Chore sprawy Weroniki D.

Dzisiaj, jak co miesiąc, zostałam sama. Nakarmiłam rybki i patrząc tak sobie na nie, zauważyłam jedną zdechłą, która utknęła gdzieś skubana pomiędzy grzałką a domkiem wyciętym wczoraj z pudełka po podpaskach. Zdechłą rybkę musiałam przedmuchać i w końcu wylazła, padając na dywan. Czułam, jak macha do mnie z podłogi ogonem dokładnie tak samo, jak mama macha nade mną ręką, kiedy wydaję dziwne dźwięki, oglądając z nią 2056 odcinek serialu. Mama nigdy nie lubi pokazywać się ze mną nigdzie. Zamyka mnie w pokoju, zwłaszcza wtedy, jak przychodzi Pan Gienek ze swoim synem. Syn Pana Gienka jest starszy ode mnie jakieś dwa lata, często kreśli coś podłużnego w moich zeszytach i dotyka mi piersi, gdy mama zajęta jest częstowaniem Pana Gienka winem czy jakimś innym martini. Raz nawet oplułam tego gnyba, tzn. syna Pana Gienka i zaczęłam smarować śliną po jego włosach, jak ten nachylał się nad moją bluzką, wkładając tam ręce. Odskoczył nagle, jak poparzony i wtedy mama nas zawołała na budyń z truskawkami i choć go nienawidzę, jadłam ze smakiem, patrząc jak włosy syna Gienka świecą zza stołu jak na żelatynie.

Podniosłam rybkę na płytę dvd i uważając, żeby znów się nie ześlizgnęła, poszłam do kosza w kuchni. Wyrzuciłam śliskie ciało mojej małej przyjaciółki i żeby mama się nie domyśliła, dosypałam trochę gazetek z biedronki i list familijny, który akurat leżał na stole. Nastawiłam wodę w czajniku i zachciało mi się sikać. Cholera, suwak od spodni się zepsuł. Szarpałam tak nim trochę, jakieś kilka minut i nic. Ledwo trzymając mocz, pobiegłam po nożyczki, żeby przeciąć spodnie. Ups, stało się. Nie wytrzymałam. Struga ciepłego moczu zaczęła lać się po nogach twardego jeansu i powoli zastygać. Gdzie ja teraz znajdę pieluchomajtki − pomyślałam. No nic, nie miałam pojęcia, więc teraz tak sobie posiedzę. Zimno mi było strasznie, więc po trzeciej próbie pstrykania przy gazie udało mi się odpalić kuchenkę i jakoś tak zrobiło się lepiej. Wpadłam na pomysł. Tak, zrobię ciasto! Mama na pewno się ucieszy. Bardzo lubi wpieprzać, jak mówi, słodycze i później oglądać swoje pośladki w lusterku, przyrzekając na ciotkę Tereskę, że nic więcej nie zje. Mama zawsze stoi w kolejkach w cukierni u Pani Bernadetki i zostawia im jakieś 50 złotych, wychodząc z siatką kremówek, drożdżówek i chleba rybki, a ja dostaję naklejki. Jak wracamy, mama zawija mi wtedy jeden placek z serem w woreczek i wygłasza całą instrukcję na wzór „nie ubrudź się, nie dotykaj rękami niczego, bo na poręczach są bakterie i wstrzymuj kupę, dopóki nie dojedziemy”. Odrywa mi boki, bo są twardsze i zostawia sam środek, żeby łatwiej mi było jeść.

Obok kuchenki leży książka, z której mama czasami gotuje. O, jest babka piaskowa! napisali: utrzeć masło do białości. − Czytam powoli. Mama nauczyła mnie dobrze czytać. Wszyscy są zawsze bardzo zdziwieni, kiedy widzą mnie z książką. Lubię czytać na głos, co bardzo mocno ich denerwuje. Gdzie ta cholerna tarka? Trochę mnie to zdziwiło, że każą trzeć ludziom na tarce masło do ciasta. Cholera, czemu nie dołączyli zdjęć, ale posłucham i utrę to masło przez jakieś 5 minut i dopiję kawę. Mama nigdy nie pozwala mi pić kawy. Mówi, że robię się wtedy bardzo nerwowa i w nocy zgrzytam zębami. Była nawet ze mną z tym u lekarza, mówili, że to normalne, trzeba założyć na noc jakieś szyny i dziecko nie powinno już zgrzytać − mówił Pan Doktor. Zakładam przed spaniem na buzię ten plastik i wtedy już nawet nie mówię. Pan Gienek, jak nieraz zostaje na noc, śmieje się, że wyglądam jak w kagańcu i na pewno dzisiaj ich nie obudzę.

Cienkie coś to ciasto. Kazali dodać skórkę pomarańczową, więc ucieram cytrynę, bo nie mam pomarańczy. Wiem, że mama się ucieszy. Póki co wejdę sobie na komputer, ciasto musi zostać w piekarniku przez 30 minut, więc zdążę poklikać do znajomych. Lubię grać w gry. Najbardziej w kulki. Ustawiasz kuleczki po kolei i patrzysz, jak znikają. Mam też kolegę Przemka na skejpie. Przemek chodzi do specjalnej szkoły. Mają tam dużo zabaw. Ta szkoła jest inna od wszystkich. Przemek bardzo bije dzieci, więc często ląduje w izolatce lub dostaje taki płyn do picia i wtedy staje się grzeczny jak dziecko. Mówi że to ohyda, ale fajne ma wtedy sny. Koniecznie muszę kiedyś spróbować tego napoju. Mam też w znajomych Pana Marka. Często każe mi robić sobie zdjęcia w łazience (powiedział mi nawet, jak mam stać) i potem mówi mi po kolei, jak mam te zdjęcia wklejać, czy jakoś tak, na komputer. Dużo się przy nim nauczyłam. Jestem już zaawansowana w tej całej technologii, jak mówi. Właściwie nie wiem, po co mu moje zdjęcia, ale mówi, że jestem fajną babeczką jak na tyle lat i nieźle sobie radzę.

Cholera, coś śmierdzi. Zaglądam, ciasta jakby nie było. Cienkie coś. Popstrykam trochę bitą śmietaną i będzie jak z cukierni. Mama na pewno się ucieszy. Zaraz wróci z mopsu, ale najpierw przyjdzie Pani. Pani zawsze przychodzi w tym dniu przed mamą.

O nie, już jest! Słyszę otwieranie drzwi, to pewnie ona, Wanda, koleżanka mamy. Nienawidzę Pani Wandy. Często nazywa mnie dałnem i mówi, że bardzo się ślinię.

− Co ty dałnie robisz?! − krzyczy Pani Wanda, stojąc w drzwiach naszego mieszkania. Nie chciałam oblać Pani Wandy kawą i wetrzeć tłustych palców z ciasta w jej białą sukienkę, ale to zrobiłam i jakoś tak bardzo się ucieszyłam. Niech głupia pinda wie, że do mnie nie wchodzi się bez pukania.

Anna Sadzik

Urodziłam się i mieszkam w Krakowie, publikowałam m.in. w „PKPzin”, „Akancie”, „Gazecie Kulturalnej”. Ukończyłam kursy scenopisarskie w Krakowie i Warszawie. Pasjonatka perkusji, pianina, dobrej muzyki i filmu, czasem śpiewa, dawniej bardziej niż czasem, nadal przed debiutem.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!