Specjalne walory. O książce Gellerta Tamasa Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści.

„Trzeba mieć specjalne walory, żeby się dostać do [szwedzkiej – przyp. Sz.M.] telewizji czy gazety. Kapuściński nie zdałby na tutejsze studium dziennikarskie. […] Dziennikarzom się wydaje, nawet jeśli się do tego nie przyznają, że ich zadaniem jest pokazywać, kto jest dobry, a kto zły, i stanąć po słusznej stronie” – to słowa Macieja Zaremby, szwedzkiego reportażysty polskiego pochodzenia, wypowiedziane w wywiadzie udzielonym Magdalenie Błędowskiej i Agnieszce Wiśniewskiej z Krytyki Politycznej. Zaremba, stały współpracownik największego szwedzkiego porannego dziennika „Dagens Nyheter”, autor Higienistów – wstrząsającego reportażu na temat szwedzkiej tradycji eugeniki, będącej mrocznym i wstydliwym rewersem polityki państwa dobrobytu – jest postacią, która w kwestii stawiania diagnoz szwedzkiemu społeczeństwu wydaje się wiarygodna. Jego wnikliwą i odważną książkę, po lekturze której piosenki Abby nigdy już nie zabrzmią niewinnie, można chyba potraktować jako wzór reporterskiej rzetelności. Ale nie o niej mam zamiar się tu rozpisywać.

Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści Gellerta Tamasa, pozycja dosłownie opiewana w polskich recenzjach, na nowo rozbudziła we mnie obecną od dawna, ale chwilowo uśpioną nieufność wobec reportażu literackiego jako gatunku. W teorii gatunek ten ma stanowić zapis procesu mozolnego poszukiwania prawdy przez dociekliwego, acz nieuprzedzonego ideologicznie autora, świadectwo przedzierania się poprzez liczne powłoki złudzeń, przekłamań i przemilczeń, skrywających twarde jądro nagiego faktu. Modelowy reportażysta winien więc przedkładać nieskrępowaną ciekawość nad zbiór określonych przekonań, a dążenie do prawdy nad postawę jej depozytariusza. Celem takiego podejścia jest naświetlenie opisywanych zjawisk możliwie kompleksowo i wieloaspektowo, w całej ich złożoności, przy jednoczesnym pozostawieniu czytelnikowi przestrzeni dla własnej interpretacji i oceny rekonstruowanych zdarzeń. Pomińmy literaturoznawczo-filozoficzne dywagacje na temat możliwości adekwatnej referencji czy też zawarcia w dziele literackim jakiejkolwiek „prawdy” w znaczeniu obiektywnym. Reportażysta nie przejmuje się tymi kwestiami, śmiało składa zamaszysty podpis pod Lejeune’owskim „paktem referencjalnym” i opisuje, co widzi, uzbrojony co najwyżej w hipotezę, nigdy tezę. Większość teoretyków reportażu, a tych w Polsce nie brak – bo, jak wiemy, Polska reportażem stoi – zgodnie podpisze się pod stwierdzeniem, że reportaż nie powinien być publicystyką. Cóż z tego, skoro tak często ci sami ludzie, już w roli praktyków, nie są w stanie utrzymać swego publicystycznego temperamentu na wodzy i przy lekturze ich tekstów można wręcz odnieść wrażenie, że cała narosła wokół reportażu wzniosła teoria jest tylko świecą dymną, sprytnie maskującą prozaiczną prawdę, że reportaż literacki stanowi w istocie jedno z najbardziej wyrafinowanych narzędzi wywierania ideologicznego wpływu.

Ale zajmijmy się wreszcie książką Tamasa. Mężczyzna z laserem… to rozciągnięta na niemal pięćset stron opowieść o dobrze nagłośnionej swego czasu w szwedzkich mediach karierze przestępczej niejakiego Johna Ausoniusa, który wsławił się przede wszystkim serią dziewięciu zamachów na imigrantów, będących osobami cywilnymi, z których to ataków zaledwie jeden okazał się śmiertelny (z pewnością tytuł największego ciamajdy wśród seryjnych zabójców ­– jeśliby rozpisać taki plebiscyt – Ausonius miałby w kieszeni). Dodatkowo jegomość ów w pewnym momencie uczynił regularne napadanie na banki swoim głównym źródłem utrzymania, wdał się w niezliczoną ilość bójek z powodu swego porywczego usposobienia, dorabiał się prawdziwych fortun na giełdzie, by następnie w całości przegrywać je w kasynach i w ogóle wiódł życie „na krawędzi”, stanowiące niemal gotowy materiał na książkę. Na treść reportażu Tamasa składają się: opisy wyczynów Ausoniusa, strzępy jego pokrętnej „filozofii”, bogate tło biograficzne, drobiazgowy opis śledztwa prowadzonego przez sztokholmską policję, sylwetki ofiar, a także niezwiązane bezpośrednio z Ausoniusem passusy na temat aktywności neonazistów szwedzkich oraz podejrzanego sukcesu populistyczno-ksenofobicznej partii Nowa Demokracja, mające tworzyć tło klimatu społecznego dla opowiadanej historii.

Książkę Tamasa, trzeba przyznać, czyta się świetnie, trochę jak kryminał z rozbudowanym kontekstem społecznym w stylu Mankella czy Larssona. Sprawności rzemieślniczej w prowadzeniu narracji odmówić autorowi nie można. Coś jednak nie pozwala mi uznać tej pozycji za „mistrzostwo gatunku”, jak niektórzy recenzenci raczyli się o niej wyrazić.

Zacznijmy od próby odgadnięcia celu, jaki autorowi przyświecał podczas pisania, bo na pewno nie było nim opowiedzenie jednostkowej historii groźnego pomyleńca. Stawianie diagnoz społecznych na podstawie działań pojedynczej postaci to z kolei bardzo ryzykowny zabieg, zwłaszcza w przypadku jednostki zupełnie niereprezentatywnej dla danej społeczności, bo zaburzony psychicznie i zneurotyzowany przez pruski dryl wychowawczy brunet niemiecko-szwajcarskiego pochodzenia nie jest przecież szwedzkim everymanem. Autor nie podtyka nam wprawdzie pod nos topornie skleconych relacji przyczynowo-skutkowych, stosuje za to znacznie skuteczniejszą taktykę mnożenia asocjacji i niewypowiedzianych sugestii. Nie formułuje wprost pytania o bezpośrednią współzależność takich zjawisk, jak strzelanie przez Ausoniusa do imigrantów i funkcjonowanie legalnej partii, odwołującej się do lęków społeczeństwa szwedzkiego przed masową imigracją, po prostu je ze sobą zestawia, resztę pozostawiając czytelnikowi. Cóż, ostatecznie być może to dzięki tyradom przedstawicieli Nowej Demokracji, rozpowszechnianym przez szwedzkie media, Ausonius – niezrównoważony psychicznie frustrat – zaczął strzelać do imigrantów, a nie na przykład do kobiet czy dzieci.

Problem tkwi jednak w tym, że skoro populistyczne partie znajdują pożywkę w ludzkich lękach, to znaczy, że w danym czasie te lęki realnie istnieją. Autor jednak nie stara się ich zrozumieć (obojętnie, czy uznać je za jakkolwiek uzasadnione, czy też nie), choćby po to tylko, by spróbować się z nimi rozprawić. Wybiera łatwiejszą drogę: dolepienia im gęby idioty.
Szwecja w książce Tamasa dzieli się na dwie części: imigrantów i ich światłych lewicowych obrońców oraz ciemny obóz reakcji, będący jednym worem, do którego wrzucono: socjopatycznego mordercę, hajlujących na wiecach neonazistów, ideologię wolnego rynku, koncepcję autorytarnego wychowania, populistyczną partię polityczną (której dwóch liderów jest żywym przykładem mariażu starej arystokracji z wielkim biznesem), media i wszystkich mających jakiekolwiek wątpliwości w kwestii polityki imigracyjnej państwa szwedzkiego.
Wszystko to podejrzanie łatwo i zgodnie się zazębia.

Choć ani mi w głowie stawać po stronie rasistów i ksenofobów, jestem jako czytelnik rozczarowany faktem, że jedyną strategią obraną przez autora wobec adwersarzy jest ich stygmatyzacja, próba skompromitowania (poprzez wyciąganie brudów, wytykanie kłamstw i manipulacji itd.), a także tworzenie atmosfery, w której niewypowiedzianą oczywistością staje się założenie, że jeśli już pisać cokolwiek o imigrantach, to albo dobrze, albo wcale. Każde bowiem, nawet uzasadnione wątpliwości względem liberalnej polityki imigracyjnej stanowią, zdaniem Tamasa, zachętę dla ultraprawicowych harpaganów do rzucania koktajlami Mołotowa w ośrodki dla uchodźców.

Sylwetki ofiar Ausoniusa autor kreśli z tak dużą dozą życzliwości, że trudno nie ulec wrażeniu mimowolnego ich ulukrowania. Wszyscy oni to dzielni ludzie, którzy cudem uciekli z piekła wojny lub też wypruwają sobie żyły z pracowitości, są naukowcami bądź artystami, na pewno nie robią nic nielegalnego, są świetnie zasymilowani i ekonomicznie samowystarczalni. A nawet jeśli jeden z nich stanowi tu wyjątek jako kloszard, to na przykład wzruszająco troszczy się, aby, broń Boże, nie obciążać skarbu państwa kosztami swojego leczenia po postrzeleniu. W ten sposób Tamas mimowolnie ukazuje opisywane postaci jako grupę reprezentatywną dla całej społeczności imigrantów w Szwecji, co działa na zasadzie niewypowiedzianej sugestii – i o tym każdy autor, znający tajniki kuchni literackiej, powinien wiedzieć. Jednocześnie Tamas wyniośle przemilcza fakt, że statystyczną większość imigrantów stanowią niewykwalifikowani robotnicy, że w łonie tej społeczności zdarzają się patologie, że istnieją też ci niezintegrowani, pasywni i roszczeniowi, a także różnego rodzaju przestępcy. O imigrantach bowiem piszemy dobrze albo wcale.

John Ausonius był niewątpliwie jednostką potężnie zaburzoną, ale jego ataki, zdaniem autora, nie miałyby miejsca, gdyby nie przekonanie o społecznym przyzwoleniu na tego typu posunięcia. Przypomnijmy: początek lat 90. w Szwecji to czas największego kryzysu ekonomicznego od czasów przedwojnia, a także okres, kiedy liczba podań o szwedzki azyl wzrasta blisko trzykrotnie w związku ze świeżo wybuchłą wojną na Bałkanach. Tamas zbywa wymownym milczeniem wszystkie przytaczane przez siebie wypowiedzi padające z ust członków Nowej Demokracji, którzy dostrzegają negatywną korelację między masowym napływem emigrantów a gospodarką w kryzysie i próbują uczynić ten problem przedmiotem publicznej debaty. Jakby oskarżenia o rasizm i ksenofobię wystarczyły, by rozwiać związane z tym wątpliwości. Niestety, nie wystarczą. Nawet jeśli populistyczna i zakłamana Nowa Demokracja nie jest partnerem godnym dialogu, jej względny sukces jasno uzmysławia, że swoją retoryką trafiła w odczucia dużej części społeczeństwa. Nie oznacza to, że racja znajduje się po jej stronie, ale że istnieje problem, z przepracowaniem którego społeczeństwo szwedzkie nie potrafi się uporać. Gellert Tamas jednak mu w tym nie pomoże, jest zbyt skupiony na tym, by nawet na krok nie zboczyć z linii wyznaczanej przez polityczną poprawność.

Dziwna sprawa, autor napisał książkę, którą przeczytałem z przyjemnością, zawarł w niej poglądy w sumie mi bliskie, a jednak zupełnie mnie nie przekonał. Nie sposób żadną miarą potraktować Mężczyzny z laserem… jako poważnego głosu w sprawie problemu imigracji w Europie i napięć społecznych, jakie to zjawisko rodzi. Zbyt dużo znaków zapytania pozostało nienaruszonych po lekturze. Szkoda. Jednak książka Tamasa z powodzeniem stanowić może asumpt do refleksji nad tym, jak uprawiać prozę zaangażowaną tak, by nie była tendencyjna (a czy to w ogóle możliwe – to temat na osobną dyskusję), oraz jak nie pisać w sposób, który nieprzekonanych nie przekona, a przekonanych odrzuci.

Gellertowi Tamasowi zebrany empiryczny materiał podejrzanie łatwo składa się w spójną światopoglądowo narrację. Jak na książkę, w której zawartych zostało tyle osobliwości, nic tutaj specjalnie nie zadziwia, nie konfunduje ani nie wydaje się nie na swoim miejscu. To precyzyjnie skonstruowana manichejska rzeczywistość.

Na koniec powrócę do wspomnianego wcześniej dylematu możliwości uobecnienia się prawdy w dziele literackim. Jedna z koncepcji, której akurat hołduję, mówi o oddaniu sprawiedliwości chaosowi. Świat idealnej kalokagatii, w którym zło jest brzydkie, zakłamane i żałosne, a dobro piękne, mądre, światłe, pracowite i pożyteczne – jest dziecinnym fantazmatem. Nie zrozumcie mnie źle, nie kieruje mną ani przechył światopoglądowy w prawo, ani głupkowata przekora, która każe szukać dziury w całym. Po prostu w tak skonstruowanej narracji wyczuwam fałszywą nutę i delikatny swąd intelektualnej łatwizny. Na ile faktycznie książka Tamasa wpisuje się w szersze zjawisko, obecne w szwedzkiej debacie publicznej na zasadzie, którą sformułował w przytoczonym na początku cytacie Maciej Zaremba – to również temat na osobną dyskusję.

Gellert Tamas, Mężczyzna z laserem. Historia szwedzkiej nienawiści, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!