Błękitna trawa

Inauguracja służby innych narodów, w osobie Majki, dla narodu amerykańskiego, czyli „państwa” zaczęła się stwierdzeniem – Żona będzie nieco później. Ja się nie znam. – Pan domu pokazał nieskazitelne uzębienie, bąknął – Jackie jestem – i zaprowadził nową pomoc domową do swojego gabinetu. W poczuciu niezręczności, pośpiesznie dopadł drzwi, ale po chwili powrócił z bambetlem kolorowych pism pod pachą. Majka opuściła żagiel „New York Timesa”, znalezionego na stoliku przed kanapą, aby spojrzeć w poszerzone zdziwieniem szparki wąskich, normalnie chyba przypominających poziome dziurki na guziki, oczu. Gospodarz rzucił na stolik babskie czasopisma, odzyskał kontenans przez wzruszenie ramionami, wydobył z siebie dźwięk „hm” i wyszedł.

Dom podobny do wraka trwał pogrążony w głębinie ciszy. – Przedburzowy bezruch – pomyślała Majka – i proszę, żadnych myśli negatywnych, to zajęcie na chwilę, a potem już wolna przestrzeń i swobodne żeglowanie. Ciągle dolar jest królem walut, dwadzieścia tysięcy. Potrzebuję dwadzieścia tysięcy.

Rozległ się tupot, a z nim krzyk i pisk. Tupot wtargnął na piętro, tam uległ rozszczepieniu. Pisk przebiegł schodami koło gabinetu, krzyk zamotał się z piskiem. Majka usiadła w pozycji na baczność. – Godzina zero – pomyślała. Koła cyklonu przebiła i wpadła do gabinetu około trzydziestoparolatka o rozwianych, tlenionych na kilka kolorów włosach i porażającym bielą uśmiechu. Znały się z pierwszego spotkania i ekstrawertycznie nastawiona, blond gospodyni wyjęta niemal z okładki „Good Housekeeping” o imieniu Jodi trzasnęła drzwiami za sobą. Kordialnie powitała Majkę uściskiem typu „misiu-misiu”. – Na razie zajmiesz się tylko domem, po przeszkoleniu dostaniesz pod opiekę naszą maleńką Lolę, ale dopiero kiedy pielęgniarka odejdzie. Mój mąż bardzo ciebie polubił, uznał, że jesteś osobą godną zaufania.

– Szybki – Majka pomyślała.

– Na razie nie mamy dla ciebie pokoju – klepała Jodi – będziesz nocować w jego gabinecie. Te zazdrostki możesz zaciągnąć, dla prywatności. Chodź, poznaj chłopców.

W salonie oprócz wykonanego na zamówienie ikonostasu telewizyjnego dominowały klocki lego. Chłopcy spojrzeli na Majkę niczym na mebel i powrócili do walki o elementy do swoich projektów. Na środku kanapy kubatury Arki Noego siedział, wcześniej poznany przez Majkę, Jackie i na rękach trzymał zawiniątko z małą śpiącą buzią. – Królewna – pomyślała Majka. Kurtuazyjnie nachyliła się i delikatnie pogłaskała wierzch rączki dziewczynki krzywiącej dzióbek w niby-uśmiechu.

– Och, zobacz, nasza panna już lubi swoją nianię. – Jodi nie przerywała słowotoku. – Jest Jackie junior i senior; zbieżność jedynie, bo Junior i Brad są moimi synami, a Eric i Derren Seniora. Derren, nie Darren – tak chciała jego mama.

Uprzejmości zakłóciło dudniące „dobry wieczór” i wtoczyła się Murzynka przypominająca gabarytami polski stóg siana, co jeszcze podkreślał trawiastego koloru uniform. Roześmiana i zadowolona z siebie zaczęła, niepomna na śpiącą drobinkę, opowiadać.

– Wesele było znakomite. W przyszłym tygodniu dostanę zdjęcia – bezceremonialnie zabrała małą i położyła w kołysce swojego szerokiego ramienia. Drugą ręką łapiąc za balustradę, podciągała jak dźwigiem całą resztę rozległej osoby. Dłoń, łokieć, sapnięcie i następny stopień. Wszystko bez zbędnych drgań, aby królewna gładko podróżowała na piętro.

Nagle Jodi pociągnęła Majkę do kuchni i zniżyła głos. – Od mojego męża masz 350, a ode mnie 50. On nie musi wiedzieć o wszystkim.

– Czy mogę czasami użyć komputera?

– Oczywiście, ale ja nie mam o tym pojęcia, pytaj męża.

Pierwszy tydzień kręcił się wokół Majki, jej umiejętność obsługi mikrofalówki, pralki i suszarki uznano za objaw absolutnego geniuszu. Do księżniczki Loli jednak dopuszczona nie została, z wyjątkiem sporządzenia mleczka, czyli nasypania miarki proszku i zalania go zimną wodą z kranu. Potrzepania zawiesistym płynem dokonała mamusia. O karmieniu piersią nie mogło być mowy, tak postępują White Trash Girls, bo nie stać ich na formułę, która, według doktorów, zaspokaja lepiej niż pokarm z cycka zapotrzebowanie na witaminy, mikro- i makroelementy. Również uwalnia mamę z łańcucha konieczności siedzenia z nowonarodzoną nieciekawą kukiełką.

Majka czekała, że po wypiciu napoju o konsystencji i kolorze płynnego gipsu, czego ona sama nie miałaby odwagi spróbować, Lola dostanie skrętu kiszek, a przynajmniej biegunki, niestrawności, bolącego brzuszka ze wzdęciem. Pogotowie okazało się niepotrzebne. Mała rosła zdrowo i fikała ochoczo rzucona przez tatusia lub mamusię na łóżko rozmiarów lotniska.

Murzyński Stóg Siana, będący dyplomowaną pielęgniarką, strzegł swojej wyłączności, aby fucha po 250 dolców za dobę z jedzeniem nie została skrócona z powodu bystrości jej następczyni. Do kompletu z uchodźstwa po połogu pani domu powrócił pies, duże wilczurowate bydlę. Majka nie znała ras, widziała jedynie świra w oczach czworonoga, długie uszy, z których jedno zwykle wywijało się środkiem do góry i przylegało do jego głowy, udając spłaszczony uliczną szarpaniną damski kapelusz. Ucho najczęściej ulegało deformacji, gdy wracał z peregrynacyj osiedlowych, najczęściej doprowadzony przez litościwego sąsiada, i otrzepywał wilgoć, brud, trawę, różane kolce, a nawet „dziady” wprost na biel mebli kuchennych.

Tydzień biegł i nadchodziło kilka godzin wytchnienia. Po drodze jednak należało przeżyć czwartek, który tak naprawdę zaczął się w chwili powrotu ze szkoły, albo inaczej, wtargnięcia komanda czterech, a raczej trzech, bo Derren, najmłodszy ze wszystkich – syn Jackiego Sr. – szedł spokojnie na końcu, nieobecny, zasłuchany w siebie, zapomniany przez resztę zwierzyńca. Huragan przeleciał tylnym przedpokojem, schodami i korytarzem na piętrze, aby rozlać się szeroko po wszystkich pomieszczeniach. Derren podniósł głowę i zawrócił z połowy schodów. Usiadł koło Majki siedzącej w salonie z ikonostasem telewizyjnym i niańczącej chwilowo Lolę, w czasie gdy Stóg Murzyński, dzisiaj w uniformie odblaskowo-różowym, podgrzewał kanapkę w opiekaczu.

– Powinien umyć ręce – Majka pomyślała, ale nie zrobiła nic, aby zniechęcić półbraciszka do głaskania półsiostrzyczki. – Nie wolno, bo odtrącenie może zostać na całe życie – spojrzała na chłopca z sympatią.

Dzieci w tym domu lekcji nie odrabiały, nie istniał czas na rozkładanie zeszytów, cisza bez telewizji, kontrolowanie zeszytów, czy nękające rodzicielskie pytania o detale z życia szkolnego. Po siódmej wieczorem państwo „stroiło się” do wyjścia z wizytą lub do knajpy na obiad.

Troskliwa rodzicielka zamawiała pizzę dla dzieci i posiłek nieco bardziej skomplikowany dla pielęgniarki i Majki. Po trzaśnięciu drzwi troglodyci dostawali małpiego rozumu. Jodi mogła nagle jednak powrócić i nie reagując na wybuch wulkanu temperamentów chłopięcych, podać wiadomość z ostatniej chwili, że ma być zmiana absolutnie wyjątkowa, bo przed dziesiątą mama czwartkowych ma ich zabrać do domu.

Niezauważony Derren jednak, nie czekając, usnął. Nie całkiem niezauważony, Majka powiedziała mu dobranoc, wiedząc, że zakłóca międzydomowe zasady. Nikt nie miał pojęcia o konspiracji. Derren nie musiał późnym wieczorem w piżamie i z misiem, należącymi do gospodarstwa jego ojca, jechać samochodem o chłodnych skórzanych siedzeniach do domu mamy, gdzie jego zabawki rozrzucały dzieci jakiegoś obcego faceta.

Rano w piątek Jackie Sr. zabrał syna samochodem i zawiózł do szkoły. W ten sposób mały wygrał godzinę sam na sam z ojcem.

Wyjątkowy wieczór przyniósł jeszcze jedną niespodziankę. Około ósmej do troglodytów dołączyła dziewczynka o wzroku Gorgony i dredowatych lokach. Była to córka siostry Jackiego Sr. Miała osiem lat i trzech starszych braci między dziewięć i szesnaście. Prawdopodobnie wyrąbywała sobie wśród nich prawo do niezależnego istnienia. Wraz z plecaczkiem osobistych niezbędności doniosła do domu wujka Jacka i nowej cioci niesłychaną bojowość. Nie czekała na objawienie dążeń dowódczych najstarszego potomka w tym domu, Erica, ale wzięła politykę przemocy w swoje ręce. Dotkliwie pobiła Brada, który wcale nie wstydził się rozbeczeć i naskarżyć na obcą jemu dziewuchę, jakiekolwiek jej imię.

W piątek rano, po wyjściu wszystkich, trwała pokomunijna cisza. Domownicy na serio i przybłędy rodzinne rozbiegli się do szkoły i do pracy, na siłownię i, nie wiedzieć dlaczego, do psychiatry jeszcze nie.

Sypialnie zamarły w pohuraganowym bezruchu zniszczeń, a ogrom demolki obezwładniał. Majka wsparła ramię o framugę drzwi do pokoju Stogu Murzyńskiego, który właśnie coś tam dłubał koło ciałka kwilącej Loli i zagaiła:

– Hej, Donna – nie mogła mieć inaczej na imię wielka ciepła czarna „mama”.

– Hej! – I właściwie konwersacja skończona, ale Majka udawała skrajne zainteresowanie sposobem zakładania kaftanika na maleńkie łapki.

– Jodi miała komplikacje i zrobili jej cesarkę – nagle Donna przecięła ciszę. – Mała miała dużą niedowagę. Teraz już jest nie tak źle, ale ciągle jest malutka, choć ładnie je i lepiej już śpi i już tak nie płacze.

– Ona nie płacze? – Majka zdziwiła się na dnie duszy. – To jak było, gdy płakała?

Majka westchnęła i pomaszerowała do pokoju Erica i Jackiego Jr. Łóżka stały tam dwa piętrowe, na wypadek gości. Wszystkie obecnie skołtunione, upaprane piciem, jedzeniem, a Ericowe spermą. – Nie wezmę tego w gołe ręce. – W szafie w kuchni znalazła parę gospodarczych, jeszcze nierozpakowanych, bardzo dużych rękawiczek, lepsze takie niż żadne. Donna, opierając balonowe ramiona o biodra rozmiaru kadzi na deszczówkę obciągniętą ostrym pomarańczem spodni, stanęła na progu swojego królestwa, gdy Majka poprzedzona przybrudzoną chmurą prześcieradeł i poszewek wyszła z sypialni. – Te rękawiczki – wskazała na Majki ręce – są zbyt duże. Weź z mojego pokoju jednorazówki, jeśli potrzebujesz – uśmiechnęła się. – Też bym tego nie dotykała – wskazała znaczącą chłopięce dojrzewanie, żółtawą plamę na jasnym bawełnianym prześcieradle.

Pralka prała, a Majka taszczyła na piętro odkurzacz należący do parteru, bo piętrowemu zaszkodził bliższy kontakt z kimś niewprawnym. Trzeba mieć inwencję, aby taki „helikon” załatwić. Odkurzacz parterowy włączony przy drzwiach między łazienką i pokojem chłopaków od razu na wstępie niebezpiecznie wskoczył na górne „C”, wciągając końcówkę wykładziny, która wystawała spod listwy progowej. Zanim Majka wyłączyła wycie, część sprutego dywanu i obluzowane nici osnowy okręciły szczotkę. Szarpnięcie i na drewnianej sklejce (nie było gąbkowej podściółki – ci, co budowali, musieli niezwykle oszczędzać) zajaśniał róg kolorowej gazety. – No i proszę, hustlerek, dzieci widocznie zaliczyły „Playboy’a” w charakterze przedszkola, wcześniej. Co tu robić w długie wieczory, gdy odrabianie lekcji jest zajęciem nieznanym, a książek nie ma. Eric przechodzi mutację i ma zmazy nocne. Hormony mu buzują. Może jego? A co się objawi u „państwa”? Umieram z niecierpliwości.

Sypialnia Derrena – na prześcieradle jeszcze mokre plamy pachnące uryną.

Pokój Brada i nieokiełznane rumowisko zabawkowych resztek, nieoczekiwanych i kompletnie nie przydatnych. Czerwona rurka z piórkiem, zielone gumowe kółeczko, klocki drewniane, plastikowe, pociąg z szynami bez szyn, misiek bez oka, małpa bez głowy, cumelek, kubek na picie, pudełko z breloczkami, a wszystko w zawiesinie klocków lego zalegających podłogę od okna po drzwi, rozlezione jak mrówki faraona, w szafie, w łóżku i w szczelinie odtwarzacza video. Majka pojechała na szklanej kulce i omal nie usiadła w szpagacie. – Można życie stracić – mruknęła. Skarby Brada zawierały książeczki o dziwnym tytule Pokemon. Co za cholera? Po co tyle tego tutaj? Ile lat ma Brad? Dziesięć? I czyta kolorowe bajki dla przedszkolaków?

Garderoba „pani” nie sprawiła niespodzianki, pozostawała również w stanie tuż po wichurze stulecia. Nie walały się tam książeczki z Pokemonami, ale biustonosze, między butami, majtki wystawały z kieszeni palt, nie wiadomo, które czyste, które używane. Podkoszulki powyciągane do połowy, bluzki z powrotem wciśnięte w postaci kłębka. Worki po zakupach w drogich sklepach, a na nich podpaska – chyba zużyta. Na samym dole kłębowisko potwornie drogich butów, w nim torba, podobna wybrzuszeniu na cielsku nażartego węża. A w niej ciuchy kupione w zeszłym roku, jeszcze z metką i z rachunkiem opiewającym na ponad tysiąc dolarów za sweterek z angory, dwie białe muślinowe bluzki i klasyczny „czerwone i czarne” peniuar. Ze środka koronki wyjrzał plastikowy woreczek, taki niewinny, na śniadanko dla chłopców, w którym wcale nie rezydowała stara zapomniana kanapka, ale suszone listeczki o ciemnobrązowym kolorze i obok misterna fajeczka. Z listeczków wychynęły dwa białe koraliki, które przy bliższym spojrzeniu okazały się łebkami kosmonautów lego. – Te klocki posiadają żywotność karaluchów – pomyślała Majka.

– Jeśli ja natrafiłam za pierwszym razem – obracała woreczek w dłoniach – idę o zakład, że Brad już tu urzędował wielokrotnie. – Na dole trzasnęły drzwi. Majka dała susa do łazienki. Tam rzuciła się na mycie luster, kibla i wanny. Jackie Sr. wszedł do sypialni.

Majka skorzystała z okazji, a może chciała odwrócić uwagę, wyszła na jego spotkanie i zaintonowała poddańczo – Jack, może nie wiesz, ale Derren dzisiaj posiusiał łóżko.

– Tak, wiem, nieważne tak bardzo, wyrośnie. – Wzruszył ramionami zbyt szybko i niecierpliwie. Poszedł do następnego pokoju, zabrał czarną skórzaną grubą teczkę z papierami. Cicho trzasnęły drzwi wejściowe.

– Po co ten strach? Przecież nie ja palę? A może oni tego w ogóle nie ukrywają przed dziećmi?

Tydzień drugi zaczął się cicho i przyjemnie, nikogo w poniedziałek. Rano znowu góra prania i co robić z myckami porzucanymi na podłogę, walającymi się również w kuchni i salonie. Zbierała je i wciskała do reklamówki zawieszonej na klamce. Jodi machnęła ręką w drodze do wyjścia na kolejną sesję odchudzającą. – Och, nigdy nie zrobią z tym porządku, a tak proszę, aby brali z domu. Zapominają i dostają nowe w hederze. Możesz je powyrzucać. Maja, dzisiaj zostajemy w domu – rzuciła zza wpół otwartych drzwi – przyrządzimy dobry obiad z lampką wina. Czy zechcesz mi pomóc?

– Oczywiście – inna odpowiedź nie istniała. Została zawołana około czwartej i na komendę pani domu, wystrojonej w jedwabny szlafrok dzienny i noszącej Lolę, otworzyła dwie puszki zielonego groszku i jedną dużą marchewki. Zaproponowała połączenie składników sosem. Państwo się „zachwyciło”. Może by tak od czasu do czasu ugotować coś dla dzieci? Na szczęście, do domowych zup nie doszło, bo czwórka, ale nie do brydża, miała już ukształtowane kubki smakowe na hardkorowy fast food, z pewną modyfikacją w postaci kanapki z ciemnego, nie mniej miękkiego chleba dla Jackiego Jr. W tym domu nie tylko nie odrabiało się lekcji, nie czytało na ogół, ale również nie przyrządzało się posiłków, bo gorący obiad jest przesądem, a niemowlak może pić wodę z kranu. Należy oddać sprawiedliwość. W rejonie Detroit woda jest znakomita, czysta i zdatna do picia, nawet bez filtra, który ten dom miał zamontowany centralnie, tak że nawet klocka spłukiwano organicznie.

Pośredniczka, która załatwiała robotę Majce, dotrzymując obietnicy, pojawiła się po tygodniu, wpadając tuż przed zakończeniem grillowania przez Jackiego Sr. Nie interesował ją wspólny obiad i z niechęcią spojrzała na górę spalonych kurczakowych piersi wnoszonych z tarasu do kuchni przez pana domu. Gotówka pierwszej wypłaty przepłynęła jedynie przez Majkę od chlebodawczyni do Kazieńki, która przyjechała po równowartość pierwszej wypłaty.

Wieczorami najczęściej rodziców w domu nie było. W czasie, gdy konsumowali homary, kawior czy zwykłą pieczeń z dopłatą za jakość budynku i jego dekoracji, w domu na stół wjeżdżało pudło, a w nim dymiła pizza rozpiętości dętki od traktora „na płasko” otoczona zwykle bieluteńkim chlebkiem, nadziewanym roztopionym serem. Pielęgniarka niezmiennie zamawiała drobiowe elementy w bogatej panierce smażone na ociekająco, frytki i sałatkę z surowej kapusty słodkiej. Do Majki należało poukładanie papierowych talerzy i serwetek. Następnie plastikowych sztućców i nierozbijalnych szklanek.

Dzieci dopadały stołu, gramoliły się, popychały, wykładały nogi na szklany blat, mogły nawet przykleić gumę do żucia pod nim, aby wbijać nieruchomy wzrok w uwięzione bąbelki powietrza. Dobrze, jeśli nikomu nie wpadło do głowy, aby je uwalniać za pomocą, powiedzmy, wykałaczki znalezionej we wnętrzu szuflady ze zdemolowanymi szkolnymi przyborami. Dzieci brały trójkątne kawałki pizzy prosto z pudełka i jadły rękoma, głośno mlaskając. Frytki wkładały w otwory gębowe z góry jak rozciągniętą gumę do żucia. Murzyński stóg, zupełnie sympatyczny przy bliższym zapoznaniu, na osobności uświadomił Majkę – U mnie w domu nie jadamy na papierze i plastikiem, kropka. – Majka kroiła swoją porcję, będąc dorosłą, normalnym nożem na papierowym talerzu i nabijała na widelec. Brad-Pokemon obserwował ją uważnie i próbował naśladować. Nie szło dobrze i nie mogło, do tego należy dziecku podać prawdziwe ciężkie sztućce, a nie gnące się plastiki, które są podobno bezpieczne. – Nie słyszałam – pomyślała Majka – aby polski maluch, przyuczany do poprawnego zachowania w jadalni, zrobił sobie krzywdę prawdziwym widelcem.

Sobota popołudnie, państwo „wystrojone”, szczególnie Jodi, która już niemal doszła do wagi sprzed porodu, w zwiewnych jedwabiach z głębokim dekoltem. Na wysokich obcasach i w pierścionkach o diamentach rozmiaru dorodnego grochu poganiała Jackiego Sr., który nie był zdecydowany co do koszuli. W domu zostawała Majka, Murzyński Stóg, synowie Jodi i pies, koneser wolności. – Bułka z masłem – pomyślała Majka. Jedynie czekało ją przyuczenie do zawodu niani – po raz pierwszy miała dostąpić zaszczytu nałożenia kaftanika na Lolę. Wieczór trwał, do odesłania pawianów do łóżek zostało sporo czasu. Starszy syn Jodi, zwykle zajęty sobą, czyli niepodobnie niż reszta stadła, czytał, co Majce bardzo odpowiadało. Niemniej smarkacz w ogóle jej nie dostrzegał i nie odpowiadał na pytania, szczególnie z gatunku: „co czytasz?”. Tego wieczoru, leżąc na kanapie przed wyłączonym telewizorem, zagłębił się w lekturze. Lola płakała, ale niezbyt intensywnie. Skrzypiało łóżko pod Stogiem Murzyńskim. Brad poszedł do łazienki wziąć prysznic. W ręczniku niedbale zakręconym na biodrach, węsząc przygodę, zszedł następnie za starszym bratem na dół. I nagle Wezuwiusz dał głos bez uprzedzenia. – Oddaj mi książkę! – zabrzmiało dramatycznie. I rezolutna odpowiedź – Po co ci teraz?

– Bo będę czytał. Oddawaj natychmiast!

– Zostaw mnie, nie będziesz czytał ani teraz, ani nigdy, bo nienawidzisz czytania.

– Będę czytał! – krzyczał Brad.

Jackie Jr. wbiegł na piętro i zapadł w sypialni rodziców. Lola włączyła syrenę, więc Stóg Siana zamknął drzwi, odcinając od siebie i dziecka cyrk przemieszczający się teraz po całym domu. Brad wył tak, że poczerwieniał, a oczy wyszły mu z orbit.

– Oddaaaaawaaaaj! – bezsilnie błagał, a Jackie, nieco wyższy i silniejszy, z całym spokojem unosił książkę wysoko i potrząsał nią nad głową. Na podjeździe wył pies. Jackie Jr. zamknął się w łazience, znudzony występami młodszego brata, i wtedy nastąpiło apogeum. Porzucony nieszczęśnik zgubił ręcznik i z gwizdkiem, ale nieco ukrytym pod obwisłym, obtłuszczonym brzuchem biegał, wyzywając. Majka stała bezradna i zawstydzona, a w końcu wystraszona, bo jego nieumyślny striptiz mógł wynikać z jej zaniedbania. Pokemon-Brad trząsł się, podskakiwał, czerwieniał i pocił, a z nim dygotało sadło, również zapuszczone w postaci biustu. Ale jeśli niezmiennie wcina pizzę, chlebki z serem, hot dogi i „waciane” buły? Jackie Jr. natomiast był chudy, nie chciał jeść pizzy – dziwne dziecko. Co za Amerykanin z niego wyrośnie, skoro na obiad zamawiano dla niego kanapkę?

Jackie Jr. uchylił drzwi od łazienki i pokazał uśmiechniętą gębę. – Hej tam, Brad, idź do swoich Pokemonów, są w sam raz dla ciebie – i drzwi zatrzasnął. Goły furiat zaczął taszczyć fotel na kółkach, aby wspiąć się i z framugi zdjąć zapasowy drut-wytrych do zamka. Majka krzyknęła –Ubierz się!

– Ty mi nie będziesz rozkazywać – Brad odpyskował i dalej popychał fotel

– Spadniesz!

– Więc trzymaj mnie. – Nagle stanął, zdjął Majce miarę na trumnę i rozkazał – Daj mi ten klucz, ty tam dostaniesz!

– Najpierw się ubierzesz. – Zza drzwi znów doleciało – Pokemooon! Pokeeeemon! – Brad ponownie dostał furii, ale już nie tak okropnej, widać zmęczony. Pobiegł do sypialni, niczym ranna wiewiórka zaskrzeczał, bo chyba na coś nadepnął. Prawdopodobnie zakładał portki, bo waliły drzwi od szafy ściennej, a potem, sądząc po dźwiękach, wyleciała szuflada na podłogę. Jackie Jr. tymczasem zmienił miejsce przestępstwa i na palcach pobiegł do gabinetu, tego, w którym nocowała Majka. Skulony między tamtejszym ołtarzem telewizyjnym a kanapą, czekał. Pokemon vel Brad odnalazł go bez trudu. Kotłując się, rozwalili łóżko polowe, stratowali rzeczy osobiste niani – pomocy domowej i lejąc wzajem, popędzili do salonu. Niebezpiecznie otarli się o prostokąt telewizora i zagładzie uległa zapomniana, plastikowa szklanka z różowym piciem. Kremową kanapę pokrył wzór z najlepszego okresu Jacksona Pollocka, a kilka kropel kończących projekt opadło na również kremową, o ton jaśniejszą wykładzinę dywanową. Drzwi do pokoju Stogu Siana i księżniczki niezmiennie trwały zamknięte. Kiedy dźwięki konfliktu przycichły, Majka usłyszała nieśmiałe kwilenie i dudniące lalanie.

Wrócili rodzice.

Biła od nich sroga powaga, bo uciekł znowu pies i został złapany przez znajomych z sąsiedniego osiedla.

W niedzielę rano Majka z koleżanką Heleną pojechała na wycieczkę do polskiego kościoła w Orchard Lake. Lepsza msza niż niedzielne pozostanie w zasięgu rażenia rodziny. Po nabożeństwie parafialny polski obiad, zawiesisty i tłusty, znajomy, czyżby nawet podtrzymujący na duchu? Majka opowiadała – Tam zbyt długo nie dam rady. To dom wariatów.

– Mówiłam ci, nie idź do dzieci, bo się wplączesz w nieustającą robotę, posprzątasz z jednej strony, a one nasypią płatków z drugiej. Popodbijają sobie oczy, a ty będziesz winna. Mówiłam, ale jesteś uparta i masz. Weź pieniądze za tydzień i odejdź.

– Helena, płacą w poniedziałek, a poza tym tak jakoś nieładnie.

– Ładnie. Oni wiedzą i chcą urwać tygodniówkę, bogacze zasrane. Nie przejmuj się nimi i ich dziećmi. Martw się o siebie. Gówniarzom nic nie będzie. Mają taką forsę, że mogą być pomyleni. A niań do tej królewny, zanim dorośnie, zmienią piętnaście.

– Ale Kazia więcej niczego nie załatwi

– Załatwi. Idź do starych ludzi. Posprzątasz raz na dwa tygodnie, ugotujesz, pojedziesz na zakupy i będziesz sobie robić manicure albo czytać te twoje książki.

Wolne popołudnie. Państwo „zabrało” wszystkie dzieci i „pojechało” do rodziców Jodi. Raczej do jej matki i ojczyma, bo tutaj również nastąpił w zamierzchłych czasach rozwód i z następnego stadła przyszedł na świat najmłodszy pół-brat Jodi o jakimś imieniu. Stóg Siana wystrojony w żółć siedział bezczynny w salonie z ikonostasem. Majka cichutko, aby pielęgniarka nie usłyszała, pobiegła tylnymi schodami do pokoju Jackiego Jr. i Erica, gdzie znajdował się komputer, aby w końcu po dwóch tygodniach milczenia napisać do Andrzeja Bogumiła.

Wiem, że zwątpiłeś, ale pracuję na zarwanym lotnisku w Tel Awiwie. Tutaj nawet pies ma szmergla. To duże, rozpuszczone, znerwicowane bydlę, pewnie po rozwodzie jego starych, którzy podobnie jego państwu mieli szczęśliwe liczne rodziny przeplatające się według tygodniowego harmonogramu. W podwójnych czy nawet potrójnych zestawach wymiennych dowolnie i w dodatku z pasierbami i pasierbicami własnymi oraz sióstr i braci. Bono – bo tak dźwięcznie nazwano półdiablę, uwielbiające świeże powietrze i wolne przestrzenie, które odzyskuje, dłubiąc podkop pod ogrodzeniem osadzonym w betonowej podstawie. Albo on jest wyjątkowym desperatem, albo murarze spieprzyli. Jest jeszcze prawdopodobieństwo, że jest skoligacony z Meksykanami dłubiącymi podkopy w celu dostania się do USA. Pozdrawiam, Majka

ps. znów kiedyś napiszę.

Ponownie czwartek. „Pan” wcześniej zabrał kije golfowe i tyle go widziano, a „pani” jeszcze nie wróciła z zajęć fizycznych. W ciszę wpadli troglodyci. Dwóch od Jodi, dwóch od Jackiego Sr. i ich czterech kolegów. Górował bas Erica, który przeszedł w kogucie pianie. Rozpierzchli się po domu. Trzaskały drzwi od lodówki, jogurty rozpryskiwały się na podłodze, odpakowany lizak, nie o tym smaku, którego chciano, przylgnął do granitu wyspy kuchennej. Płatki kukurydziane rozsypane, podeptane na pył, dopełniały scenerii. Pudło lodów sięgnęło świeżo zmytej podłogi. Dwóch obcych walczyło na górze, Maja zaaresztowała ich w osobnych pokojach, ale kiedy na dole wybuchła awantura o miejsce na kanapie, ci z góry dokonali ponownego gladiatorskiego zwarcia.

Za pobojowiskiem wyrósł nagle rozjuszony pan domu. – Co się tutaj dzieje?! – ryknął. Tak działa porażenie prądem. Rozdygotany materiał paraludzki zamarł w zastanych pozycjach. Nareszcie prawdziwy negocjator. Dzieci zostały rozwiezione do domów, okazało się, że Pokemon urządził absolutnie dziką wycieczkę. Namówił gówniarzy z klasy niżej, aby z nim wysiedli. Tam dołączyli bracia przyrodni. Trudno się dziwić, że gdy matki nie zobaczyły swoich pociech wysiadających na właściwym przystanku, dostały histerii ze strachu. Kierowca też oberwał, bo niczego nie dostrzegł.

Pokemon został ukarany. Żadnych wycieczek, wizyt i odwiedzin z nocowaniem przez dwa tygodnie ani oglądania telewizji. Majka zastanawiała się nad egzekucją tej ostatniej kary, skoro w tym domu było więcej telewizorów niż pomieszczeń. Nawet w łazienkach zainstalowano małe przenośne pudełka, aby nie było nudno przy myciu zębów czy robieniu kupki.

Brad protestował. Repertuar miał bogaty i brzmiał następująco – Jackie, jesteś niesprawiedliwy – do ojczymów i macoch zwracano się po imieniu – ja nic złego nie zrobiłem, niczego nie zniszczyliśmy, ani nie robiliśmy hałasu – łgał. – W ogóle nie muszę mieszkać z wami, wiesz o tym, mogę w każdej chwili odejść. – Jackie Sr. milczał i Majka założyłaby się, że nie miałby nic przeciwko wyprowadzce pasierba. Przynajmniej do czasu wybudowania nowego domu o wymiarach jeśli nie Wawelu, to pałacu w Wilanowie.

W końcu wkroczyła rodzicielka i Pokemon lał łzy. Nagle zmiana, ojczym w jednej chwili niewinny. – Ona – Brad wycelował palcem w Majkę – ona nie chciała mi otworzyć łazienki – przypomniał sobie sobotnią awanturę.

Jodi wieczorem zapukała do gabinetu, gnąc dłonie, kłaniając się niemal po chińsku i tonąc w eufemizmach, rozpoczęła reprymendę. – Nie rozmawiałyśmy o tym w sobotę, bo było późno, a rano wyszłaś przed naszym przebudzeniem – zabrzmiała delikatna wymówka. – Brad powiedział, że nie chciałaś wpuścić go do łazienki. – Majka spokojnie odparła – Brad chciał odebrać książkę Jackiemu. Chciał się wspinać na fotel na kółkach i ja nie pozwoliłam. – Jodi wciągnęła powietrze. Majka nie dodała, że łazienek w tym domu jest tylko o kilka mniej niż telewizorów. Błyskotliwość nie wchodziła jednak w zakres jej obowiązków.

Następnego dnia Majka została dopuszczona do Loli. Zmieniła jej pieluchę i podała butelkę z płynnym gipsem. Murzyński Stóg zaanonsował, że odchodzi do następnej pracy. Miało być gruntowne szkolenie obsługi pieluchy, papu i lulu, tymczasem zakończyło się niemal studiami eksternistycznymi z łagodnym egzaminem.

Rankiem panna Lola zwykle leżała w wibrującym foteliku na środku wyspy kuchennej i nic nie zwiastowało końca świata z powodu odejścia Donny, która na odchodne spowita była w bluzkę wielkości namiotu wysokogórskiego drukowanego dla uciechy świstaków w misie, żółwiki i baloniki. Mama panienki przygotowywała w tym czasie dla szympansów kanapki z masłem orzechowym i dżemem lub czymś podobnym do mortadeli. Potem Lola przechodziła pod jurysdykcję niani i miała być karmiona za każdym razem, gdy stęknie, oraz godzinami noszona, lulana i husiana – czas na potrzebę naturalną niani nie został uwzględniony. Jeśli odłożyłoby się królewnę na sekundę, rozpoczęłaby koncert dziecka nieskończenie pokrzywdzonego, któremu porzucenie na minutę zostawi traumę do końca życia. Na piętrze należało puścić wodę w łazienkowej umywalce i pod prysznicem, aby uśpić księżniczkę.

Dwa dni po odejściu pielęgniarki Majka chciała uciekać.

Dzień zaczął się normalnie. Tata Jackie Sr. kołysał Lolkę przed wyjściem do pracy, Jodi majstrowała kanapki, a Majka właśnie sypała suche żarcie do miski psa, gdy do kuchni spadł z piętra z wigorem oddziału Indian Pokemon, powiewając prześcieradłem niczym transparentem.

– Derren się znowu zesikał, zesikał, zesikał! – wył potępieńczo. Okrążył stół w jadalni, pobiegł do gabinetu, ale wrócił rozczarowany, nie mogąc niczego kopnąć czy wywrócić. Majka już tam nie mieszkała, a on o tym zapomniał. Popędził z powrotem na piętro.

Jackie Sr. starannie odłożył swoją księżniczkę w fotelik i w kilku susach dopadł schodów. Dom ogarnęła cisza, jakby ktoś pilotem wyłączył głos. Jodi odłożyła nóż upaprany dżemem i udała się za mężem.

O szyby uderzył rzęsisty majowy deszcz, michigańska ulewa, bez uprzednich symptomów, pozwalających przewidzieć jej nadejście. Ściana wody, istna myjnia samochodowa, gdzie nie widać nic i nie słychać niczego oprócz szumu. Byłoby cudownie wybiec na taras, rozłożyć dłonie i wchłaniać najcudowniej miękką wodę w ciało i włosy, ale to na wolności. Z szumiącej ciszy powrócili rodzice i spłakany, ubrany do wyjścia Derren. Zniecierpliwiony tato popychał syna, który znów wygrał z nim samochodowe sam na sam.

Przestało padać. Deszcz nagle wygasł, słońce zadygotało w kropelkach wody i w oparach wędrujących natychmiast do nieba. Tęcza zachybotała za nowobogackim osiedlem bez drzew. Proste i prostackie domiszcza, pomimo starań dywersyfikacji fasad, krzyczały jednakowością. Trzy piętra, poddasze, główne wejście, podjazd. Obowiązkowo co najmniej trzy samochody w garażu. Najlepiej dwa mercedesy i jeden największy Lincoln Navigator do wożenia dzieci. Niewielkie ogrody zawierały ozdobną, usychającą z braku dbałości trawę, kamienie malowane na mokro i zaniedbane róże. Duże domy ze zbyt małymi basenami, aby popływać, bez cienia wiekowych drzew, pozbawione patyny starych pieniędzy.

Lola spała, dopóki rodzice nie zamknęli drzwi za sobą, zaprogramowany czujnik ich nieobecności działał bezbłędnie. Ciche kliknięcie zamka i oczka w pełni odemknięte, brzuszek naprężony, płucka na wdechu, kilka ostrzegawczych stęknięć i syrena włączona niczym w przypadku wzdęcia rozsadzającego maliznę albo ból uszek lub główka bolała od kataru. Majka zatem Lolkę na ramię i na piętro do łazienki, aby poodkręcać wodę. Pomogło. Lola włożyła paluszek do buzi, obserwowała świat. Majka spięta i obolała z jednej strony od karku po krzyż z powodu unoszenia ramienia pod główką niemowlaka maszerowała teraz korytarzem do tylnych schodów i z powrotem. Kojący szum zapewnia ciszę, ale dom pełen niespodzianek jedynie drzemie. Dźwięk zasuwania drzwi, głuchy tupot i przed Majką pies neurotyk, raptownie zmieniający kierunek pod ścianę. – Rany boskie! – Majka jęknęła – zapomniałam o tym pomyleńcu. Zabiją mnie, jak zobaczą, ale kto go wpuścił? Nikogo nie ma! – Wystraszona, ale do końca odpowiedzialna, nie pobiegła na dół z dzieckiem. Lolkę zaniosła do sypialni rodziców, gdzie mała natychmiast zaczęła płakać. Pies obleciał dom w tym czasie, sądząc ze śladów pozostawionych na jasnej wykładzinie dywanowej, trzykrotnie i w ten sposób pozbył się całego błota ze swoich łap. Zawinięte ucho ociekało brudną wodą, a drugie w tym czasie obijało białą ścianę. Majka niepewnie zeszła na dół. Koło kuchennej wyspy stał Pokemon i z blatu wcinał rozsypane płatki śniadaniowe.

– Jestem gotowa, aby odejść natychmiast – zadecydowała Majka. Pokemon chyba usłyszał jej myśli. – Teraz cię Senior zwolni – wycedził, przymrużając jaszczurcze ślepka i sypiąc płatki do jamy gębowej. Spojrzał na blat z ukosa i z zastanowieniem uniósł rękę, nagle zmiótł nią całą zmiażdżoną kukurydzianą resztę na podłogę w kierunku przysychającego do podłogi kuchennej błota. – A ja się tym sakramencko zmartwię – pomyślała Majka. Wzruszyła ramionami. – Czy mówili, że zostaje w domu? Czy coś przeoczyłam? – Majka zostawiła Brada i poszła na tylne schody, skąd było bliżej do sypialni, gdzie leżała i wyła Lolka. Zadzwonił telefon, odebrał Pokemon, po czym przyleciał na piętro do sypialni rodziców ze słuchawką. Wrzask niemowlaka brzmiał dźwięcznie, co znakomicie było słychać przez telefon. Dzwoniła Jodi. – Przepraszam, zapomniałam powiedzieć, że Brad zostaje w domu, bo się źle czuje. Gdybyś mogła dać mu rosołu, bo chyba ma trochę podwyższoną temperaturę.

– Skąd mam wziąć rosół?

– Z puszki, są w szafie.

– Oczywiście – odparła i pomyślała – idiotyczne pytanie. Oni nie znają nic innego oprócz zupek à la Andy Warhol.

Majka wzięła fotelik i posadziła w nim Lolkę na środku korytarza. Przytaszczyła wiadro z wodą, szczotkę, ręczniki papierowe i zabrała się do szorowania wykładziny. Nie dała rady. Lolę należało nakarmić, Brada obsłużyć, psa wypuszczać i wpuszczać do domu. Jackie Sr. zastał usmarowane schody tylne i połowę górnego korytarza. Nie wiedziała, że w czasie deszczu ten, kto wpuszcza psa, ma obowiązek mycia łap. Brad natychmiast musiał Majkę przeprosić, choć wił się z obrzydzenia. Została wezwana kompania do usunięcia szkód.

Czy odsiadka została zaliczona w całości, Majka nie dowiedziała się. W sobotnią noc, a raczej nad ranem, zjawiło się państwo u zaspanej Majki.

~kawka: dobrze, że jesteś

Andrzej Bogumił: Myślałem, że cię bachory zadusiły.

~kawka: prawie, wczoraj w nocy „pani” w stanie niebezpiecznie chwiejnym w stosunku do jej bardzo wysokich koturnowych obcasów i ze źrenicami wielkości bulajów na Tytaniku, radosna jak skurwionek, w lansadach i pełna uśmiechów oraz jej bardziej skupiony małżonek stanęli u mych drzwi. On wcisnął mi jego tygodniówkę, a pani udała, że nie pamięta, że ma mi zapłacić resztę. Pragnęli, abym niezwłocznie opuściła z ich dom. Była godzina druga w nocy, Detroit i ja bez samochodu.

Andrzej Bogumił: Znaczy, nie nadajesz się do takiej poniewierki, wracaj.

~kawka: super, wracam, a ty dajesz mi zatrudnienie, pełny etat, bezpiecznie, sympatycznie, wyrozumiały boss.

Andrzej Bogumił: coś znajdę.

~kawka: zatem szukaj. Powodzenia. Ty znajdziesz, ja skończę rozwód i wtedy zobaczę, zjadę na stałe do pierwszej ojczyzny, którą uwielbiam miłością nieodwzajemnioną.

Andrzej Bogumił: Wracaj, stąd też możesz dokończyć rozwód.

~kawka: Nie! W Polsce babę, czyli mnie, sąd na spółkę z mężem (ciągle bieżącym) obskubią na cacy, tutaj nie muszę nawet do sądu iść, samo się załatwi, a on musi dać rekompensatę za wymówienie mi posady żony, niech nie podskakuje, bo założę sprawę o alimenty.

Andrzej Bogumił: Nie przesadzaj z tym brakiem kobiecych przywilejów w Polsce, właśnie zmienili prawo.

~kawka: ale mentalności nie zmienili, a teraz coś ci poopowiadam.

Andrzej Bogumił: Wal.

~kawka: państwo „miało” marihuanę, co nie jest wykroczeniem moralnym zbyt wielkim, ale listeczki były wręcz przeznaczone do odnalezienia, a na półce nieco trudniejszej, bo ja miałam kłopot, aby dosięgnąć, w pudle spoczywały pornosy gazetowe i filmowe. Narzędzia tortur: pejcz, kajdanki, sznury i skórzane wdzianka fantazyjnie powycinane. Na dnie znalazłam fotki pani domu, całującej się z inną ślicznotą, tylko że brunetą. A nowe dziecko państwa ma na imię Lola.

Andrzej Bogumił: Śliczne imię, a one na golasa?

~kawka: dzidziuś tak, a tobie jedno w głowie.

Andrzej Bogumił: Oczywiście, chłop jazdem 🙂

~kawka: rodzice maleńtasa nie kojarzą chyba, nie znalazłam tam ani jednej książki, tylko horrory, harlekiny i magazyny takie do gotowania, wycinanek i dekoracji na Halloween, dlaczego nie szkoda lasu ciąć? Wystarczy zabawy w nianię. Na zakończenie obsmarowali mnie, że nienawidzę dzieci. Mogę powiedzieć, że tamtych, owszem, nie lubiłam, ale zaraz nienawidzić… o, jeszcze nałgali, że paliłam papierosy, porąbało ich, właśnie pół roku mija bez dyma. Jutro pogadamy?

Halina Kaczmarczyk

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!