[Utopia] Człowiek z wycieraczką

Sklep, zakupy robię, to, tamto i oka kątem wycieraczkę widzę, w ofercie, z napisem „Łatwa do czyszczenia”. Lekceważę, wychodzę ze sklepu, ale idę coraz wolniej, do czyszczenia? Wszystko czyściłem, ale nie wycieraczkę. Nie widziałem, żeby ktokolwiek czyścił. A to przecież jak najbardziej na miejscu, jeśli coś służy do czyszczenia, to się przecież brudzi. Zawracam, kupuję. I z nią pod pachą i zakupami do domu.

Do domu. Do niej, chociaż w pokoju ciemno. A świecą się wszystkie lampy. Od czarnych chmur ciemno, a my jak dwa spadochroniarze, którzy wypuścili się z rąk i krążą gdzieś po kątach sami. Może przyjdzie jakiś wiatr, co te chmury przepędzi? Powiem, zobacz, kupiłem nową wycieraczkę, będziemy wchodzić do domu bez brudów, niech zostaną na zewnątrz, a tu, w naszym wnętrzu czysto będzie, pachnąco będzie, będzie po prostu, a nie tak jak teraz, że nic. Ona łatwa do czyszczenia… Może zapyta, butów? Powiem, nie, nie, do czyszczenia jej samej, czyściłaś kiedyś wycieraczkę?

Do domu. Do niej, chociaż nie wiem, co my z nami zrobimy, nie dopisuje nam to życie, które nam się trafiło. Chociaż w sypialni dwa nasze martwe ciała, a nad nimi taniec godowy urządza sobie skalpel. Chociaż w kuchni, w lodówce dwa nasze ciała z kostkami lodu tam gdzie serca, może przyjdzie ktoś, kto prąd wyłączy i stopnieją?

Do domu. W którym nie gaz się ulatnia, a chemia. Można walczyć z wiatrakami, je widać przynajmniej, ale jak z nią, z chemią, której nie widać, i która nie wiadomo kiedy i gdzie i dokąd się ulatnia.

Jestem bardzo zdolny i piszę zdolne książki i w związku z tym bardzo (u)znany jestem, w związku z czym występuję w telewizji na przykład. Jebie ode mnie charyzmą, po prostu. I tam to właśnie, w telewizji opowiedziałem ni stąd, ni zowąd o tym, że związek nasz poległ na froncie wzajemnych oczekiwań i animozji, a przecież wtedy jeszcze nie poległ, powiedziałem to jako myśliwy puent, jedni latają z siatką po łące za motylami, drudzy za puentami, opowiedziałem więc, jak to życie moje, laureata wielu nagród i Mozarta polskiej literatury wygląda, jak to uważam bardzo, żeby nie człapać po podłodze, bo ją to denerwuje, więc chodzę po tych klepkach jak po grobach, stąpam po nich jak żyrafa, a kiedy śpi, to ze strachu poruszam się po mieszkaniu jak cyrkiel, bo niektóre trzeszczą, i wtedy od razu się budzi, nie, nie w nocy, w nocy ja też śpię, w dzień, w kuchni, bo kuchnia duża i w niej szezlong, sama wybrała, fioletowy, to kolor nie mój, ale trudno, miłość ślepa, kolorów nie odróżnia, na tym szezlongu więc lubi się położyć, po południu, i odjechać na parę chwil, odpłynąć na podmuchach snu, i powiedziałem, w tej telewizji, że przez podłogę właśnie legł nasz związek i wyprowadziłem się, a przecież nie, nie wyprowadziłem, o tę puentę w skutek dla mnie brzemienną mi chodziło, powiedziałem więc, że pewnego dnia, ostatnio, kiedy zasnęła, a ja musiałem po coś wejść do kuchni i szedłem po mieszkaniu jak po polu minowym, szedłem, jakbym cyrklem jakimś był, raz jedna noga daleko do przodu, raz druga, w zwolnionym tempie i kiedy znowu któraś z klepek zatrzeszczała, bo często tak, im bardziej się starasz, żeby nie, to tym bardziej tak, powiedziałem, że wtedy zapytała z wyrzutem przez pół sen, co ty tu robisz?

No tak, no co człowiek robi w kuchni. Lub w łazience. Powiedziałem, nic, kurwa, zabłądziłem, na co ona, człowieku, musisz chodzić po podłodze?

I to ją rozsierdziło, to, że zrobiłem z niej potwora przed wszystkimi Polakami w Polsce i za granicą, i powiedziałem jeszcze, że się wyprowadziłem, więc niech konsekwentnym będę, słowo się rzekło, niech się wyprowadzę, w końcu to jej mieszkanie i tak dalej, no co ty, powiedziałem, co ty, na taką zmianę planów ja planu nie mam żadnego.

Do domu. Już jestem, w windzie myślę, żeby od razu wypróbować nową wycieraczkę, starą na bok i nowa, i zawołam ją, pokażę, może klęknę i się oświadczę na niej, jestem pod drzwiami, a pod nimi walizka moja, ciężka, bo z rzeczami, też moimi. Jak człowiek nie umie się z czymś pogodzić, chwycić się powinien rzeczy kluczowej, tutaj kluczy właśnie, wiem, to głupawe trochę, ale co tam, piszę w afekcie, więc niech okoliczności będą łagodzące. Próbuję otworzyć kluczem, zamknięte na górze, chociaż wie, że klucz mam tylko do zamku dolnego. Wie, i zamknęła na górze, pukam stukam, dzwonię, nic, cisza, głucha. Cisza głucha, ona nie.

Walizka, zakupy w plecaku, wycieraczka i ja. W mieście stołecznym Warszawa, na rondzie na samej górze Tamki. Siedzę na jego środku, na walizce. Z wycieraczką, której nie mam gdzie teraz wypróbować. Dobra, mogę wytrzeć o nią buty, ale pod jakimi drzwiami? Gdzie, dokąd wejść po ich wytarciu? Dlaczego właśnie ja znalazłem się na moim miejscu? Na tym rondzie?

Zimno, jest, jest piątek, czarny. Jedenasty września jest, rok 2015. Dwanaście stopni. I deszcz jest, i wiatr, a jeszcze niedawno stopni trzydzieści pięć, było.

Patrzę na oświetlone okna jej mieszkania, patrzę, czy na mnie patrzy, czy mnie widzi, ruchem nieco teatralnym ręce rozkładam, na wszelki wypadek, na wypadek, gdyby mnie widziała, zobaczyła.

Wszystko zalewa, Europę fale uchodźców, mnie krew. Flaszkę wódki z Plecaka wyciągam, będę pił, będę mężczyzną pociągającym, ale z gwinta. Nie mam dla kogo być trzeźwym.

Janusz Rudnicki

(1956) Urodzony w Kędzierzynie-Koźlu. Pisarz, felietonista. Był dziennikarzem prasy „Solidarności”, internowany 13 grudnia 1981. Wyjechał do Niemiec w 1983. Studiował tam slawistykę i germanistykę na uniwersytecie w Hamburgu. Obecnie mieszka w Hamburgu i Warszawie. Pisuje przede wszystkim do Magazynu Książki („Gazeta Wyborcza”), okazyjnie do „Twórczości”. Wydał między innymi: Można żyć (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1993 – nagroda im. Stanisława Piętaka za debiut), Mój Wehrmacht (W.A.B., 2004), Chodźcie idziemy (W.A.B., 2007 – nominacja do Nike 2008), Śmierć czeskiego psa (W.A.B., 2009 – nagroda im. Reymonta i deszcz nominacji, Nike, Gdyńska Nagroda Literacka TVP Kultura, i Angelus), Męka kartoflana (W.A.B., 2011 – drugie wydanie), Trzy razy tak (W.A.B., 2013), Życiorysta (W.A.B., 2014). Oprócz wydań książkowych w Niemczech i Czechach, jego opowiadania tłumaczone były na włoski, węgierski, rosyjski, angielski i japoński. Jedno z nich, Cierpienia głupiego Augusta, ukazało się w Best European Fiction 2012. W roku 2014 został laureatem nagrody im. Lindego.

Zobacz inne teksty autora:

    Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!