Przekleństwa niewinności. O Nauczycielu SztukiWojciecha Kłosowskiego

Wydawnictwo Krytyki Politycznej zdążyło nas już przyzwyczaić do różnych osobliwych pozycji literackich, jakie pojawiają się w jego katalogu, ale chyba nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji! No, może nie hiszpańskiej, a francuskiej, wyciągającej jednakowoż swe jadowite macki w kierunku Półwyspu Pirenejskiego, gdzie osadzona jest fabuła powieści. Dodajmy: Półwyspu Pirenejskiego wymyślonego na nowo – bez Tomasza de Torquemady, bez stosów, prześladowań i wypędzeń; XVI-wiecznej Hiszpanii, stanowiącej multikulturową oazę tolerancji, w której katolicy, żydzi i muzułmanie żyją w harmonijnej symbiozie. Obsypywana zewsząd pochwałami pseudohistoryczna powieść Nauczyciel sztuki Wojciecha Kłosowskiego to bowiem jeszcze jeden przykład zastosowania dość popularnego ostatnimi laty patentu – rzeczywistości alternatywnej, w tym wypadku o wyraźnych znamionach utopii.

Zabawa w zgadywanie, które z elementów wykreowanego przez autora świata są historycznie prawdopodobne, a które należą do sfery czystej fantazji, nie ma w przypadku tej książki większego sensu. Cały ten świat poraża bowiem sztucznością. Utkany z mitów, kalk, stereotypów i pobożnych życzeń stanowi czysty schemat, symulację opartą w całości na systemie prostych, manichejskich opozycji. Fakt, iż czasoprzestrzeń świata przedstawionego historycznie i geograficznie nie jest autorowi właściwa, dodatkowo sprzyja dekonkretyzacji. Nie ma tu miejsca na żaden element, który przez swą skandaliczną realność mógłby wywołać estetyczny bądź etyczny dysonans. Opowieść ta, miejscami tak brutalna i krwawa w opisach, okazuje się więc jednocześnie w swej najgłębszej istocie nad wyraz poczciwa i niewinna.

Recenzenci, próbując umieścić Nauczyciela sztuki w kontekście innych pozycji, prócz klasycznych powieści płaszcza i szpady spod znaku Aleksandra Dumasa przywołują zazwyczaj twórczość takich autorów jak Arturo Pérez-Reverte, prosperujący sprawnie w obszarze literatury popularnej, ale i Umberto Eco, kojarzony już z wyższym rejestrem.

Istotnie, fabularny schemat oparty na relacji mistrz – uczeń niby nawiązuje do Imienia róży i być może nawet stamtąd autor zaczerpnął inspirację, jednakże pod względem ciężaru gatunkowego tym „naukom Sztuki”, wypowiadanym ex cathedra w postaci złotych myśli przebranych w kostium głębokich mądrości, bliżej raczej do poziomu Alchemika czy Podręcznika wojownika światła Paulo Coelho. Nauczyciel sztuki nie ma też, rzecz jasna, nic wspólnego z nurtem odczarowanej i cynicznej popularnej powieści historycznej w rodzaju Rodziny Borgiów Mario Puzo, gdzie pod barwnym kostiumem historycznym czaiłoby się ponure studium uniwersalnego i ponadczasowego schematu bezwzględnej walki o władzę w świecie nieustannych intryg, korupcji, hipokryzji i bezwzględnego makiawelizmu – bagnie, w którym unurzani są wszyscy.

Kłosowski od tego, przyznajmy, dość łatwego intelektualnie panświnizmu wyraźnie stroni. Niestety, jedyne, co proponuje w zamian, to rozkoszna naiwność. Świat Kłosowskiego zaludniają postaci tak nieskazitelne i świetliste, że oczy bolą, a jakiekolwiek ich przywary służą tylko i wyłącznie temu, by bohaterowie ci uchodzili za bardziej „ludzkich” – w celu wzbudzenia jeszcze większej sympatii czytelnika.

Autor niekiedy kompletnie zatraca się w zabawie w demiurga lepszego świata, na przykład gdy powołuje do życia takie figury, jak jedenastoletnia bezdomna złodziejka z plebsu, wypowiadająca się jednak pełnymi zdaniami i dysponująca zaskakująco bogatym zestawem słownictwa, a przede wszystkim dająca świadectwo niesłychanej intuicyjnej mądrości (dzieci, będące nośnikami głębokiej mądrości i pouczające głupszych od siebie dorosłych, są, nawiasem mówiąc, jedną z najbardziej irytujących, uporczywie eksploatowanych kalk i projekcji w kulturze popularnej).

Zastanówmy się, po kiego diabła Kłosowski wcisnął swą narrację w sztywny gorset gatunkowy. Czy uczynił to, by jak Gombrowicz skompromitować wyświechtaną formę (co akurat w tym wypadku byłoby, oczywiście, wyważaniem dawno otwartych drzwi)? A może po to, by pobawić się konwencją, kalką i kiczem jak dziecko w piaskownicy – na wzór choćby Quentina Tarantino? Nic z tych rzeczy. Autor wdrożył ten cuchnący naftaliną schemat jeden do jednego, z godną lepszej sprawy konsekwencją, czyniąc zeń prawdopodobnie przynętę dla niewyrobionego czytelnika i zakładając silne oddziaływanie zaakceptowanej społecznie konwencji artystycznej, służącej w tym wypadku za zgrabny wehikuł do przemycania ideowej kontrabandy. To antycypowanie zamierzonego efektu jest zresztą znamienne dla twórców literatury klasy B. Czytając książkę, nie mamy wątpliwości, że autor próbuje tak skonstruować narrację, aby odbiorca nie mógł się oderwać od lektury, a jednocześnie prócz przyjemności wyniósł z niej pożyteczną, umoralniającą naukę.
Zarazem radykalnie uproszczona wizja świata pozwala co rusz spełniać czytelnicze pragnienia – złych przykładnie ukarać, zbyt dumnym utrzeć nosa, niewinnych ocalić, a poszkodowanym przez los wynagrodzić. Autor nie szczędzi czytelnikowi satysfakcji i w pełni zaspokaja jego emocjonalne potrzeby.

Ideowa warstwa powieści, o której zdążyłem powyżej jedynie nadmienić, jest po prostu wyrazem politycznej poprawności w najbardziej upupiającej postaci, posuniętej do granic śmieszności. Powiedzmy zatem otwarcie: Nauczyciel sztuki to nie żadna skrywająca się pod płaszczykiem gatunku proza zaangażowana, nicująca dominujący dyskurs, tylko zwykła powieść tendencyjna. Zaś sam koncept alternatywnej rzeczywistości, stanowiący oś fabuły, zdaje się tu służyć jedynie udowodnieniu niezbyt odkrywczej tezy, że gdyby na świecie było lepiej, to by było lepiej.

Nie muszę chyba przybliżać żelaznej logiki, rządzącej powieścią. Postaci, które w dyskursie współczesnej lewicy należałyby do grup uciskanych – a więc kobiety, mniejszości religijne i rasowe, biedota – zostają tak dalece uszlachetnione, że niemal wyniesione na ołtarze. Kulminację tego uwznioślenia stanowi postać Manueli – biednej prostytutki o anielskim sercu, która wprawdzie nie mieści się w obłudnym kanonie katolickiej moralności, jednak w głębi duszy jest całkowicie niepokalana i swym instynktownym dobrem zdolna zawstydzić cały świat. W tendencyjnej literaturze o lewicowym odchyle bieda zawsze uszlachetnia, a prawdziwe zło spływać może na świat wyłącznie ze szczytów hierarchii społecznej – od białych mężczyzn, władców, duchownych itp. Naczelny łotr powieści, inkwizytor de Hobereau – wariacja na temat Bernarda Gui z Imienia róży, jednak pod względem konstrukcji bliższy postaci złego emisariusza Opus Dei rodem z Kodu Leonarda da Vinci – to z kolei dość groteskowa, chodząca kumulacja zwyrodnień, reprezentująca najbardziej ohydną, jak ją tylko autor umiał przedstawić, twarz religii. Zły może być też na przykład chciwy właściciel karczmy – wiadomo, prototyp kapitalisty-wyzyskiwacza.

Zaznaczam, że nie polemizuję tutaj z poglądami autora, a jedynie z formą. Serce Kłosowskiego bije po słusznej stronie, jednak metody, jakie stosuje, by krzewić swe przekonania, są nie do strawienia w swej trywialności.

Popularna literatura gatunkowa ma również, oczywiście, jasne strony. W odróżnieniu od prozy „z górnej półki” jest z definicji przystępna, a więc egalitarna, można więc na przykład wspomnieć o jej zasługach w krzewieniu czytelnictwa. Posiada też swój nieodparty urok, daje miłe poczucie zadomowienia i bezpieczeństwa. W takiej literaturze przewidywalność to zaleta. Wspomnienia z dzieciństwa, kiedy zwykle pochłania się podobne powieści z latarką pod kołdrą, grzeją nas podczas lektury swym blaskiem. Kojące właściwości ma też sam pobyt w świecie, w którym sprawiedliwa opatrzność działa jak dobrze naoliwiona maszyna: zło spotyka nieuchronna kara (choć pomniejsi złoczyńcy otrzymują jedynie nauczkę i możliwość poprawy), a dobro zawsze powraca. W świecie pełnym przygód, z których zawsze wychodzimy obronną ręką, oraz taniej, chałupniczej filozofii, dającej przyjemne złudzenie obcowania z głęboką mądrością. Książka Kłosowskiego z pewnością potrafi dostarczyć satysfakcji typowej dla obcowania z kiczem literackim – przyznajmy, dość sprawnym rzemieślniczo (a dodatkowo podanym w gustownej oprawie graficznej). Nie ma nic złego w oddawaniu się takim „guilty pleasures”, to ludzkie. Wypada jednak wiedzieć, z czym ma się do czynienia, i uprzedzić tych, którzy mogą ulec złudzeniu, że patronat Krytyki Politycznej zobowiązuje do pisania tekstów ważnych, odważnych, krytycznych i odkrywczych. I którym się wydaje, że znajdą w Nauczycielu sztuki coś n a p r a w d ę ciekawego.

Lektura takich powieści przypomina jazdę po zamkniętym torze, która sama w sobie może wydawać się przyjemna, próżno w niej jednak szukać prawdziwej ekscytacji, towarzyszącej tylko zapuszczaniu się na nieuczęszczane bezdroża. Parafrazując bowiem znany tytuł: grzeczne narracje trafiają do nieba czytelniczej aprobaty, niegrzeczne podążają tam, gdzie chcą.

Wojciech Kłosowski, Nauczyciel Sztuki, Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, Warszawa 2013.

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!