Sad girl theory (no filter)

Próbowaliście się kiedyś dostać na NFZ na terapię? Nic z tego. Terminy na kolejne pół roku obstawione. „Ale kiedy ja teraz chcę się zabić” – tak powinno się wtedy mówić, bo machanie świstkiem od lekarza i stękanie: „Ale ja mam skierowanie” – niewiele daje. W takich sytuacjach w samym centrum krakowskich legend, tj. w Kobierzynie, nie proponują nawet odległego terminu. „Nie ma miejsc” – zbywa nas głos w słuchawce. Terapia – można wtedy wywnioskować – jest więc dla ludzi bogatych. Dla tych ulizanych elegancików szlochających nad swoim dzieciństwem. Dla piszących poezję i traktaty filozoficzne, dla wywrotowych myślicieli i działaczy opozycyjnych. Można do nich wszystkich poczuć wtedy delikatną niechęć, a może i nawet palącą nienawiść.

Terapia może i jest dla bogatych, ale inaczej sytuacja się ma w przypadku pobytu w szpitalu psychiatrycznym. Tu już jest bardzo egalitarnie, a i trafić tu można z wielu powodów. Zaskakujące jest to, w jak małym stopniu w Psach ras drobnych autorka problematyzuje kwestię tej przyczyny.

Narratorka ukrywa się, nie stawia w centrum prawdziwych problemów (pierwotnych przyczyn całej sytuacji), osłania się natomiast problemami codzienności. I choć te fizjologiczne, nieskrywane opisy skutków ubocznych leków uważam za co najmniej odkrywcze, to nie przestają kojarzyć mi się z zasłoną dymną. Jacek Napora na fanpage’u swojego bloga (vloga?) napisał: „Ta książka jest albo jednym wielkim wyparciem faktycznego problemu (własne zaburzenia psychiczne), gestem zasłonięcia się przestrzenią czarnej komedii, albo próbą wykorzystania doświadczenia szpitala psychiatrycznego do napisania czegokolwiek. Bo to jest: cokolwiek”. To opinia radykalna, ale jest w niej krztyna prawdy. Olga Hund w żadnym razie nie uprawia intymistyki (w przeciwieństwie do mnie – w tej recenzji), nie dokonuje żadnego zdrowotnego coming outu. Nie wiem tylko, czy wyciągałabym z tego tak radykalne wnioski, jak autor bloga Pod Naporem. Chyba jednak tertium datur, bo przyczyny pobytu narratorki (w żadnym razie: autorki, tu nie mogę się zgodzić z większością recenzentów i zaraz wyjaśnię dlaczego, bo przyczyną nie jest bynajmniej moje rozkochanie w strukturalistycznych spojrzeniach na komunikację literacką) w szpitalu psychiatrycznym są w tekście wyjaśnione. W Psach ras drobnych pojawia się taki fragment:

Potem gadamy sobie w palarni, dlaczego tu jesteśmy, skąd przybyłyśmy i jak do tego doszło. To mówię, że u mnie wszystko zaczęło się od wilków.

– Od wilków?!

Ano, od wilków, bo ktoś wpuścił je na górę, i chodzą teraz po chmurach posypanych solą. I nic a nic im się we mnie nie podoba. Wyglądają na wygłodzone. Ale ja wiem, szybko to odkryłam, że to wcale nie są wilki, tylko psy ras drobnych. Gryzą ze złości tę sól na chmurach. I te ciężkie, słone chmury gromadziły się nad moją głową, i jak się zebrały wszystkie, to posłały mnie tutaj, do Kobierzyna.

Kilka dziewczyn mówi natomiast, że to dlatego, że męże-węże ich waliły po pyskach. A część, że życie takie jest, a dwie, że Bóg tak chciał.

W opisie narratorki można rozpoznać zmetaforyzowaną depresję, co wykluczałoby ją z grona pozostałych bohaterek. Te bowiem mają (a przynajmniej deklarują) konkretne, bardzo fizyczne powody, przez które znalazły się w tym miejscu. Psychiatryk w ich historiach jest przestrzenią zinfantylizowania, pozbawienia decyzyjności i prawa do własnej perspektywy. Przechowalnią ogromnego bagażu emocjonalnego obciążenia. Bohaterki po doświadczeniu przemocy fizycznej są tam raczej więzione, niż leczone – w dodatku na prośbę i za sprawą manipulacji swoich oprawców. To niezwykle uderzające historie. A ta lekkość opowieści, ta zwykłość narracji tylko dodaje im ciężaru.

Jak zatem kobiety z oddziału postrzegają swoją sytuację? Zostały wepchnięte do klatki (niekiedy ludycznej, ale to jednak głównie ze względu na stopień jej infantylizacji) przez przemocowych mężczyzn lub równie opresyjnego Boga. Jak postrzega ją narratorka? Również jako następstwo relacji władzy. Nie ma w tej opowieści żadnych konkretów, żadnych męży-węży, ale wilki, które pełne złości dostają się na górę i pokazują poczucie podległości wobec jakichś agresywnych podmiotów. Odebranie im powagi, zerwanie groźnej maski, przeinterpretowanie wilczego wycia w bezsilne piski małych piesków to zabieg dystansujący, zresztą bardzo dobrze rozrysowany. O, jak wiele powagi można odebrać człowiekowi, jak bardzo podeptać cudzą podmiotowość za pomocą prostej, ezopowej metafory! Może to i nic odkrywczego, ale wciąż ma prawo boleć.

Mam wrażenie, że większość potencjału tej książki ginie wtedy, gdy próbuje się ją uniwersalizować. To bowiem nie tyle rzecz o doświadczeniu przebywania w szpitalu psychiatrycznym, ile o strukturach wykorzystywanych do działań opresyjnych i o wspólnocie kobiet. Ta, wbrew hasłu tego numeru „Wakatu”, opiera się w książce Hund na braku siły. Na skierowanej w stronę innych kobiet empatii i zrozumieniu, nawet jeśli ma ono (musi ono?) opierać się na kłamstwie podtrzymującym status quo. Kiedy wiemy, że wyjście poza nie jest zbyt bolesne, a pełna akceptacja siebie – niemożliwa.

Opisy atmosfery, jaka panuje na oddziale, przypomniały mi opowieści o tym, jak wygląda porodówka. Z tych historii przebija ciepło bezwstydu. To sytuacja, w której teoretycznie wszyscy mogliby czuć się skrępowani swoim cierpieniem, swoją fizjologią, problemami, jakie płata ciało – ale nie ma już siły na wstyd. Intymność, która nigdy w innych okolicznościach nie zostałaby z obcymi ludźmi podzielona, zostaje odsłonięta i udostępniona. Człowiek, który jest w podobnej sytuacji, przestaje być obcy. I każdy musi przyznać się do tego, że ma ciało, a ciało to ma fizjologię. „Na oddziale śmierdzi bąkami. Co za gadownia. Ciepłe wydechy i smród i pot. Jak w tropikalnych pawilonach ogrodu zoologicznego” – pisze w pewnym momencie Hund. I te narzekania, przeplatane naturalistycznymi opisami, to chyba właściwa odsłona sad girl theory. W trochę mniej instagramowej wersji.

Rozumiem jednak sceptycyzm, z jakim niektórzy czytelnicy podchodzą do tej pozycji. Ostatecznie sama potrzebowałam zoperacjonalizować sobie pewne zabiegi autorki, by dopiero w drugim kroku je docenić. Forma, którą wybrała – krótkich, czasem jednoakapitowych opowiastek – świetnie eksponuje jej umiejętności przyprószonego czarnym humorem pointowania czy dostrzegania groteski w pewnych uogólnionych rysach postaci zderzonych z „tu i teraz”. Ma jednak ona podstawową wadę: nie pogłębia tego, co naprawdę istotne. Historie tych wszystch kobiet skopanych na margines, nietraktowanych poważnie, są jedynie wzmiankowane. Nie apeluję w żadnym razie o reportażowość, zastanawiam się po prostu, na ile daleko jesteśmy od granicy użycia tych historii jako anegdot, a tych ludzi jako rekwizytów. Oczywiście działają tutaj jako antidotum wkradające się refleksje, jak ta (cytowana już przez wielu, lecz godna kolejnego powtórzenia): „Ale większość dziewczyn na oddziałach nie jest aż tak szalona i pamięta, co robili im ojcowie, wujkowie, mężowie, matki, co robił im Kościół, zus i rynek pracy”.

Mimo tych różnych wątpliwości myślę, że to bardzo ciekawy debiut. Istotny nie w perspektywie innych tekstów opowiadających o psychiatrycznej hospitalizacji, a w perspektywie krytycznej twórczości kobiecej. Trudno bowiem stwierdzić, na ile prawdziwe są w tej opowieści realne problemy ze zdrowiem psychicznym. Jedno prawdziwe jest na pewno: poczucie krzywdy.

 

Olga Hund, Psy ras drobnych, Ha!art, Kraków 2018.

Zuzanna Sala

Bierutowianka, studiuje polonistykę w ramach MISH UJ. Redaktorka kwartalnika literackiego "KONTENT", publikowała w "Odrze", "ArtPapierze" i "Nowej Dekadzie Krakowskiej".

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!