Choroba kobieca języka

Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko – głos, i nic nie było oprócz głosu!

B. Leśmian 

Choroba to pojęcie względne. Gdy choruje układ odniesienia, oznaką zdrowia mogą stać się symptomy chorobowe. Pokładów zdrowia skłonni jesteśmy zwyczajowo upatrywać w tym, co mieści się w obrębie normy, zupełnie tak, jakby to ogół nie mógł błądzić po manowcach, skąd musiałby być przywoływany przez głos znajdujący się poza widełkami „zdrowej” przeciętności. Tam właśnie, na aucie, przebywają ci, którzy przyznają, że nie wiedzą, jak żyć, i nie potrafią się niczym cieszyć, ci, którzy nie uczestniczą w społecznym spektaklu na poziomie pełnej, bezwiednej identyfikacji. Tam znajdują oni swój azyl i dogodny punkt obserwacyjny, z którego monitorują bezrefleksyjne bytowanie zadowolonych z siebie, sytych istot, łapczywie wgryzających się w słodki miąższ „pełni życia” i, przyznając uczciwie, że im zazdroszczą, jednocześnie starają się rozgryźć mechanizmy, które tymi istotami rządzą i które od czasu do czasu każą im iść mordować, gwałcić, palić i rabować, po czym zręcznie otrzepywać się z wojennego pyłu i jak gdyby nigdy nic powracać na łono swej sielanki.

Na sielankę tę z pozycji autu nie sposób patrzeć inaczej niż z abominacją. Przez słodki do omdlenia pejzaż alpejski prześwituje inny masyw – góry powykręcanych trupów. Tylko z pozycji autu można dojrzeć w ostrych konturach oba wymiary, awers i rewers austriackiej mieszczańskiej idylli. Wsobnym i narcystycznym światkiem tym rządzi – stała niczym siła grawitacji – siła wypierania. Wspólnota zamieszkująca ten obszar przejawia nad wyraz silną skłonność do higieny. Wszystko, co niewygodne, ląduje pod dywanem. Metodyczni zakłamywacze rzeczywistości – wszelkiej maści Waldheimy, Heidery czy Lüftle – otrzymują zaszczyty i sowite apanaże, wygrywają wybory, zaś niewygodni ludzie znikają, skutecznie skłaniani do emigracji. Kraj sprawnie samooczyszcza się z groźnych bakcylów wątpliwości i powraca do upragnionej homeostazy, którą znamionuje niczym niezmącone przekonanie o własnej niewinności.

Nieustającej sile wypierania uparcie przeciwstawia się irytujący, zgrzytliwy głos – głos mówczyni wykluczonych, w tym umarłych, czyli wykluczonych ostatecznie. Głos, który niczym prestidigitator wyciąga kolejne trupy z szafy i podtyka pod nos mieszczaństwu, demonstrującemu przy tej okazji cały zestaw reakcji obronnych – od zdziwienia, poprzez oburzenie, aż po zniecierpliwienie, znudzenie i demonstracyjną obojętność.

Nie przypadkiem jest to głos szczególnie niepożądany, czyli kobiecy – nierozbrzmiewający zbyt często w kraju, w którym głos opinii publicznej jest głosem męskim – obojętnie, czy wydobywa się z gardła profesora uniwersytetu, czy sprzątaczki. Kraj, którego istotę określa fuzja katolickiej tradycji i nazistowskich sentymentów, bez reszty poddany jest na wskroś autorytarnemu prawu ojca – ojca, którego najdoskonalszą inkarnacją okazuje się być Josef Fritzl – ta upiorna synekdocha austriackości in genere.

Prawo ojca wyznacza granice języka, dlatego eseje Elfriede Jelinek to zapis walki podmiotki z językiem. W mowie pt. Na uboczu (wygłoszonej z okazji otrzymania Nagrody Nobla) przedstawiony pod postacią psa język okazał się być fałszywym przyjacielem. Miał warować u stóp podmiotki i chronić ją, okazało się jednak, że tylko pilnował, aby była posłuszna, a przy pierwszym przejawie niesubordynacji nie wahał się rzucić jej się do gardła. Dopiero z krwawej szamotaniny z językiem zradza się literatura – ten zamach na język za pomocą języka, niczym zamach na amerykańskie wieżowce przeprowadzony przy użyciu amerykańskich samolotów. Terroryzm językowy staje się imperatywem, kiedy jest się w domu, a jednak nie u siebie.

W językowym obrazie świata, stanowiącym zwierciadło prawa ojca, ukonstytuowana w systemie wzajemnych oddziaływań tożsamość jest czymś, co winno być poddane negacji, wyznaczonym z zewnątrz podmiotce miejscem, które ta musi opuścić. Niczym pieśń przewodnia w esejach Elfriede Jelinek przewija się więc tęsknota za nicością, za byciem niczym. Podmiotka robi, co może, aby spod kolejnych strącanych z siebie powłok tożsamości społecznie skonstruowanej wyłoniło się, choćby na mgnienie oka, to niepoddające się symbolizacji jądro, które – tak jak u Sartre’a – jest pustką.

Dlatego w większości tekstów zawartych w zbiorze próżno szukać klarownego wywodu, który odnajdując się doskonale w prawidłach systemu, stanowiłby, chcąc nie chcąc, jego afirmację. Narracja jest gęsta, miejscami nieprzejrzysta, emotywna, asocjacyjna i operująca poetyką nadmiaru, płynnie zmieniająca przy tym stosowane taktyki. Jest to język wijący się niczym śliski jadowity wąż, którego jakże trudno chwycić za łeb, by unieszkodliwić ujednoznacznieniem i przez to zawłaszczeniem, wąż, który ponadto kąsa sam siebie.

A właściwie nie wąż (der Schlange), a żmija (die Viper), bo podmiot na poziomie języka posiada wyraźnie zaznaczoną płeć, a narracja nasycona jest kobiecością – kobiecością, która pozwala ze sobą obcować na jej własnych prawach, ale nie pozwala się posiąść.

Pisać, tworzyć naprawdę – to, zdaniem Jelinek, puścić się swojego ego. Każda narcystyczna narracja, budując pomnik danej tożsamości, afirmuje system, który tę tożsamość wytworzył. Toteż tylko sztuka wyzbywająca się egotyzmu może być prawdziwie subwersywna. „Kto sam siebie wywyższa, będzie przeze mnie poniżony” – pisze Jelinek w eseju portretującym „tandeciarę” Leni Riefenstahl. Reszta sylwetek artystów nakreślona w zbiorze – od Roberta Walsera i Friedricha Glausera poprzez Ingeborg Bachmann, Bertolta Brechta, Thomasa Bernharda, Franciszka Schuberta po Franza Kafkę – to ci zaślubieni z nicością, wędrujący gdzieś obok samych siebie, wymazujący skrzętnie ego ze swych dzieł – i właśnie dlatego godni uznania bądź przynajmniej uwagi.

Wiedząc o tym, głosu wybrzmiewającego z omawianych esejów również nie powinniśmy łączyć li tylko z postacią samotnej, chorej na agorafobię kobiety, zamkniętej w czterech ścianach swego wiedeńskiego mieszkania niczym Elisabeth Fritzl w piwnicy swego „wszechmogącego” ojca. Mamy tu raczej do czynienia, na możliwej płaszczyźnie odczytania, z przepuszczonym przez konkretne osobowe medium zuniwersalizowanym dysonansowym, subwersywnym, ojcobójczym głosem wszystkiego, co zepchnięte pod podłogę jako niepożądane, wykluczone, nieestetyczne, wpędzone w chorobę, kobiece, komunistyczne, żydowskie, imigranckie, poniżone, zgwałcone, rozstrzelane, zagazowane i spalone.

Elfriede Jelinek, Moja sztuka protestu. Eseje i przemówienia, W.A.B., Warszawa 2012.

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!