako autorce przyjąć rolę adwokata uciśnionych. Nie tylko próbuje zrozumieć swoje bohaterki, nie tylko występuje w roli obserwatorki, ale także mówi w ich imieniu. Jak sama twierdzi, jest do tego zmuszona, bo historia Włókniarek to historia milczenia. Wszystko to składa się na niekonwencjonalny reportaż graniczący z esejem historycznym, który rzuca światło nie tylko na trudy życia łódzkich włókniarek, ale też szerzej – na sytuację polskich robotnic na przestrzeni trzech wieków, a więc od rozwoju XIX-wiecznych fabryk do ich likwidacji po upadku Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Choć większość kwestii poruszanych w tak rozciągniętej czasowo narracji ewoluuje, podsuwając czytelniczce wiele cennych źródeł archiwalnych i możliwości interpretacyjnych, problemy robotnic właściwie niewiele się zmieniają, a Madejska, tworząc portret polskich Włókniarek, sama zmuszona jest bazować na dość ubogim jak na tak obszerny temat materiale badawczym.

Reportaż jest więc świadectwem stupięćdziesięcioletniej stagnacji, w której tkwiły polskie pracownice. Nie wpływało na to zmieniające się tło polityczne. Podejrzewam, że gdyby autorka postanowiła umieścić w środku książki rozkładówkę, byłoby na niej hasło: „każdy system miał je gdzieś”. I faktycznie, z reportażu Madejskiej wyłania się obraz całkowitej beznadziei niezależnej od ustroju. W każdym z nich włókniarkom płacono mniej niż mężczyznom, traktowano je przedmiotowo, uznawano za rozhisteryzowane, często też wykorzystywano seksualnie. Nie znajdziemy w tej historii wątków feministycznych. Kobiety po prostu chcą żyć i mieć za co wykarmić swoje dzieci. Nie podważają patriarchatu, nie szukają przyczyny swoich problemów w opresyjności systemu, w zmaskulinizowanych relacjach władzy. Po prostu usiłują przetrwać. To – nie ukrywam – wzbudziło we mnie największe emocje. Madejska zwraca zbyt mało uwagi na relacje pomiędzy wolą utrzymania się przy życiu a emancypacją w wymiarze historycznym, a przede wszystkim – politycznym. Pytanie o wewnętrzną potrzebę zmiany, o refleksję bohaterek reportażu i walkę o coś więcej niż możliwość egzystencji pozostaje bez odpowiedzi. Jednak w Alei Włókniarek brakuje mi nie tyle feministycznego głosu bohaterek, co samej autorki.

Fryderyk Engels upatrywał podstawy opresji płci w systemie rodziny patriarchalnej, polegającym na podziale na burżuazję reprezentowaną niejako przez mężczyznę i proletariat znajdujący swój odpowiednik w kobiecie. „Pan domu” posiadał więc władzę absolutną, do kobiety należało zaś gotowanie, sprzątanie i szycie. Engels uważał, że wyzwolenie przyniosłaby kobietom płatna praca, która zapewniłaby im wolność finansową oraz wyznaczyłaby kres niewolniczych prac domowych. I choć faktycznie, patrząc na to z szerszej perspektywy, płatna praca na przestrzeni lat przyniosła kobietom ogrom korzyści, włączając w to podważenie tradycyjnych ról w rodzinie i nabycie praw do uczestniczenia w życiu publicznym, sytuacja polskich włókniarek podważa uniwersalność tej teorii. Jej miejsce w reportażu Marty Madejskiej zajmuje spojrzenie feministek drugiej fali, które przestrzeń opresji kobiet widziały w sferze produkcji. Marksistowskie feministki źródło problemu upatrywały w systemie kapitalistycznym, co tylko pozornie kłóci się z różnorodnym politycznie tłem reportażu Madejskiej, a pozwala zauważyć bardzo istotną, choć niestety pominiętą przez autorkę kwestię wpływu mechanizmów kapitalistycznych na sferę produkcji w okresie PRL. W końcu czego innego świadectwem jest Aleja Włókniarek, jak nie wpisujących się w kapitalistyczną organizację społeczną relacji płci będących zarazem rezultatem systemu opresywnych stosunków produkcji? Bohaterki reportażu, choć bierne wobec samego systemu społecznego, nie przestają mierzyć się z wyzwaniami, które im ów system rzuca. To małymi krokami doprowadza do niewielkiej zmiany w przestrzeni domowej. Mężowie, ze względu na pracę kobiet, które stopniowo jako jedyne zaczęły zarabiać na chleb, przejmowali niektóre obowiązki domowe. Zmianę tą nazwałam „niewielką”, bo nie zaowocowała ona niczym szczególnym w sytuacji samych robotnic. Ich  głównym celem nadal było wykarmienie dzieci, zdobycie jedzenia i odrobiny szacunku od pracodawcy. Choć to ostatnie graniczyło z niemożliwym. Bierność pracownic wobec patriarchalnego systemu nie trwała jednak bez przerwy, ale wszelkie próby buntu spotykały się z potępieniem ze strony zarówno rządzących, jak i opozycji. Włókniarki znalazły się więc między dwiema ścianami: orędownikami kapitalistycznego i tymi, którzy z niektórych praktyk tego systemu nie potrafili (bądź nie chcieli) zrezygnować.

Niewątpliwym atutem Alei Włókniarek jest postawa autorki, która nie usiłuje stać się jedną ze swoich bohaterek, wtopić się w tłum i udowodnić czytelnikowi, że jej się to udało. Zachowuje świadomość swojej roli od początku do końca, co jakiś czas podkreślając, że reportaż, choć stanowi świadectwo historii robotnic, nie jest ostateczną odpowiedzią na problem odebrania im głosu. Takie też pozostaje po książce wrażenie. Jest to zbiór ważnych cytatów, zapomnianych wydarzeń i przemilczanego cierpienia. I chociaż trudno tu mówić o rewolucji w prowadzeniu narracji o polskich robotnicach, Madejska dokonuje pewnej rewolucji formalnej, jeśli chodzi o zebranie wszystkich świadectw i opowieści w ostateczną, zamkniętą całość. Autorka wykonała niezwykle drobiazgową pracę, przeszła długą drogę, żeby scalić wątki dotyczące polskich włókniarek w klarowną historię. Wątki, które porozrzucane po kronikach i innych dokumentach historycznych łączyły się dotychczas w niewidzialną sieć. Madejska stawia sobie za cel wydobycie z opowieści tego, co średnie, przeciętne i przez to – z perspektywy historycznej – najmniej widoczne i najtrudniejsze do opisania. To bardzo trudne zadanie, które wymaga nie tylko ogromu pracy, ale także ponadprzeciętnej wrażliwości społecznej. Autorka przebrała dostępne świadectwa historyczne, starannie wybierając materiały związane z łódzkimi włókniarkami, stąd moja teza o ostateczności jej pracy.

Po lekturze Alei Włókniarek długo zastanawiałam się, co dalej. Co ze współczesnymi włókniarkami i włókniarzami? Co z pracownicami i pracownikami fabryk ubrań w Bangladeszu, Chinach, w Korei? Reportaż Madejskiej nie odpowiada na te pytania. Jest zamkniętym obrazem. Mówi o konkretnej grupie społecznej, konkretnej narodowości, konkretnych problemach konkretnych (choć często bezimiennych) osób. Utwory poetyckie powkładane między opowieść dopełniają to wrażenie. Za ich sprawą hermetyczność książki nabiera mistycznego wydźwięku do tego stopnia, że chwilami Aleja Włókniarek przypomina tragiczną baśń. Szczególnie, że podobnie jak w baśniach i legendach – bohaterki nie pytają o swoją rzeczywistość.

Najwartościowszym elementem tamtych lat była aktywna postawa ludzi wobec życia – odpowiada Wanda. – Zadają mi młodzi pytania, ja nie miałam czasu na wątpliwości, bo nie był to czas do zadawania pytań. Ciężko jest teraz mówić o tym, co wtedy było oczywiste […].

 

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!