Heretycki spokój

Jako pierwsza przychodzi na myśl uprzejma rzeczowość i cierpliwość, z jaką wiersze Pawła Kozioła zwracają się do czytelnika. Miękki baryton narratora, słyszany gdzieś spod wersów, porównania, metafory, alegorie pozwalają sobie towarzyszyć przez kolejne wersy czy zwrotki, dając czas na uchwycenie poetyckiego konceptu, na śledzenie węzłów łączących wątki oraz poziomy znaczeniowe. Nawet kiedy akcja utworu przyspiesza, nawet kiedy przyspiesza tak, że czytelnik sam musi wstawiać brakujące klatki, to jeżeli czegoś nie załapie, zwykle wystarczy wrócić, przeczytać jeszcze raz albo sprawdzić znaczenie jakiegoś słowa (przed chwilą sprawdziłem „wydepczysko”). Owocuje to dwojako: wrażeniem pewnej staroświeckości utworów warszawskiego poety (w Pogańskim morzu sprzyja temu obecność „tradycyjnego” wątku pomiłosnych rozczarowań i porozstaniowych rozliczeń), ale i krzepiącym poczuciem, że kompetencyjny diapazon autora (Kozioł to mediewista i programista, krytyk literacki i szachista) nie czyni z jego twórczości erudycyjnego szaradziarstwa, lecz pozwala przyjrzeć się sprawom najprostszym, najcodzienniejszym z ciekawych (bo nader interdyscyplinarnych) metaforycznych perspektyw.

Mechanika tekstów z Pogańskiego morza pozostaje po staremu zegarmistrzowska, konsekwentnie logiczna, sumiennie ciągnąca napoczęte wątki. Podmiot odzywający się w wierszach Kozioła przypomina analogowego terminatora T-800, który powinien być bez szans w świecie autorów z generacji T-1000, poetyk coraz bardziej płynnych, kapryśnie amorficznych, wymagających od odbiorcy zaawansowanych technik czytelniczych i wysokościowych obozów adaptacyjnych (lektura awangardowych autorów z dwójką na początku daty pierwszej publikacji). Paweł Kozioł daje sobie pośród tego radę, a tembr głosu jego narratora, spokojny i metodyczny, jest tak samo istotny jak przekaz – gdybyśmy nie wiedzieli, że jest nim właśnie przekaźnik. Spokój, z jakim warszawski poeta analizuje rozmaite kryzysy czy krachy (i na giełdach najbardziej światowych, i tych najmocniej osobistych), można zrzucić na łatwy karb melancholii, ale jeżeli odbierzemy go jako skierowany wbrew (powszechnym tendencjom), zbuntowany przeciw (dominującym konwencjom), wyrażony z cichą, antytabloidową pasją – cały projekt takiej narracji zyskuje znacznie poważniejszy wymiar. W kontekście medialnym (sieciowe łącza szlifują w nas wybuchowość i histerię), ale i narodowo-społecznym. Chociaż tom napisany jest po polsku, to jakoś tak nie po polsku i nie po katolicku (nie ma winy ani winnego) rozpamiętuje się tu porażki i rozdrapuje rany.

Drugi wiersz w książce (o pierwszym wierszu powiemy sobie za chwilę) przynosi nam znamienne wobec powyższych ustaleń słowa „gorączka” i „oburzenie”, ale też przenosi nas – siłą tytułu korespondującego z piosenką Kultu – w rejon asocjacji muzycznych. A skoro tak, to czemuż by nie pomyśleć o You Want It Darker wyśpiewanym przez Leonarda Cohena w tonie spokojnej konstatacji fatalnego stanu za jednym zamachem życia prywatnego i społecznego? U Kozioła byłoby to raczej „You Want It Hotter”, czyli coś w sam raz na nieludzkie upały, jakich doświadczyliśmy minionego lata, i wygląda tak:

piosenka młodych letników

tyle upału, ciężkiego i kwaśnego jak oddech
istoty, która przygląda się z wysoka,

lecz oko ma poza zasięgiem i proporcje twarzy
pozwalające czuć tylko powiew, pasemka śliny.

to nie jest za daleko i nie będzie, przeciwnie
niż pełznące jak larwy trasy naszych eskapad

niż zdobyta po drodze wiedza, że tyle upału,
tyle oddechu de facto metodą usta-usta,

choć te są zdalne i pełne gorączki, dwutlenku węgla,
oburzeń. tyle żaru nad rzeką, nad suchym kłączem

ulic pnących się w górę bądź staczających się
z placu podpisanego trzema krzyżykami

i niczym innym, bo istota tak lubi,
więc będzie żarła wszystkie klimatyzowane

zakątki, aż zostanie tylko powietrze, które
zagryzła i przeżuła, by wtłaczać do ust.

Na wstępie zostają nam zatem zasugerowane dwie rzeczy: metafizyka Kozioła (speca od średniowiecznych kronik) jest swoiście odwrócona – nikt nie zawraca sobie głowy wziętą z innego wymiaru „drugą przestrzenią” (jeszcze do niej wrócimy, ale bogatsi o kilka akapitów niniejszego tekstu), bo już ta pierwsza jest wystarczająco nieoczywista i osnuta mrokami niezgodności – i że prorokiem jest dla Kozioła Arystoteles, a nie Platon, więc areną wiersza nie bywa sfera idei, lecz sfera materialna, na wskroś fizyko-chemiczna. To „wskroś” bardzo kompetentnie rozwinęła Anna Kałuża w tekście o poprzedniej książce warszawiaka Metale ciężkie. Wychodząc od podstawowego spostrzeżenia, że „podmiot tych wierszy uczestniczy w świecie drobin i cząsteczek” (istotne jest to „uczestniczy”) i „nie tyle oddycha powietrzem, ile doświadcza, ogląda, odczuwa je”, krytyczka dochodzi do ciekawego ujęcia materialności jako nośnika informacji oraz do teorii Moniki Bakke i Lva Manovicha, które znajdują w wierszach Kozioła swoje lustereczko. A ono mówi przecie, że nic nie może być puste, wydrążone, opróżnione z sensu. Przeciwnie, sensu – jak przeczytaliśmy powyżej, „przeżutego” i „wtłoczonego nam do ust” – jest aż nazbyt wiele. My wszyscy, zafiksowani na mediach elektronicznych, przyspawani do politycznych idiosynkazji, gorąco oczekujący na premierę, nowy sezon, otworzenie się okna w Windowsie, serdecznie prosimy o chwilę przerwy, o odrobinę nicości.

W tym momencie wypada cofnąć się o krok do pierwszego wiersza z tomu, który świadczy o tym, że Kozioł nie tylko krytyczny tekst Kałuży uważnie przeczytał, nie tylko zgodził się z takim kierunkiem odczytania swoich utworów, ale że postanowił w tym literackim świecie drobin (książki, wiersze) i cząsteczek (recenzje książek, interpretacje wierszy) zauczestniczyć jeszcze aktywniej. „Wdech” proponuje nam bowiem wizję powietrza jako nader konkretnego, przesympatycznego atramentu dla słów („wdech i początek mówienia chociaż się nie wie jak skończy/ wdech potem słowa które są wysiłkiem powietrza”), ale także wizję oddychania jako jeszcze jednego (a co nim nie jest?) spektaklu.

wdech bo jeżeli od którejś strony się okażemy
przezroczyści to widzów stamtąd interesuje

powietrze oraz jego przejrzyste pismo którym
wdech powoli oplata organy wewnętrzne

[…]

wdech, co uparcie przesłuchuje sam siebie
czy w darze ma coś więcej niż swe opakowanie

Od interpretacji ludzkiego ciała jako opakowania dla wdechu całkiem blisko do religijnej tezy o ciele jako swoistym zwieńczeniu, ostatecznym wybrzmieniu słowa (bo cóż znaczy, że jedno drugim „się stało”?), które to rozważania – jeśli jesteśmy absolwentami cywilizacji tzw. Zachodu – niby spijamy z mlekiem kultury, ale jakoś niespecjalnie przetrawiamy. Jakby gen tolerancji tej akurat laktozy jeszcze się w nas nie wymutował. Właśnie rozlane wokół kulturowe mleko – czy wręcz morze, skoro rozlewisko zrobiło się globalne – żywo interesuje Kozioła. A interesuje go, zgodnie z tropami sugerowanymi przez Annę Kałużę, nie tyle do, co od imentu: począwszy od najdrobniejszych cząsteczek i fal. W wierszu „dziennikarstwo” swoistą „morskością” charakteryzuje się rzeczywistość internetowa (autor ładnie uchwycił brzmieniową korespondencję między słowami „topielcy” i „laptop”):

morze ma na dnie sitko i korek na srebrnym łańcuszku.
a jednak nie ma opcji, aby wyciągnąć go z brzegu.

dlatego wysyłają zastępy topielców,
jedną wywrotną łódkę po drugiej. i kiedy

z góry słyszę twój laptop, a nad nim unosi się piana
kobiecych głosów z sitcomu, to widzę cię w brzydkim hełmie

staromodnego nurka, który z wydepczyskiem
dna rozmawia z pomocą ołowianych butów.

Z kolei w wierszu „Steampunk. malus track” w tę mechanikę płynów zostają wciągnięte fale radiowe (trochę jak w debiucie Agnieszki Mirahiny), a żałobny charakter wiersza (coś tu się między kimś a kimś dotkliwie skończyło) pozwala zakończyć liryczny wywód przywołaniem popularnej w średniowieczu metody tortur. Co przypomina nam, że wszystko może stać się płynne, to nie kwestia lektury Zygmunta Baumana, tylko warunków fizycznych.

wstecz, skoro były pieśni nadawczych stacji i czas
gdy eter drżał, bo lśniła pomiędzy nami złota
nitka radia.

                              zakładamy,
że papier to musiało boleć. a co dopiero

bezcenną, purpurową materię gardła. jest mowa,
która przełyka ołowiane litery,
taki jej urząd. mowa, która przyjmuje

Czasem „morskość” przejawiają mniej istotne, nieco marginalne organy tomu, jak wiersz „Bruno” (skądinąd ujmująco zgrabna kontratekstura do „Buta w butonierce”), w którym czytamy: „ja wiem: idzie nad nami, nad akwarium europy/ pustka, co ludzkie ryby będzie łowić na prąd”. Ale zasadniczo dotyczy ona głównego wątku książki, jej, proszę wybaczyć, miłosnej wątroby. Wiersz „Pacman” mógłby mieć tytuł „Już kąpię się nie dla ciebie”.

                po nocach, które gnały
w siwej i potarganej koronie fosforescencji

bez masztu do przywiązania, po dniach jak gasnący
gniew, który okupował piece maszynowni,

a karmił się pokładem, wyparło mnie aż tu
i zostawiło. spiralę lin, krąg piany,

westchnienie sadzy. wszystko splątane w kulawą
figurkę, wreszcie zatrzymaną w ruchu –

nie wiem tylko, czy całkiem. po wyjściu spod prysznica
dalej mierzę postępy soli w mokrych śladach,

suchość języka, charkot w gardle. a
tym razem cicho chciałbym do ciebie i miękko,

wstyd mi umieć inaczej. od umienia jest głowa
która się myli nawet opisując
najoczywistsze pandemonium. w niej

łopoczą wciąż bandery wojowniczych seriali,
uczących, że ktokolwiek pełznie w mokrych łachach,

z latarką w zębach, z kleksem błota na policzku,
z kalekim talizmanem w kieszeni na piersi,

to potem będzie strzelać. w głowie ma przerąbane
każdy jeden komandos smutnego desantu

Jednak nie jest tak, że inicjujący książkę wiersz o wdechu pozostaje bez kontynuacji. Powietrze także zostaje potraktowane przez warszawskiego autora jako byt nad wyraz materialny, heraklitejski akwen, w którym pluszczą się fakty i zdarzenia zaskakująco niekiedy głębinowe. Jak w wierszu „O lotnictwie wrześniowym i wietrznej partyzantce”, w którym spotykają się motywy z Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego, reminiscencje wojenne i całkiem współczesna, śmiała próba znalezienia moralnego oparcia w materii.

To chyba najciekawszy wątek książki. Spinoza – kuszony w wierszu Herberta, o czym uprzejmie donosił Pan Cogito – słyszał „skrzypienie schodów, kroki schodzące w dół”. U Kozioła zamiast skrzypu mamy zgrzyt: „precz z niebem/ niech choć zgrzyt obojczykiem o kamień zaprzeczyć śmie jego racjom/ gdy przestrzeń, cała kolczasta, to jego projekt i kiedy/ zwija się, klęśnie ziemia pod jego okupacją” („Stylizacja. malus track”), natomiast chrześcijańska teologia cielesności osiąga prowokacyjnie śmieciowy wymiar. Jakby taka właśnie była umowa o istnienie – nie tylko z Jahwe czy innym Allachem, nie tylko organami, które elektronicznie tatuują numer PESEL. Każda umowa między kimś a kimś wprowadza do gry kogoś trzeciego, albo coś trzeciego, pustego jak gest.

druga przestrzeń

strzęp czarnej reklamówki czołga się po asfalcie,
biała torebka syczy na rękach kobiety
wyjadającej z niej pączka. jeśli istnieje gest

sięgający w nas dłonią w skórzanej rękawiczce
do której przyklejają się okruchy tego,
co dobre, i nie wracają, bo coś na zewnątrz się musi

napchać, jeśli istnieje przestrzeń, dla której jesteśmy
równie otwarci, to właśnie stamtąd wkłada się w nas
białe płonące ogniska zapalne,

szczelnie zawija, bo człowiek jest świetnym
opakowaniem zastępczym, wyrzuca
i, jakżeby inaczej, podpala się kosz

Sporo w książce Pawła Kozioła takich codziennych, trywialnych detali, materialnych drobin i cząsteczek, które choć poddane zostają niekiedy brawurowym metaforycznym zabiegom, tworzą solidnie stojące didaskalia, wysokie brzegi dla morskich opowieści. Przy aforystycznie brzmiącym dwuwersie: „nauka wygaszania sama się ułoży/ w nową opowieść o szkiełku i oku” przychodzi na myśl i romantyczna tradycja, z jakiej polska poezja z trudem się otrząsa, i romantyczny, a w zasadzie poromantyczny wątek w tomie, opowiedziany jakby wbrew czasom i obyczajom. Narrator Pawła Kozioła, wystawiony do słonego wiatru przez wypadki miłosne, zachowuje bowiem spokój. Heretycki jak na obowiązujące standardy – w mediach, w społecznościach i w społeczeństwach.

 

Paweł Kozioł, Pogańskie morze, Lampa i Iskra Boża, Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 2018.

Maciej Woźniak

(1969) Poeta, krytyk literacki i muzyczny, tłumacz, autor sześciu książek poetyckich. Publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym, Twórczości, Literaturze na Świecie, Gazecie Wyborczej, Opcjach, Studium. Jego tom Iluzjon był nominowany do Nagrody im. Józefa Czechowicza, zaś tom Ucieczka z Elei – do Nagrody Literackiej Gdynia. Niedawno opublikował tomik Biała skrzynka (WBPiCAK, Poznań 2012). Mieszka w Płocku.

Zobacz inne teksty autora:

Wakat – kolektyw pracownic i pracowników słowa. Robimy pismo społeczno-literackie w tekstach i w życiu – na rzecz rewolucji ekofeministycznej i zmiany stosunków produkcji. Jesteśmy żywym numerem wykręconym obecnej władzy. Pozostajemy z Wami w sieci!